niedziela, 10 czerwca 2012

"Valhalla Rising" / "Valhalla: Mroczny wojownik"

(premiera 15.06)

Zdaniem krytyków - film o wszystkim. O milczeniu Boga, o beznadziei, zbawieniu i potępieniu. Zagubieni krzyżowcy z jednookim, milczącym wojownikiem na czele zamiast ziemi świętej znajdują piekło na ziemi, kraj bez Boga. Popadają w odmęty szaleństwa i religijnego zaślepienia.
Film niedookreślony, powolny, a przez to niezwykle silnie oddziałujący i dający pole do popisu dla wyobraźni widza.

Moim zdaniem - film o niczym. Trwająca półtorej godziny artystowska męka, wyciągnięta z najciemniejszych odmętów magazynu dystrybutora ze względu na niebywały sukces następnego filmu tegoż reżysera (Nicolas Winding Refn), filmu "Drive".
Najgłębiej cierpiącą jednostką w tym filmie jest widz, który dzięki monochromatycznym i monotonnym obrazom, a także minimalistycznej muzyce, pogrąża się w totalnej katatonii i beznadziei.
Portal Filmweb za określenie gatunku tego filmu słowem "akcja" powinien zostać spalony na stosie.

Odradzam. Ze wszystkich sił.

piątek, 8 czerwca 2012

Perełki z lamusa: Doris Day & Rock Hudson

Absolutnie nie chcę zdominować tegoż bloga wpisami o starych filmach i nieżyjących gwiazdach. Ale cóż zrobić, kiedy wydają mi się po prostu lepsze? 


Każda wielbicielka (i wielbiciel, nie dyskryminujmy nikogo) komedii romantycznych, oprócz miłosnych zmagań Katherine Heigl, Emmy Stone czy nawet Sandry Bullock, powinien poznać również klasykę tego (wątpliwej jakości, według niektórych) gatunku filmowego.

W tym celu należy cofnąć się do przełomu lat '50 i '60, pachnących różem i lakierem do włosów.
To właśnie wtedy pojawiły się schematyczne, stereotypowe i sztampowe, ale również zachwycające swoją anachronicznością komedie duetu Doris Day/ Rock Hudson.

Choć w całości obracały się wokół sfery seksualnej, a przez niektórych filmy te nazywane były "komediami sypialnianymi", to nie ma tam ani jednej, nazwijmy to, "bardziej intymnej" sceny.
Wszystko rozgrywa się wokół języka, aluzji, potyczek słownych i wytrwale budowanych intryg. To dowód na potwierdzenie odwiecznej teorii: rozwój cenzury to również rozwój języka ezopowego i subtelności.

Wszystko jest tutaj przesadzone. Rock Hudson jest przesadnie męski. Odgrywa ociekający testosteronem spektakl męskości wśród szemrzących kobiecych westchnień. W tym miejscu należy wspomnieć, iż w latach '80 Rock Hudson przyznał się do swojego homoseksualizmu (co osobiście uważam za jedną z największych tragedii kinematografii). Doris Day jest przesadnie kobieca. Jej nadmierna uczuciowość, rzucająca się w oczy nadekspresja, wyszukane i ekstrawaganckie kostiumy oraz zachwycająca kariera zawodowa to w rzeczywistości tylko wstęp do realizacji prawdziwego powołania, do bycia matką i żoną.

W rzeczywistości niewiele zmieniło się w komediach romantycznych od tego czasu. Twardziele nadal są uwodzicielskimi twardzielami, a wyzwolone kobiety biznesu marzą o mężu, dzieciach, gotowaniu i sprzątaniu.

"Pillow Talk" (1959). "Lover Come Back" (1961). It's all in there.

http://www.youtube.com/watch?v=qPgZLAAVKUk&feature=related


niedziela, 27 maja 2012

Perełki z lamusa: "In the Heat of the Night" (1967)

Ku uciesze gawiedzi (a tak na prawdę mojej własnej), zdecydowałam się uruchomić nowy cykl "recenzji". Dotyczyć będą filmów starych, (mniej lub bardziej) których, z niewiadomych względów, większość współczesnych widzów się boi. 1950 - co za staroć... 1930? To wtedy już istniało kino? 


Zapraszam do czytania. Na początek - "In the Heat of the Night" (1967)

Przy akompaniamencie śpiewanej przez Raya Charlesa piosenki, czarnoskóry policjant, na skutek skomplikowanego systemu komunikacji publicznej, znajduje się w samym środku konfederackiego południa - w stanie Missisipi.
Na domiar złego jest ekspertem od zabójstw, a w miasteczku (Sparta!) popełniono morderstwo. (Uwielbiamy te filmowe zbiegi okoliczności <3)
Czy szef lokalnej policji i mieszkańcy będą w stanie, wbrew swoim ideałom, zaufać czarnoskóremu policjantowi?

W głównej roli - prawdziwa legenda amerykańskiego kina - Sidney Poitier (czyt. Puatie). A scena spoliczkowania współczesnego plantatora przez czarnego policjanta - bezcenna. Zgrabna intryga, świetna konstrukcja - choć uważny widz stosunkowo wcześnie zorientuje się, kto jest mordercą.

Polecam.


czwartek, 24 maja 2012

"Bel Ami" / "Uwodziciel"

Zdarzają się czasem takie filmy, przed którymi należy ostrzegać widzów wielkimi tablicami z napisem "zły film". Taką tablicę należy postawić przed filmem "Bel Ami" i odgrodzić go dodatkowo drutem kolczastym.

102 minuty czystej męki, w której historia, bohaterowie, a nawet tło historyczne, pokazani się w najnudniejszy sposób jaki można sobie wyobrazić, na dodatek pozbawiony wszelkich emocji. Robert Pattison dwoi się i troi aby jego pozbawiona ekspresji twarz wyrażała coś innego niż ból istnienia. Ponosi jednak sromotną klęskę, a najciekawszą rzeczą jaką pokazuje na ekranie są nagie pośladki.

Piękne i zdolne aktorki (jak zwykle zachwycająca Christina Ricci) poniżają się udając namiętność i pociąg do tytułowego Bel Ami, a pełne uniesień, namiętne uściski wyglądają raczej jak zapasy w stylu wolnym.

Trudno uwierzyć w uwodzicielskie zdolności Roberta Pattisona, tak samo jak trudno uwierzyć, że ktokolwiek będzie się na tym filmie dobrze bawił. Zdecydowanie i z pełnym przekonaniem: NIE.

czwartek, 17 maja 2012

"Mroczne cienie"

Choć Tim Burton nadal pozostaje wierny wypracowanej przez siebie stylistyce to niestety, tym razem przesadził i przekroczył subtelne ramy filmowego pastiszu.
Nagromadzenie elementów intertekstualnych ( i na poły żartobliwych mrugnięć okiem do widza) przekroczyło wszelkie normy. Chociaż należy przyznać, że niektóre z nich są niezwykle pomysłowe - jak choćby epizodyczna rola Christophera Lee (i chyba zamierzone podobieństwo finału do filmu "Ze śmiercią jej do twarzy"). Film nie jest już oryginalną mieszaniną śmieszności i ekscentryczności. Jest przedziwną hybrydą, podczas której stale zadajemy sobie pytanie: "Co ja oglądam?" (względnie "Co ja pacze?").  Nie wiadomo: śmiać się, oburzać czy może płakać?

Dystans do filmów grozy oraz popularnych obecnie nastoletnich fantastycznych romansów (tak, chodzi o "Zmierzch") jest całkowicie zrozumiała. Ale niestety wersja zaprezentowana przez Tima Burtona zdecydowanie mi nie odpowiada.
Jedynymi stuprocentowo pozytywnymi akcentami w tym całym dziwactwie są rolę Johnny'ego Deppa oraz Evy Green. Z wielką nonszalancją, dystansem i finezją wcielają się w ciekawie skonstruowane postacie. No i Alice Cooper - gratka dla melomanów.

"Mroczne cienie" nie są kolejnym, nowym i ciekawym rozdziałem historii filmu wampirycznego. Wolę naszą rodzimą "Kołysankę".


piątek, 11 maja 2012

"The Avengers"

"The Avengers" jest znakomitym zwieńczeniem serii o superbohaterach, którą dzielni filmowcy przenieśli z kart komiksów na kinowe ekrany. Moim skromnym zdaniem, przed seansem warto oglądnąć wszystkie prequele (cześci składowe?) "The Avengers".

"Hulk" (do wyboru wersja z Ericiem Baną lub Edwardem Nortonen), "Iron Man" (dwie części), "Kapitan Ameryka" (o którym pisałam w wakacje) oraz "Thor" (którego niestety nie widziałam, ale nadrobię to as soon as possible).

Ale po co ja mam to wszystko oglądać?

Dzięki temu docenicie jak ładnie pasują do siebie wszystkie elementy, zauważycie dużą ilość odniesień między filmami oraz last lub not least, poznacie w pełni bohaterów oraz ich motywacje. "The Avengers" nie zafunduje wam bowiem pogłębionych portretów psychologicznych. Orgia zniszczenia, szybkie, żartobliwe dialogi, walka wszelkiego rodzaju bronią (zaczynając od boskich młotów, a kończąc na bombie atomowej) oraz hordy biomechanicznych przeciwników, nie są sprzyjającymi okolicznościami dla wieloetapowego rozwoju postaci.

Zostawcie swoje przeintelektualizowane umysły przed salą kinową, a "The Avengers" zagwarantuje wam czystą rozrywkę, która na prawdę bawi i odrywa od ponurej codzienności. Have (pure) fun!

piątek, 4 maja 2012

"Seksualni, niebezpieczni"

Młodzi Anglicy na wakacjach, czyli coś co wszyscy Krakowianie dobrze znają. I unikają, co polecam zrobić również w przypadku tego filmu, którego polski tytuł jest prawdziwym majstersztykiem (org. "The Inbetweeners Movie").

W wakacje moralność i rozsądek ulegają zawieszeniu, zostaje tylko dobra zabawa, kolorowe alkohole, seksualne podboje i kloaczne żarty.

"I'm on fucking holiday. I can't be TOO DRUNK".

Coś na kształt mniej udanego "American Pie" z ciekawą (ze względów poznawczych) panoramą zachowań turystów podczas letniego szaleństwa. Wszystko rozgrywa się w autentycznym miejscu (Grecja - Kreta - Malia), które ewidentnie należy wpisać na listę "prawdziwych kurortów do omijania" zaraz obok Lloret Del Mar.

"I stopped believing in GOD, when I realised that it was just DOG backwards."

Zdecydowanie NIE.