Mam pewną zasadę. Zawsze przygotowuje się na najgorsze, dlatego, że wtedy spotykają mnie miłe zaskoczenia. I takim miłym zaskoczeniem był właśnie "Atlas Chmur".
Słyszałam ogromną ilość niepochlebnych opinii na temat tego filmu. Sama, znając poprzedni film braci... rodzeństwa Wachowskich ("Speed Racer"), byłam w stanie w nie uwierzyć. Jednakże ze względu na niespodziewaną kinową posuchę w sobotni wieczór, pełna obaw wykupiłam bilet na trwający 172 minuty "Atlas Chmur".
Po pierwsze - duży plus za wielość filmowych odniesień. Bez trudu zauważymy tu wpływy takich klasyków jak "Zielona pożywka" czy "Łowca Androidów".
Po drugie - kolejny plus za ryzykowny, choć ciekawy pomysł obsadowy. Aktorzy, występujący w nawet w siedmiu rolach, rzucają wyzwanie naszej spostrzegawczości. (Polecam pozostać w kinie podczas napisów końcowych, poznacie wtedy wszystkie role zagrane przez danego aktora.)
Po trzecie - sprawne i nienużące poprowadzenie kilku wątków na raz, które pod względem atrakcyjności (ale raczej treściowej niż wizualnej) można uplasować na tej samej pozycji.
Minusy?
Pop-filozofia rodem z New Age, i nierówny dialog, który popada w skrajności. Czasem bawi nas, niczym najlepsza komedia, a czasem próbuje zaoferować patetyczne i metafizyczne mądrości rodem z dzieł Paulo Coelio.
W dwóch (gramatycznie niepoprawnych) słowach: bardzo można.
niedziela, 16 grudnia 2012
piątek, 23 listopada 2012
"Saga Zmierzch: Przed świtem. Część 2"
Zaskakujące będzie dla wielu pewnie to, co napisze.
Bo nie mam zamiaru doszczętnie zniszczyć najnowszej części "Zmierzchu".
Oczywiście napiszę, że efekty specjalne wołają o pomstę do nieba. Że koniecznie należało znaleźć innych grafików, gdyż komputerowe dziecko wygląda najwyżej jak postacie z gry "The Sims". Choć należy docenić obycie w temacie, jakim wykazano się podczas sceny aktu seksualnego. Fajerwerki i złote rozbłyski w momencie orgazmu? Cóż za inwencja.
Napiszę też, że reżyser powinien zmienić nazwisko, bo trudno się nie śmiać, kiedy w czołówce, napisane dumnymi, krwawymi zgłoskami widzimy: Bill Condon.
Nie należy również zapominać, że film ten jest wręcz kopalnią niezapomnianych cytatów:
- Powąchaj mnie.
- Rzeczywiście strasznie śmierdzisz.
Ale "Zmierzch" ma swoje dobre strony. Fankom (bo chyba głównie są to fanki, o ile mnie intuicja nie myli) gwarantuje historię miłosną rodem z najklasyczniejszych melodramatów. Wzruszenia i nadzieję, że nawet ja, brzydka, niezdarna i zakompleksiona, mam szansę znaleźć swojego Edwarda i być szczęśliwa na wieki wieków amen.
Natomiast antyfanom "Zmierzch" oferuje wspaniałą zabawę, salwy śmiechu i kompletne niedowierzanie - Jakim cudem, do jasnej cholery, to się tak dobrze sprzedaje?
Nie zachęcam, nie zniechęcam. Przecież i tak zrobicie, co będziecie chcieli.
Bo nie mam zamiaru doszczętnie zniszczyć najnowszej części "Zmierzchu".
Oczywiście napiszę, że efekty specjalne wołają o pomstę do nieba. Że koniecznie należało znaleźć innych grafików, gdyż komputerowe dziecko wygląda najwyżej jak postacie z gry "The Sims". Choć należy docenić obycie w temacie, jakim wykazano się podczas sceny aktu seksualnego. Fajerwerki i złote rozbłyski w momencie orgazmu? Cóż za inwencja.
Napiszę też, że reżyser powinien zmienić nazwisko, bo trudno się nie śmiać, kiedy w czołówce, napisane dumnymi, krwawymi zgłoskami widzimy: Bill Condon.
Nie należy również zapominać, że film ten jest wręcz kopalnią niezapomnianych cytatów:
- Powąchaj mnie.
- Rzeczywiście strasznie śmierdzisz.
Ale "Zmierzch" ma swoje dobre strony. Fankom (bo chyba głównie są to fanki, o ile mnie intuicja nie myli) gwarantuje historię miłosną rodem z najklasyczniejszych melodramatów. Wzruszenia i nadzieję, że nawet ja, brzydka, niezdarna i zakompleksiona, mam szansę znaleźć swojego Edwarda i być szczęśliwa na wieki wieków amen.
Natomiast antyfanom "Zmierzch" oferuje wspaniałą zabawę, salwy śmiechu i kompletne niedowierzanie - Jakim cudem, do jasnej cholery, to się tak dobrze sprzedaje?
Nie zachęcam, nie zniechęcam. Przecież i tak zrobicie, co będziecie chcieli.
sobota, 17 listopada 2012
"Mistrz" / "The Master"
Oczywiście, że można nazwać film, którego się nie rozumie "trudnym". Albo "ambitnym". Ja jednak posłużę się innym repertuarem określeń.
"Mistrz" to film bez fabuły i bez sensu. Chciałby być wieloznaczną opowieścią na temat wszystkiego, która nie boi się ryzykownego połączenia metafizyki i przyziemności. A jest nużącą wydmuszką, która pod płaszczykiem niedopowiedzenia ukrywa przerażające banały i brak treści.
Niby jest tu manipulacja, sekta, wyższe poziomy świadomości, zwierzęcość, popędy. Ale wszystko to, ze względu na swoją rozchwianą i chaotyczną formę nie fascynuje i nie zachwyca. 165 minut ciągnie się niemiłosiernie, przyprawiając widzów o nieustanne ataki ziewania i częste wizyty w toalecie.
Spodziewałam się czegoś więcej po reżyserze fenomenalnego "Aż poleje się krew."
"Mistrz" to film o wszystkim i o niczym. "Mistrz" to film bez tajemnicy i bez zakończenia.
"Mistrz" to KOMPLETNA strata czasu i pieniędzy.
Nie. Po stokroć nie.
"Mistrz" to film bez fabuły i bez sensu. Chciałby być wieloznaczną opowieścią na temat wszystkiego, która nie boi się ryzykownego połączenia metafizyki i przyziemności. A jest nużącą wydmuszką, która pod płaszczykiem niedopowiedzenia ukrywa przerażające banały i brak treści.
Niby jest tu manipulacja, sekta, wyższe poziomy świadomości, zwierzęcość, popędy. Ale wszystko to, ze względu na swoją rozchwianą i chaotyczną formę nie fascynuje i nie zachwyca. 165 minut ciągnie się niemiłosiernie, przyprawiając widzów o nieustanne ataki ziewania i częste wizyty w toalecie.
Spodziewałam się czegoś więcej po reżyserze fenomenalnego "Aż poleje się krew."
"Mistrz" to film o wszystkim i o niczym. "Mistrz" to film bez tajemnicy i bez zakończenia.
"Mistrz" to KOMPLETNA strata czasu i pieniędzy.
Nie. Po stokroć nie.
środa, 14 listopada 2012
"Pokłosie"
Co jakiś czas na naszym polskim podwórku odzywają się głosy, oznajmiające wszem i wobec powszechny kryzys scenariuszowy lub nawet powszechny kryzys filmowy. I zwykle się z nimi zgadzam, zwłaszcza patrząc na naszą rodzimą kinematografię. Jednak czasem trafi się film, taki jak "Rewers", "Róża" czy... "Pokłosie", który pozwoli mi z nadzieją patrzeć w przyszłość.
Podniosły wstęp, ale i film poważny.
Wreszcie, po 11 latach, doczekaliśmy się kolejnego filmu Władysława Pasikowskiego. I choć "Psami" można pogardzać, to nikt nie może zaprzeczyć, jak ważnym elementem naszej polskiej kultury (i języka) się stały. Bo któż nie chciał kiedyś odpowiedzieć: (wybaczcie, ale przecież to cytat z klasyka!) "W imię zasad, skurwysynu".
Obawy były wielkie, ale nieuzasadnione. "Pokłosie" to film z wysokiej półki. Ze świetnym aktorstwem, znakomitymi dialogami i trafnym portretem polskiej prowincji, której trochę się w naszym kraju wstydzimy. Z pewną dozą absurdu i całym workiem naszej narodowej mentalności.
Reżyser powiedział już: "Pewnie zostanę zlinczowany". Cóż, trudne tematy istnieją właśnie po to, aby je poruszać, a nie zakopywać pod tonami fałszywych uśmiechów i kłamstwa. Istnieli dobrzy Niemcy i źli Polacy. I nie są jedynie wyjątkami potwierdzającymi regułę. Są wyjątkami zaburzającymi nasz światopogląd oparty na tak wygodnych stereotypizacjach i uproszczeniach.
Ale to moje zdanie. W sieci roi się od terabajtów innych. Wybierzcie się do kina i przekonajcie się sami - kto ma rację?
"teraz panuje taka mentalność ... żeby niszczyć to co Polskie ... tak, ażeby młodzi ludzie dobrze wiedzieli, że polak to : katol, antysemita, zaściankowy połmózg, ciemniak, sredniowieczna menda,a europejczyk to człowiek szanujacy godność drugiego, to człowiek postępowy, nowoczesny, przyjazny, miły, sympatyczny ... manipulacja jest wszędzie..." [forum filmweb.pl]
Polecam. Koniecznie i zdecydowanie. Choć nie łatwo.
Podniosły wstęp, ale i film poważny.
Wreszcie, po 11 latach, doczekaliśmy się kolejnego filmu Władysława Pasikowskiego. I choć "Psami" można pogardzać, to nikt nie może zaprzeczyć, jak ważnym elementem naszej polskiej kultury (i języka) się stały. Bo któż nie chciał kiedyś odpowiedzieć: (wybaczcie, ale przecież to cytat z klasyka!) "W imię zasad, skurwysynu".
Obawy były wielkie, ale nieuzasadnione. "Pokłosie" to film z wysokiej półki. Ze świetnym aktorstwem, znakomitymi dialogami i trafnym portretem polskiej prowincji, której trochę się w naszym kraju wstydzimy. Z pewną dozą absurdu i całym workiem naszej narodowej mentalności.
Reżyser powiedział już: "Pewnie zostanę zlinczowany". Cóż, trudne tematy istnieją właśnie po to, aby je poruszać, a nie zakopywać pod tonami fałszywych uśmiechów i kłamstwa. Istnieli dobrzy Niemcy i źli Polacy. I nie są jedynie wyjątkami potwierdzającymi regułę. Są wyjątkami zaburzającymi nasz światopogląd oparty na tak wygodnych stereotypizacjach i uproszczeniach.
Ale to moje zdanie. W sieci roi się od terabajtów innych. Wybierzcie się do kina i przekonajcie się sami - kto ma rację?
"teraz panuje taka mentalność ... żeby niszczyć to co Polskie ... tak, ażeby młodzi ludzie dobrze wiedzieli, że polak to : katol, antysemita, zaściankowy połmózg, ciemniak, sredniowieczna menda,a europejczyk to człowiek szanujacy godność drugiego, to człowiek postępowy, nowoczesny, przyjazny, miły, sympatyczny ... manipulacja jest wszędzie..." [forum filmweb.pl]
Polecam. Koniecznie i zdecydowanie. Choć nie łatwo.
niedziela, 28 października 2012
"Skyfall"
Trudno pisać o Bondzie. To wielkie brzemie, mierzenie się z legendą. Niemalże czuje za sobie laserowy celownik wszystkich zwolenników 007, którzy bez wahania pociągną za spust w wypadku jakichkolwiek nieścisłości.
Ale jak mówią - no risk no fun, no pain no gain. Kontunuujmy.
James Bond jest tak niezbędny jak Święty Mikołaj. Choć nie myślimy o nim codziennie, w okresie okołoświątecznym (lub okołopremierowym) nie mówi się o niczym innym.
"Over the top", przesadzony, nierealistyczny... - zrzędziła pani wychodząca za mną z kina. Oczywiście że tak! Ale to nie są zarzuty. To są cechy charakterystyczne spy-dramy, filmu szpiegowsko - przygodowego, którego najlepszym reprezentantem są filmy o Jamesie Bondzie.
Ale skupmy się na filmie.
Olśniewająca, ale i również niepokojąca i mocno surrealistyczna czołówka, do której, jak skrupulatnie informują nas napisy, zatrudniono osobnego reżysera. Zatrudniono również Adele, której piosenka "Skyfall", przywodzi na myśl najbardziej klasyczne bondowe przeboje (np. "Goldeneye").
Ben Whishaw, Ralph Fiennes, mniej i bardziej wyraziste "dziewczyny Bonda" oraz wspaniała (czyt. zimna, twarda i oschła) Judi Dench.
Daniel Craig - zachwycający i nienaganny. Niezbędny element fantazji kobiet i mężczyzn z całego świata. Bo przecież każdy z nas nuci czasem: "I wish I was James Bond" (lub "with James Bond", wersja do wyboru).
http://www.youtube.com/watch?v=6eXsBj9BCdM
Javier Bardem. Jeden z najbardziej wyrazistych "złych", którego można przyporządkowac do tej samej kategorii, do której należą Odd Job (pamiętacie otyłego azjatę we fraku i kapeluszu?), Buźkę (Jaws) czy Francisco Scaramanga (Chistopher Lee - "Człowiek ze złotym pistoletem"). Bardem z nieodzownym furor dei w oku, korzysta z mojej osobistej zasady "gay jokes are always funny" dodając za razem kolejny eksponat do swojej kolekcji najbardziej nietwarzowych fryzur na świecie.
Trudno pisac o tym filmie. Jest absolutnie wszystkim tym, czego oczekujemy od filmu o Jamesie Bondzie. Zapomnijmy więc o nieudanym "Quantum of Solance" i uznajmy "Skyfall" za godną kontynuację "Casino Royale".
KONIECZNIE.
Ale jak mówią - no risk no fun, no pain no gain. Kontunuujmy.
James Bond jest tak niezbędny jak Święty Mikołaj. Choć nie myślimy o nim codziennie, w okresie okołoświątecznym (lub okołopremierowym) nie mówi się o niczym innym.
"Over the top", przesadzony, nierealistyczny... - zrzędziła pani wychodząca za mną z kina. Oczywiście że tak! Ale to nie są zarzuty. To są cechy charakterystyczne spy-dramy, filmu szpiegowsko - przygodowego, którego najlepszym reprezentantem są filmy o Jamesie Bondzie.
Ale skupmy się na filmie.
Olśniewająca, ale i również niepokojąca i mocno surrealistyczna czołówka, do której, jak skrupulatnie informują nas napisy, zatrudniono osobnego reżysera. Zatrudniono również Adele, której piosenka "Skyfall", przywodzi na myśl najbardziej klasyczne bondowe przeboje (np. "Goldeneye").
Ben Whishaw, Ralph Fiennes, mniej i bardziej wyraziste "dziewczyny Bonda" oraz wspaniała (czyt. zimna, twarda i oschła) Judi Dench.
Daniel Craig - zachwycający i nienaganny. Niezbędny element fantazji kobiet i mężczyzn z całego świata. Bo przecież każdy z nas nuci czasem: "I wish I was James Bond" (lub "with James Bond", wersja do wyboru).
http://www.youtube.com/watch?v=6eXsBj9BCdM
Javier Bardem. Jeden z najbardziej wyrazistych "złych", którego można przyporządkowac do tej samej kategorii, do której należą Odd Job (pamiętacie otyłego azjatę we fraku i kapeluszu?), Buźkę (Jaws) czy Francisco Scaramanga (Chistopher Lee - "Człowiek ze złotym pistoletem"). Bardem z nieodzownym furor dei w oku, korzysta z mojej osobistej zasady "gay jokes are always funny" dodając za razem kolejny eksponat do swojej kolekcji najbardziej nietwarzowych fryzur na świecie.
Trudno pisac o tym filmie. Jest absolutnie wszystkim tym, czego oczekujemy od filmu o Jamesie Bondzie. Zapomnijmy więc o nieudanym "Quantum of Solance" i uznajmy "Skyfall" za godną kontynuację "Casino Royale".
KONIECZNIE.
sobota, 27 października 2012
"Whisky dla aniołów" / "The Angels` Share"
Unikając tłumu związanego z premierą filmu "Skyfall" (na który oczywiście również się wybieram i którego również nieomieszkam opatrzyć krytycznym komentarzem), przez zupełny przypadek - a dokładnie przez ogromną sympatię mojego kinowego towarzysza do whisky - trafiłam na film "Whisky dla aniołów". W reżyserii Kena Loacha, którego filmy, jak sie okazuje, potrafią być o niebo bardziej emocjonujące niż legendanie już nudny "Wiatr buszujący w jęczmieniu".
W "Whisky dla aniołów" mamy:
- elementy kryminału
- szkocki odpowiednik "Trainspottingu"
- obraz marginesu społecznego
- przypowieść o tym jak z nizin dojść na szczyt
- galerię ludzkich osobliwości
- mało wyszukany, szkocki humor
- dobrze skonstruowaną intrygę
- miłe dla ucha piosenki
a także dużo, dużo whisky, której bukietem, wraz najwybitniejszymi smakoszami, się rozkoszujemy.
Bardzo ciekawa propozycja filmowa dla wielbicieli whisky, Szkocji, a także nie zatłoczonych sal kinowych. Czemu nie?
W "Whisky dla aniołów" mamy:
- elementy kryminału
- szkocki odpowiednik "Trainspottingu"
- obraz marginesu społecznego
- przypowieść o tym jak z nizin dojść na szczyt
- galerię ludzkich osobliwości
- mało wyszukany, szkocki humor
- dobrze skonstruowaną intrygę
- miłe dla ucha piosenki
a także dużo, dużo whisky, której bukietem, wraz najwybitniejszymi smakoszami, się rozkoszujemy.
Bardzo ciekawa propozycja filmowa dla wielbicieli whisky, Szkocji, a także nie zatłoczonych sal kinowych. Czemu nie?
środa, 3 października 2012
"Savages"
Olivier Stone. Reżyser filmów skrajnie dobrych: "JFK", "Skandalista Larry Flynt", "Urodzony 4 lipca" i skrajnie złych: "World Trade Center", "Alexander" i.... "Savages".
"Savages" wygląda miejscami jak reklama letniej kolekcji H&M, która w połączeniu z natrętnym żeńskim komentarzem z offu, koszmarnymi dialogami, zawiłą i bezsensowną fabułą, drewnianym aktorstwem oraz łopatologicznie powtarzanym przesłaniem, że wszyscy jesteśmy dzikusami, tworzy przedziwną papkę, której nie da się opisać innymi słowami niż " istny koszmar".
My real name's Ophelia, but when I found out she was the bipolar bitch in Hamlet, I cut it down to just O.
I had orgasms. He had "wargasms."
Jako że nie chcę otrzymać miana naczelnego "hejtera", pozwolę sobie wspomnieć o dobrych stronach "Savages". Są dwie.
Benicio Del Toro. Wspaniały i niedoceniany, równie szalony jak jego kolega z planu "Las Vegas Parano" - Johnny Depp. Niestety, ze względu na latynoskie pochodzenie (Puerto Rico) został zakwalifikowany jako doskonały kandydat do ról meksykańskich dilerów narkotykowych. I role te, doprowadził do perfekcji.
Salma Hayek. Kolejna przedstawicielka mniejszości latynoskiej, której udało się nieco bardziej niż wspomnianemu powyżej Del Toro. Wzięta aktorka i producentka jest również przepiękną kobietą, która nie podlega upływowi lat i z filmu na film wygląda coraz bardziej olśniewająco. I gra coraz lepiej.
"Savages" w dwóch słowach? Szkoda czasu.
"Savages" wygląda miejscami jak reklama letniej kolekcji H&M, która w połączeniu z natrętnym żeńskim komentarzem z offu, koszmarnymi dialogami, zawiłą i bezsensowną fabułą, drewnianym aktorstwem oraz łopatologicznie powtarzanym przesłaniem, że wszyscy jesteśmy dzikusami, tworzy przedziwną papkę, której nie da się opisać innymi słowami niż " istny koszmar".
My real name's Ophelia, but when I found out she was the bipolar bitch in Hamlet, I cut it down to just O.
I had orgasms. He had "wargasms."
Jako że nie chcę otrzymać miana naczelnego "hejtera", pozwolę sobie wspomnieć o dobrych stronach "Savages". Są dwie.
Benicio Del Toro. Wspaniały i niedoceniany, równie szalony jak jego kolega z planu "Las Vegas Parano" - Johnny Depp. Niestety, ze względu na latynoskie pochodzenie (Puerto Rico) został zakwalifikowany jako doskonały kandydat do ról meksykańskich dilerów narkotykowych. I role te, doprowadził do perfekcji.
Salma Hayek. Kolejna przedstawicielka mniejszości latynoskiej, której udało się nieco bardziej niż wspomnianemu powyżej Del Toro. Wzięta aktorka i producentka jest również przepiękną kobietą, która nie podlega upływowi lat i z filmu na film wygląda coraz bardziej olśniewająco. I gra coraz lepiej.
"Savages" w dwóch słowach? Szkoda czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)