Mam pewną zasadę. Zawsze przygotowuje się na najgorsze, dlatego, że wtedy spotykają mnie miłe zaskoczenia. I takim miłym zaskoczeniem był właśnie "Atlas Chmur".
Słyszałam ogromną ilość niepochlebnych opinii na temat tego filmu. Sama, znając poprzedni film braci... rodzeństwa Wachowskich ("Speed Racer"), byłam w stanie w nie uwierzyć. Jednakże ze względu na niespodziewaną kinową posuchę w sobotni wieczór, pełna obaw wykupiłam bilet na trwający 172 minuty "Atlas Chmur".
Po pierwsze - duży plus za wielość filmowych odniesień. Bez trudu zauważymy tu wpływy takich klasyków jak "Zielona pożywka" czy "Łowca Androidów".
Po drugie - kolejny plus za ryzykowny, choć ciekawy pomysł obsadowy. Aktorzy, występujący w nawet w siedmiu rolach, rzucają wyzwanie naszej spostrzegawczości. (Polecam pozostać w kinie podczas napisów końcowych, poznacie wtedy wszystkie role zagrane przez danego aktora.)
Po trzecie - sprawne i nienużące poprowadzenie kilku wątków na raz, które pod względem atrakcyjności (ale raczej treściowej niż wizualnej) można uplasować na tej samej pozycji.
Minusy?
Pop-filozofia rodem z New Age, i nierówny dialog, który popada w skrajności. Czasem bawi nas, niczym najlepsza komedia, a czasem próbuje zaoferować patetyczne i metafizyczne mądrości rodem z dzieł Paulo Coelio.
W dwóch (gramatycznie niepoprawnych) słowach: bardzo można.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz