piątek, 7 września 2012

"Merida waleczna" / "Brave"

Kolejna perełka z wytwórni Disney-Pixar, która sprawi radość nie tylko dzieciom, ale również feministkom.
 
Koniec z księżniczkami czekającymi z utęsknieniem na księcia na białym koniu. Królewska córka Merida bierze swój los we własne ręce i ze szkockim uporem sprzeciwia się wszelkim planom zamążpójścia. 

Film nieco gorszy od "Zaplątanych", ale nadal trzymający się na wysokim poziomie, który gwarantuje rozwój  intelektualny młodszym kinomanom (a nie cofanie się w rozwoju rodem z "Idiokracji"). 

Trudno mi wypowiedzieć się na temat polskiej wersji językowej, jednakże angielska, znakomicie oddaje chropowaty, rubaszny, ale i nie pozbawiony uroku, charakter bajkowych postaci. 

Jedyne czego brakuje, to większej ilości piosenek. Czy doczekamy się jeszcze kiedyś hitu na miarę "Kolorowego wiatru"? :)

piątek, 31 sierpnia 2012

"Premium Rush"

premiera USA: 24 sierpnia
premiera Polska: 12 października

Co może być fascynującego w codzienności nowojorskiego kuriera rowerowego?
"Premium Rush" pokazuje, że WSZYSTKO.

Ogromna dawka emocji, efektowne zderzenia i wywrotki. Czyli rowerowy pęd ulicami szalonego Nowego Jorku przedstawiony w formie trzymającego w napięciu filmu akcji!

Film absolutnie niehermetyczny - nie trzeba być wyznawcą dwukołowego kultu aby znakomicie bawić się podczas seansu, zasłaniając oczy przed wszechobecnym widokiem upadków, złamań i otarć.

Rowery, rowery, rowery, a oprócz tego bardzo dobrze zbudowana intryga i odrażający czarny charakter grany widowiskowo przez Michaela Shannona (rola warta Oscara!). Nie jest łatwo zbudować postać, do której widzowie będą czuli jedynie coraz większe obrzydzenie.

A na dodatek, wschodząca gwiazda: Joseph Gordon - Levitt, który, moim zdaniem, obok Ryana Goslinga, jest jednym z najciekawszych nazwisk młodego Hollywood.

Panowie i Panie (nie tylko rowerzyści) - KONIECZNIE!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Niezniszczalni 2" / "Expendables 2"

Kolejna wizyta w amerykańskim i kolejna wielka przygoda. Otóż. 

Pan w kasie sprzedał mi bilet na najnowszego Batmana. Pamiętając o poprawności politycznej nie będę obwiniać za to jego sięgającej ponad normę wagi, ani nieco ciemniejszej skóry. Jednakże posiadania złego biletu, zostałam wpuszczona do kina i na salę, aby zobaczyć wiekopomne dzieło: "Niezniszczalni 2".
Po zakończonym filmie, wyszłam dokładnie tą samą drogą którą weszłam, podobnie jak większość widowni. I rozeszliśmy się na kolejny film! I na kolejny! I na kolejny! Zero kontroli! Raz wejdziesz, możesz siedzieć do wieczora. Charlie i fabryka czekolady, Kaja i amerykańskie kino. Niesamowite. Następnym razem wezmę więcej jedzenia. 

Jedynymi osobami, którym ten film sprawił przyjemność, byli aktorzy, którzy mogli przypomnieć sobie swoje najlepsze lata i najlepsze filmy i znowu niszczyć wroga trzymanymi w jednej ręce karabinami maszynowymi.

"Rest in pieces"

Odrobina humoru, która bardzo rzadko śmieszyła oraz intertekstualne żarty, których rozpoznanie nie sprawia żadnej przyjemności.
Chuck Norris jako samotny wojownik o niesamowitych umiejętnościach, Jean Claude Van Damme w ciemnych okularach (lepiej gdyby ich w ogóle nie zdejmował...), podstarzały i sflaczały Sylvester Stallone, przerażający Dolph Lundgren (mierzący 195cm wzrostu inżynier chemii) oraz jedyny starzejący się z godnością Bruce Willis. I Jason Statham. Wspaniały jak zawsze.

"My shoe is bigger than this car" (Arnold Schwarzenegger o Smarcie)

Z pewnością pojawią się wobec mnie zarzuty: przecież wiedziała na jaki film idzie. Może nie zrozumiała konwencji? Moi drodzy, jako dziecko wychowane w latach 90 na kasetach VHS, o filmach akcji z powyższymi panami wiem wszystko i konwencja ta nie ma dla mnie żadnych tajemnic. Potrafię z zamkniętymi oczami odróżnić "Uniwersalnego żołnierza" od "Cyborga" oraz opowiedzieć o problemach polityczno-społecznych poruszanych w kolejnych częściach "Rambo". A pomimo tego "Niezniszczalni 2" (w przeciwieństwie do pierwszej części filmu!) mnie całkowicie zawiedli.

To jest nie film rozliczeniowy. To czysta zabawa, jaką zorganizowała sobie grupa emerytów, zapominając o istnieniu widzów i ich gustach. Panowie, nie tędy droga.

Jako film osobisty i podsumowujący polecam "JCVD". Poruszający, zaskakujący, zastanawiający. Zwiastun poniżej.

http://www.youtube.com/watch?v=4z_6UfkQ-c0

I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć opis filmu, który przypomniał mi, że wszyscy się starzejemy, czas płynie, a filmy powinno się robić dla widzów, a nie swojej własnej, hedonistyczno-egoistycznej uciechy.



niedziela, 26 sierpnia 2012

Rozprawa o metodzie wg Kai Ł.


Trochę bardziej teoretycznie i na poważnie. Osobiste refleksje na temat sztuki aktorskiej zainspirowane nauką do egzaminu z historii i teorii teatru, mentalnością Amerykanów oraz deszczowym Chicago. 

            Niezależnie od rejonu geograficznego, wszyscy aktorzy, twierdzą, że posługują się „Metodą”, choć przypuszczalnie niewielu z nich rozumie, na czym ona właściwie polega. Nie wiedzą również jak wiele niebezpieczeństw niesie ze sobą ta zwulgaryzowana wersja rosyjskiego oryginału.

            Konstantyn  Stanisławski, wielki rosyjski reżyser teatralny i teoretyk teatru, przeczuwał, że stworzona przez niego metoda aktorska zyska popularność i wielu zwolenników. Dlatego ostrzegał, aby nie podchodzić do niej jedynie formalnie i wyrywkowo. Mówił, że konieczne jest zrozumienie całego systemu, jego wszystkich aspektów i głębi. Pobieżne podejście do metody może być wręcz niebezpieczne, i to nie tylko dla sztuki, która stanie się sztuczna i nienaturalna, ale również dla aktora. Kiedy przypominamy sobie tragiczne losy gwiazd, takich jak Marilyn Monroe czy James Dean możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć: To były prorocze słowa. 

            Metoda Stanisławskiego, w swoim pierwotnym zamyśle była niezwykle ironiczna. Z jednej strony oczekiwała od aktora znalezienia swojego prawdziwego „ja”, odkrywania nowych aspektów swojego jestestwa. Z drugiej strony oczekiwała, że wcieli się on w wiarygodny i naturalny sposób w kogoś zupełnie innego. Ten dualizm, nie został jednak przeniesiony na grunt amerykański. Lee Strasberg, który w 1951 roku został dyrektorem Actors Studio, skupił się tylko na jednym elemencie ze skomplikowanej metody rosyjskiego teoretyka. Odrzucił techniczne aspekty pracy aktora – takie jak rytm, rozwój fizyczny czy umiejętności praktyczne, na rzecz proponowanej przez Stanisławskiego „pamięci emocjonalnej”.

Amerykańska wersja metody, skupia się na tworzeniu prawdziwych i uczciwych emocji, każąc aktorom przypominać sobie własne przeżycia, by odnieść się do nich przy budowaniu postaci.  Amerykanie przekroczyli granicę nakreśloną przez Stanisławskiego. Pozwolili aktorowi w pełni zespolić się ze swoją rolą, czasami poddając się w pełni jej kontroli. Stanisławski ostrzegał przed podobnym podejściem. Twierdził, że prowadzi ono do utraty panowania nad sobą, kiepskiego aktorstwa i skupieniu na sobie, zamiast na odgrywanej postaci. Rosyjski reżyser nie chciał, by praca aktora była nieustanną wiwisekcją, wywlekaniem na światło dzienne najtrudniejszych i najbardziej bolesnych wspomnień o  których każdy człowiek woli zapomnieć. Zależało mu, by aktor odczuwał radość tworzenia - joy of creation. Kiedy przypominamy sobie stremowaną i sfrustrowaną Marilyn Monroe z filmu Mój tydzień z Marilyn, raczej nie przychodzą myślimy o emocjach takich jak radość.  

Amerykańska wersja „Metody” popadła w skrajność.  Lata 50. i 60. na gruncie amerykańskiego teatru, przyniosły pewien istotny problem.  Wszyscy aktorzy grali dokładnie w ten sam sposób, wielu z nich wymawiało swoje teksty w kompletnie niezrozumiały sposób, gdyż, jak twierdzili, daje to lepsze wyobrażenie o głębi wewnętrznych problemów bohaterów. Prasa nawet teraz, z lubością donosi, na jakie to poświęcenia są gotowi amerykańscy aktorzy podczas przygotowań do roli. Tyją, chudną, spędzają całe godziny na siłowni lub zamykają się w celach więziennych i szpitalach psychiatrycznych. To podejście bardzo dalekie od tego co proponował Stanisławski.  Amerykanie zdają się nie przywiązywać wagi do szczegółów i zachowują się według słynnej już „mentalności najeźdźcy”. Zagarniamy, upraszczamy i włączamy do naszego kręgu kulturowego. Czasem to może kończyć się karykaturalnie i tragicznie. 

sobota, 28 lipca 2012

„Mroczny Rycerz powstaje” / „Dark Knight Rises”


Onieśmielający rozmach produkcji, najwyższych lotów (niekiedy dosłownie) sceny akcji, najbardziej intensywna sekwencja otwarcia, zdrady, wybuchy, orgia zniszczenia i inne fajerwerki i atrakcje.

Nowy Batman posiada również napisany z zegarmistrzowską precyzją scenariusz, który domyka wszystkie wątki poruszone w poprzednich filmach, równocześnie snując nową, imponującą intrygę. Zdania krytyków – podzielone, jak to zwykle bywa przy natrętnie promowanych produkcjach. Ja opowiadam się po stronie Christophera Nolana i ze wszystkich sił bronić będę nowej jakości kina rozrywkowego, której kodyfikatorem jest kolejny  „film o Batmanie”.

Świetnie kreowana postać Bane’a (spróbujcie GRAĆ kiedy ¾ twarzy zasłania wam steam-punkowa maska). Anne Hathaway wreszcie w roli która wzbudza szczerą sympatię (I to nie tylko u panów z powodu niezwykle obcisłego trykotu). A w roli policjanta o złotym sercu: Joseph Gordon-Levitt, cieszący się dużą popularnością wśród przedstawicielek płci pięknej.

A w ramach filmoznawczej nadinterpretacji, potraktuje ten film jako ostrzegawcze przesłanie establishmentu do buntujących się mas współczesnego społeczeństwa. Nie ważne kto was będzie prowadził ani jakie komunistyczno-anarchistyczne idee będziecie próbowali przeforsować. W końcu i tak wszystko wróci do normy, bogaci będą się bogacić, a biedni będą tracić.

Tak, jest to kolejny film obejrzany przeze mnie w kinie w USA w stanie Maine, poprzedzony hamburgerową orgią. Amerykanie są jak Włosi. Kochają jeść. W przemielonym mięsie ukrytym w bułce zawierają wszystkie frustracje i niepowodzenia, a pochłaniając je, symbolicznie pozbywają się problemów, zyskując kolejne centymetry w pasie. 

sobota, 14 lipca 2012

"To Rome with Love" / "Zakochani w Rzymie"

W ramach realizacji kolejnych pocztówek z najsłynniejszych miast Europy, Woody Allen udaje się tym razem do stolicy słonecznej Italii, skąpanej w winie, oliwkach i neurotycznych historiach miłosnych.

I tym razem jest to pocztówka udana. Rzym wygląda dokładnie tak jak w rzeczywistości, a jego mieszańcy przedstawieni są z dużą dozą sympatii zakrawającej na podziw.

Na film składają się cztery historie:

1. Młoda Amerykanka poznaje uroczego Rzymianina - komunistę. Czas na rodzinne spotkanie rodem z "Poznaj mojego tatę". Tyle, że tym razem ojcem nie jest Robert de Niro, a sam mistrz - Woody Allen. Miło zobaczyć go znowu na dużym ekranie, choć zdecydowanie smutna jest świadomość nieuchronnie uciekającego czasu, który nie oszczędza nawet największych mistrzów światowej kinematografii (tak właśnie uważam!)

2. Synonim włoskości, Roberto Benigni w sposób godny Louisa Bunuela, zyskuje sławę, dzięki której każdy jego ruch (włączając w to golenie i robienie tostów) jest śledzony przez hordy fotoreporterów.

3. Najbardziej irytująca i aseksualna filmowa para ostatnich lat - Jesse Eisenberg i Ellen Page. Gdyby nie obecność Aleca Baldwina w roli głosu sumienia, epizod ten byłby kompletnie nie do strawienia i powodowałby zgagę ze skutkiem śmiertelnym. Woody Allen nadal szuka godnego siebie następcy. Niestety ani Owen Wilson, ani Eisenberg nie sprostali legendarnej postaci żydowskiego neurotyka o niespełnionych ambicjach, który "upadając na plecy, łamie sobie nos".

4. Młode małżeństwo z prowincji przybywa do stolicy w pogoni za lepszą pracą. Wszystko komplikuje się przez telefon komórkowy wpadający do studzienki kanalizacyjnej oraz zjawiskową Penelope Cruz w roli włoskiej prostytutki.


Biorąc pod uwagę ostatnie filmy Woody'ego Allena, można z czystym sercem powiedzieć, że powoli wraca do formy. Ja osobiście życzę mu powodzenia, wielu lat życia i coraz lepszych filmów.


Panie Allen - zapraszamy do Krakowa!



sobota, 7 lipca 2012

"Prometeusz"

Prawdziwie amerykańskie doświadczenie 
czyli 
wyprawa Kai do kina w Stanach Zjednoczonych

Po pierwsze - podróż ciężarówką (pick-upem) do kina "right in the middle of nowhere".
Po drugie - film od lat 18, bez pokazania ID - nie wejdziesz. Cała obsługa kina przyszła podziwiać mój polski dowód osobisty.
Po trzecie - amerykańskie fotele kinowe są dwa razy szerze od polskich.
Po czwarte - wszystkie zwiastuny przed filmem dotyczyły horrorów. Jak poinformowali mnie moi towarzysze, to obecnie najpopularniejszy gatunek w USA. Lepiej bać się żydowskich demonów niż niespłaconej hipoteki.
Po piąte - "Prometeusz" nie był złym filmem. 


"Prometeusz" = "Obcy" (wszystkie części, wszakże ma to być prequel serii) + "Blade Runner" + "Moon" (Sam Rockwell - kto nie widział nich szybko to nadrobi, bo to na prawdę dobry film science-fiction) + duża dawka uproszczonego feminizmu. 


Nie trzeba być Slavoyem Zizkiem aby dopatrzyć się podobieństw pomiędzy filmowymi monstrami a żeńskimi narządami płciowymi. Filmoznawców zapewniam o obecności ulubionego motywu "vaginy dentaty". 


Plus - pierwsza scena aborcji w kosmosie, zakończona zaszywaniem rany zszywkami. Naomi Rapace okazała się być godną następczynią Sigourney Weaver. 


Solidne kino gatunkowe.