czwartek, 16 lutego 2017

"Lego Batman: Film" / "The Lego Batman Movie"

Tytułowy bohater animacji Lego Batman jest egoistycznym, pewnym siebie, introwertycznym bubkiem, a ponadto mówi dziwnym niskim głosem (niemal jak ja po dwóch turnusach obozu narciarskiego). Krótko mówiąc jest niemal dokładnie taki, jak mroczny protagonista z filmów Christophera Nolana z tą różnicą, że twórcy Lego Batmana są w pełni świadomi jego komicznego potencjału. Wykorzystują go nad wyraz chętnie, a ironiczny komentarz towarzyszy nam już od samego początku (dokładnie od chwili pojawienia się na ekranie plansz wytwórni i producentów).


Lego Batman to jednak nie tylko humor i autentycznie śmieszne (choć nieco suchawe) żarty - to również sprawne nawiązania do komiksowego uniwersum oraz powstałych na przestrzeni lat filmów o Człowieku-Nietoperzu. Nie zapomina się nawet o kuriozalnym serialu Adama Westa, choć na pierwszy ogień idą przede wszystkim produkcje z ostatnich lat. Lego Batman to także udana satyra na pełen podziałów świat superbohaterów, w którym nienawiść może okazać się trwalsza niż miłość. Trzeba przyznać, że twórcy filmu (m.in. reżyser Chris McKay odpowiedzialny za sukces Robot Chickena) zdecydowanie odrobili popkulturową lekcję i z finezją żonglują wątkami oraz postaciami znanymi z komiksów, literatury czy kinematografii. 


Po zachwytach przychodzi jednak czas na zastrzeżenie. Lego Batman pod wieloma względami różni się od lekkiej i świeżej Lego Przygody. Brak w nim równie chwytliwej piosenki ("Everything Is Awesome" rządzi!), a całość zdecydowanie mniej nadaje się dla młodych widzów. Nie jest to więc film dla dzieci - a przynajmniej nie jest nim wersja anglojęzyczna z napisami, którą udało mi się zobaczyć. Być może wersja z dubbingiem jest bardziej dostosowana do potrzeb młodszej widowni, ale nie mam co do tego pewności. Lepiej oglądnijcie raz jeszcze Lego: Przygodę.


A wszystkich dorosłych rozmiłowanych w superbohaterskich przygodach i duńskich klockach wysyłam pilnie do kina! Będziecie się bawić jak dzieci. 

środa, 15 lutego 2017

"Szwedzka teoria miłości" / "The Swedish Theory of Love"

Na pohybel walentynkom udałyśmy się z koleżanką na film, który z miłością ma tyle wspólnego, że ma ją w tytule. Szwedzka teoria miłości to bowiem przede wszystkim dokument o samotności, źle rozumianym indywidualizmie i wizji przyszłości rodem z Black Mirror, która być może już się ziszcza. 

Erik Gandini, reżyser wspomnianego filmu, już w znakomitej Wideokracji (nie mylić z Idiokracją, choć podobieństwo tytułów nie jest chyba przypadkowe) przekonywał, że współczesność staje się powoli swoją własną karykaturą. W Wideokracji kwestią kluczową była włoska telewizja, w wyjątkowo niepokojący sposób kształtująca zbiorową wyobraźnię mieszkańców Półwyspu Apenińskiego. Pełne pięknych, półnagich modelek programy ukazują niemożliwy do zrealizowania w zwykłym życiu wzorzec młodości i sukcesu. I choć Szwedzka teoria miłości też w gruncie rzeczy dotyczy "zgniłego Zachodu", to sprawa jest tu nieco bardziej skomplikowana. 


Szwedzkie społeczeństwo żyje w dostatku, bezpieczeństwie, ma zapewnioną opiekę zdrowotną na wysokim poziomie. Czuje się "zaopiekowane", a tym samym zwolnione z obowiązku opieki nad sobą nawzajem. I nie chodzi tu bynajmniej o zanik więzi sąsiedzkich (obserwowany coraz częściej także i u nas), ale o sprawy znacznie poważniejsze: młodzi nie opiekują się starszymi krewnymi, ludzie umierają w samotności, a kobiety od stałych związków wolą korzystanie z banków nasienia. 


Szwedzka teoria miłości pokazuje najbardziej niepokojące aspekty alienacji współczesnego człowieka na czele z przerażająco praktycznym urzędem ds. zgonów osób samotnych. Materialny dostatek nie równa się szczęściu i zadowoleniu, lecz wręcz przeciwnie, oznacza nudę i zastój. Twórcy filmu lekarstwa na ten emocjonalny marazm szukają w krajach biednych, gdzie codzienność jest nieustanną walką. Dokładne tych, z których ludzie przyjeżdżają do Szwecji w poszukiwaniu nowego życia. Jak bowiem przekonuje pojawiający się w filmie w roli autorytetu polski socjolog Zygmunt Bauman*: "Szczęście to życie wolne od trosk, ale szczęśliwe życie oznacza nieustanne zmaganie się problemami i walkę z przeciwnościami". 


Szwedzka teoria miłości to wręcz pop-dokument: zapomnijcie o fragmentach czarno-białych kronik przetykanych wypowiedziami gadających głów na tle symboli wiedzy i władzy. Film Gandiniego jest popkulturowy, energiczny i podporządkowany wyraźnej tezie. Tą propagandową mieszankę łyka się jednak bezboleśnie, a jedynym skutkiem ubocznym jest wyraźne poczucie niepokoju, że coś z tym naszym światem jest nie tak. 

*Niestety Zygmunt Bauman zmarł 2 stycznia tego roku. Piękny materiał na jego temat przygotowała stacja Al Jazeera: https://www.youtube.com/watch?v=Hf2J8BfRaTw

sobota, 28 stycznia 2017

"Manchester by the Sea"


- Boże, jakie to smutne! - aż chce się zakrzyknąć po seansie Manchester by the Sea i właściwie trudno znaleźć lepsze podsumowanie dla tego filmu. 

"Żyć trzeba, to najważniejsze" - kazał mawiać swoim literackim bohaterom Jarosław Iwaszkiewicz. Grany przez Caseya Afflecka Lee nie jest co do tego przekonany. Żyje właściwie tylko siłą rozpędu, bez energii, trwa pomiędzy miejscami i decyzjami. Jego przerażająca przeszłość sprawiła, że jest wewnętrznie martwy, nie potrafi nawiązać relacji oraz wyrażać uczuć. Przygnębiającą wiadomość o śmieci brata przyjmuje z kamienną twarzą i cichym "Oh", choć trzeba zaznaczyć, że podobnie reaguje na otrzymane od atrakcyjnej kobiety zaproszenie na obiad czy zatkaną rurę w kuchni. 

To nie jest jednak to same ciche i spokojne "Oh", którym zadziwiającą rzeczywistość kwitował Paterson. Lee nie wierzy w siebie i świat, a powierzone zadanie opieki nad nastoletnim bratankiem przerasta go i potęguje dotychczasowe wyobcowanie. Przynajmniej początkowo. 


Manchester by the Sea to film dość trudny formalnie, rozgrywający się równocześnie na kilku, niewiele się od siebie różniących planach czasowych. Podobny sposób organizacji opowieści może chwilami powodować wrażenie zakłopotania, jednak to właśnie utrudnione odkrywanie tragicznej historii Lee jest jednym z najatrakcyjniejszych elementów filmu.


Lejący się z ekranu smutek bywa przełamywany przez sceny absurdalne, groteskowe, a czasem po prostu śmieszne: nosze nie chcą się złożyć i zacinają się przy drzwiach ambulansu a powierzony pod opiekę Lee nastolatek wyraźnie nie rozumie pojęcia "monogamia". Całość dopełnia niezwykła rola Caseya Afflecka, który udowadnia, że jest zdecydowanie bardziej utalentowany od brata. Manchester by the Sea wywołuje łzy autentycznego smutku, jest też całkowitym przeciwieństwem podnoszącego na duchu Patersona i przywracającego wiarę w marzenia La La Landu. Ale podobnie jak pozostałe tytuły przypomina, że trafił nam się wyjątkowo dobry filmowy sezon.

A już jutro - Sztuka kochania. Będzie się działo (if you know what I mean)!


czwartek, 19 stycznia 2017

Aktualnie w kinach

Niestety z braku czasu nie dam rady napisać o każdym z poniższych filmów osobno. Szkoda jednak byłoby nie odnieść się do nich w kilku krótkich, żołnierskich słowach, dlatego postanowiłam zastosować oszukańczy chwyt i wrzucić wszystkie do jednego posta. Jeśli wybieracie się w ten weekend do kina (albo po prostu chcecie wiedzieć co tam piszczy), zapraszam do czytania!

"Wielki mur" / "The Great Wall" 
premiera: 13 stycznia

Wielki mur to, za przeproszeniem, chińskie dziadostwo. Kompletnie niepotrzebne, za drogie, zbyt plastikowe i psujące się od razu po kupieniu. Sztywne, sztuczne dialogi, pisane chyba przez program komputerowy, po krótkim czasie wzbudzają salwy śmiechu, podobnie jak napuszony Matt Damon, sceptyczny agent Peña (Pedro Pascal) i groteskowy Willem Dafoe. Najlepiej w tym wszystkim wypadają tłumy kolorowych Chińczyków, którzy wykorzystują wszystkie, nawet najbardziej surrealistyczne sposoby do walki z napierającym na Wielki Mur wrogiem. To już nie jest ten sam Zhang Yimou.  

"Assasin's Creed"
premiera: 6 stycznia

Mimo wykorzystania sprawdzonego reżysersko-aktorskiego składu z całkiem niezłego Makbeta (2015), filmowa wersja gry Assassin's Creed poraża ilością wątków, zwrotów akcji i tajemnic, które praktycznie uniemożliwiają śledzenie fabuły. Twórcy za wszelką cenę starają się nadać głębię absurdalnej historii, zapominając, że tym razem nie mają do czynienia z tekstem Szekspira. Podobnie Michael Fassbender, który choć dwoi się i twoi, staje się jedynie karykaturą samego siebie. Może nie jest to tak złe, jak słynne adaptacje Uwe Bolla, ale i tak szkoda waszego czasu. [Więcej na: http://www.offcamera.pl/aktualnosci/wiele-halasu-o-nic]

"Powidoki"
premiera: 13 stycznia

Rozumiem i doceniam przesłanie zawarte w ostatnim filmie Andrzeja Wajdy - nawet w najtrudniejszych czasach nie należy iść na kompromis z własnym sumieniem. Trzeba być niezachwianym w swoich poglądach, niezależnie od ceny, jaką później przyjdzie zapłacić. Wspaniała i trafna myśl, również współcześnie. Ale czy na prawdę nie dało się zrobić tego filmu lepiej? Bronisława Zamachowska to przypuszczalnie najgorsza dziecięca aktorka w historii, a wiernie śledzący filmowego Strzemińskiego (Bogusław Linda) tłumek studentów to chyba członkowie gimnazjalnego kółka teatralnego, przebrani (a nie ubrani) w stroje z epoki. Smutne postscriptum. 

"Las, 4 rano"
premiera: 20 stycznia

W najbliższej przyszłości będę miała przyjemność spotkać Jana Jakuba Kolskiego, reżysera Las, 4 rano, co pewnie znacząco wpłynie na moje postrzeganie tego filmu. Jak na razie, wygląda na to, że reżyser zostawił "Jańcioland" daleko za sobą, a magiczny świat polskiej prowincji nie jest już dla niego wystarczająco intrygujący. Las, 4 rano to surowy, pesymistyczny i dość mroczny film o trudnej formie i niespecjalnie sympatycznych postaciach. Osobista tragedia reżysera tłumaczy tego rodzaju podejście do tematu, jednak całość pozostawia po sobie niedosyt. Można było iść jeszcze o krok dalej, mogło być znacznie lepiej. 

💙"La La Land"💙
premiera: 20 stycznia

Zachwycający, wzruszający, romantyczny, a przy tym niegłupi. La La Land to zdecydowanie najlepsze, co widziałam ostatnio w kinie (i poza nim). Historia pary zakochanych, która początkowo nie pała do siebie sympatią, jednak później nie może bez siebie żyć, to sprawna mieszanka melodramatu, musicalu i dramatu. To również pieczołowicie kontrolowany wulkan energii, który uspokaja się tylko po to, by po chwili wybuchnąć z niespotykaną siłą. W La La Land nie brakuje też pomysłowych zdjęć, znakomitych ról, wpadających w ucho piosenek i niskiego ukłonu w stronę dawnego Hollywood. Damien Chazelle, reżyser fenomenalnego filmu Whiplash (2014) po raz drugi urzeka i porusza widownię, a przy okazji dostarcza nowej energii skostniałemu gatunkowi. Więcej takich filmów!!! 

"Zombie Express" / "Boo-san-haeng"
premiera: 20 stycznia

Lektura obowiązkowa dla fanów serialu The Walking Dead oraz wszystkich pozostałych dzieł o wygłodniałych zombie.* Tym razem akcja rozgrywa się w koreańskim pociągu przemierzającym pogrążający się w chaosie kraj. Potwory biegają, zarażają i zjadają jak zwykle, ale całość zrobiona jest niezwykle pomysłowo oraz z ogromną dbałością o szczegóły. Dzięki temu oprócz sporej ilości krwi, na ekranie widzimy też odbicie społecznych i ekonomicznych problemów Koreańczyków, a także klasyczną opowieść o weekendowym, zapracowanym ojcu, próbującym naprawić relację z córką. Zombie Express to najlepszy przykład, że można robić filmy krwawe, ale z pomysłem.  

"Manchester by the Sea"
premiera: 20 stycznia

Wiele na temat tego filmu niestety nie powiem, z prostego powodu: nie udało mi się go jeszcze zobaczyć. Jednak wieść niesie, że to coś wspaniałego, a rola Caseya Afflecka to pewny Oscar. Biegnę do kina żeby się przekonać! Może się tam spotkamy?

* Z tego rodzaju tekstów polecam szczerze wyprodukowany przez słynną wytwórnię The Asylum (tak, to ci od Sharknado) , prześmiewczy serial Z Nation. To, co tu się dzieje, przechodzi ludzkie pojęcie! I tak, jest też zombienado. 

poniedziałek, 2 stycznia 2017

"Paterson"

Paterson Jima Jarmuscha opowiada o codzienności. Nie o pełnych akcji i wielkich zachwytów wyjątkowych momentach, które zdarzają się nam od wielkiego dzwonu, ale o codziennym porannym wstawaniu, śniadaniach, dojazdach do pracy. Jarmusch swoim filmem przypomina, jak w gąszczu tych powtarzalnych czynności nie dać się pochłonąć nudzie i monotonii. Doskonałym lekarstwem jego zdaniem jest zachwyt nad drobiazgami, małymi odpryskami rzeczywistości, wcale nie tak zwykłymi jak mogłoby się pozornie wydawać. To właśnie one stanowią istotę życia, z czego doskonale zdaje sobie sprawę Paterson (Adam Driver), tytułowy bohater filmu*, stawiający właśnie codzienne błahostki za punkt wyjścia swojej poezji, nieustannie pisanej na kolanie i w tak zwanym "między czasie" .


Artystycznym wzorem da Patersona jest amerykański poeta William Carlos Williams, autor m.in. tomiku wierszy "Paterson" skupiającego się na lokalności oraz podporządkowanego zasadzie "No ideas but in things". Pozwolę sobie dodać, że Williams jest również moim osobistym mistrzem opowiadania o oczywistościach i drobnych przyjemnościach. Z całego serca polecam jego wiersze (krótkie i proste, więc można je czytać bez problemu w oryginale), np. "To a Poor Old Woman":

To a Poor Old Woman
munching a plum on
the street a paper bag
of them in her hand

They taste good to her
They taste good
to her. They taste
good to her

You can see it by
the way she gives herself
to the one half
sucked out in her hand

Comforted
a solace of ripe plums
seeming to fill the air
They taste good to her


Wyjątkowo łatwo jest zdyskredytować twórczość Williamsa uznając ją za trywialną, oczywistą i zupełnie przeciętną. Dokładnie to samo zrobić można z Patersonem. Pytanie jednak - po co? W tej prostocie jest przecież metoda, a kiedy uważnie rozglądamy się wokół siebie, trudno odmówić poecie i jego współczesnemu porte parole słuszności. Starsza pani pochłaniająca wczoraj pączka w tramwaju numer 4 (której ukradkiem przyglądałam się w niemym zachwycie) to tylko jeden z wielu przykładów. 

Jarmusch zadaje w Patersonie prowokacyjne pytanie o istotę twórczości. Robi to w sposób prosty, lecz dosadny, zestawiając postać tytułowego bohatera (skrytego introwertyka z sercem na dłoni, który mimo talentu nigdy nie nazwałby siebie "poetą") z jego niemal karykaturalną żoną (wspaniała Golshifteh Farahani), której każde działanie skupia się na jakiejś formie tworzenia. Intensywna potrzeba kreacji wpływa przede wszystkim na wygląd samej bohaterki i przestrzeń domu, gdyż ona sama, zmieniająca zainteresowania jak rękawiczki, nie jest w stanie znaleźć sobie stałego zajęcia. 


Paterson i jego (nad)twórcza żona są jak woda i ogień. Mimo to, tolerując swoje mniejsze lub większe dziwactwa są w stanie prowadzić szczęśliwe, wspólne życie, przerywane jedynie czasami kryzysami czy drobnymi odstępstwami od reguły. Można uznać (choć pewnie wielu będzie zżymać się na tego rodzaju truizm), że pozostającym na dalszym planie, jednak nieustannie obecnym tematem Patersona jest miłość. Ponownie - nie ta widowiskowa, namiętna i zniewalająca, lecz przytulna, kameralna, codzienna i zwykła, jak wspólne niedzielne poranki. Taka hygge, jak powiedzieliby Duńczycy 😉


Trudno wyobrazić sobie lepszy film na łagodne przejście pomiędzy 2016 a 2017 rokiem. Koniecznie idźcie na Patersona. A więcej wierszy Williama Carlosa Williamsa znajdziecie na przykład TU. Gorąco polecam! 💗

*Paterson to zarówno nazwisko głównego bohatera, jak i zamieszkiwane przez niego miasto w stanie New Jersey.

czwartek, 29 grudnia 2016

10 najlepszych filmów 2016 roku

Rok 2016 zbliża się ku nieuchronnemu końcowi. I bardzo dobrze - dodałoby wiele osób, przejętych szeregiem zmarłych w tym roku wielkich postaci. Osobiście staram się nie poddawać podobnym nastrojom z prostego powodu: niestety w najbliższej przyszłości czeka nas jeszcze sporo podobnych lat i nie mamy żadnej gwarancji, że rok 2017 nie okaże się pod tym względem gorszy. 

źródło: https://www.facebook.com/OffCameraFestiwal/?fref=ts

Ale dość tego eschatologicznego przynudzania. Koniec roku sprzyja podsumowaniom, dlatego poniżej  prezentuję listę dziesięciu, subiektywnie najlepszych filmów 2016. Cały czas nadrabiam przeoczone tytuły, choć nie sądzę aby coś jeszcze się w moim osobistym rankingu zmieniło. Wiem, że tego nie lubicie, ale kolejność filmów jest całkowicie przypadkowa - totalnie nie potrafię uszeregować ich w kolejności. Drobne zastrzeżenie: kryterium doboru stanowiła data polskiej premiery, która musiała przypadać na 2016 rok. 

#1. "Nienawistna ósemka"

Tarantino to kinofil jakich mało, a Nienawistna ósemka w formie w jakiej udało mi się ją zobaczyć jest tego najlepszym dowodem. Dzięki festiwalowi w Krnovie (polecam!) miałam możliwość zobaczenia jej na wielkim ekranie oraz, co najważniejsze, z taśmy 70 mm. Przed seansem rozdano nam specjalnie przygotowane programy, film przedzielony był przerwą (klasycznym intermission), podczas której można było uzupełnić czeskie płyny i trwał dłużej o jakieś 10 minut. Takiego doświadczenia się nie zapomina 💗

#2. "Syn Szawła"

"Pisanie poezji po Auschwitz jest barbarzyństwem" napisał po wojnie Theodor Adorno i tym samym podkreślił jak trudne jest opowiadanie o rzeczach, które są właściwie nieprzedstawialne, wykraczają bowiem poza nasze możliwości poznawcze. O Holokauście filmy opowiadały już wielokrotnie, z lepszym i gorszym skutkiem. Można wręcz powiedzieć, że na przestrzeni lat stworzono specyficzną ikonografię tego wydarzenia, a kino zamiast eksperymentować chętnie sięgało po sprawdzone klisze. Z tego trendu wyłamał się węgierski László Nemes i jego Syn Szawła nagrodzony w ubiegłym roku Oscarem w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny". Kamera koncentruje się wyłącznie na głównym bohaterze i jego niezwykłym, zupełnie oderwanym od rzeczywistości pragnieniu. Tragedia narodów i wielkich mas ludzkich zostaje tu sprowadzona do poziomy jednostki, przez co oddziałuje na widza z niespotykaną dotąd siłą. 

#3. "Zwierzogród"

Zastanawiając się nad filmową sekwencją, która zrobiła w tym roku na mnie największe wrażenie, od razu przyszła mi do głowy scena wjazdu Judy Hopps pociągiem do Zwierzogrodu. To fragment emblematyczny dla całego filmu, będącego nie tylko popisem umiejętności disnejowskich animatorów. W parze ze znakomitymi efektami wizualnymi idzie tutaj piękna opowieść skutecznie przekonująca młodych (i nieco starszych) widzów o ich nieograniczonych możliwościach. Coś wspaniałego! 

#4. "Brooklyn"

Iście melodramatyczna fabuła Brooklynu oparta na książce Colma Tóibína, to pean na cześć Irlandii - zagadkowego sąsiada Wielkiej Brytanii kojarzącego nam się z tuskowym cudem gospodarczym, św. Patrykiem i koniczynami. Filmowi udaje się oddać daleką od stereotypów istotę irlandzkości, połączoną tu z przepiękną historią miłosną oraz szeregiem znakomitych ról - również tych drugo- i trzecioplanowych. Aż zazdrość bierze, że nikt nie zrobił jeszcze podobnego filmu o polskiej emigracji do USA (o Emigrantce lepiej nie wspominajmy). 

#5. "Hardcore Henry"

To jedno z największych zaskoczeń tego roku. Kto by pomyślał, że ta efekciarska, amerykańsko-rosyjska popkulturowa papka będzie aż tak smaczna? Hardcore Henry'ego ogląda się ze ściśniętym żołądkiem i niedowierzaniem. I choć skołowany błędnik i zjedzony popcorn niejednokrotnie pragnął opuścić mnie podczas seansu, to wyjątkowa stylistyka nadmiaru oraz skrajnie subiektywny punkt widzenia Hardcore Henry'ego wprawił mnie w czysty, bezrefleksyjny zachwyt. Więcej nie zawsze znaczy gorzej.

#6. "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów"

Pojedynek Marvela z DC trwał w tym roku w najlepsze i oczywiście wszyscy zdajemy sobie sprawę kto został jego niekwestionowanym zwycięzcą. Z tegorocznego zatrzęsienia filmów superbohaterskich wybieram jeden, moim zdaniem najlepszy (i to nie tylko ze względu na obecność w nim postaci Steve'a Rogersa). Zacznijmy od fabuły: dobro i zło ukryte jest tu pod warstwą historycznych uprzedzeń, polityki i biurokracji. Rozmywa się w zakazie spontanicznego interwencjonizmu oraz konieczności ciągłego nadzoru. Strony tytułowego konfliktu są zniuansowane, a motywacje poszczególnych bohaterów znacznie bardziej skomplikowane. Również wizualnie Kapitan Ameryka nie rozczarowuje: sekwencje akcji nie zlewają się w powodującą atak epilepsji feerię barw, efektów i superszybkiego montażu. Twórcy filmu celebrują wybrane sekwencje, pokazując nam ciągłość ruchów, podkreślając doskonałą choreografię walk i nietuzinkowe plenery. A w pamięć zapada oczywiście pojedynek na płycie niemieckiego lotniska, który ogląda się z czystym podziwem i zapartym tchem.

#7. "Aż do piekła" 

Romantyczny mit kowboja żyjącego na pełnym przygód pograniczu przez wiele lat sprawnie omijał mniej ciekawe wątki egzystencji legendarnych poganiaczy bydła, tworząc z nich popkulturowe symbole wolności i niezależności. Aż do piekła pokazuje, że życie współczesnego kowboja ma niewiele  wspólnego z tym przepięknym mitem. Jest nieustanną walką o przetrwanie w ciągle pogarszających się okolicznościach. Oto inna Ameryka, która zdecydowanie nie jest ziemią obiecaną. 

#8. "Ostatnia rodzina"

Jestem jednak przeraźliwym leniem, czego dowodzi brak recenzji Ostatniej rodziny na blogu. Kiedy zastanawiam się nad tym teraz, tłumaczę się (sama przed sobą), że trudno znaleźć bardziej chwalony polski film ostatnich lat i cóż ja mogłabym do tych zachwytów dodać. Mimo to - spróbuję. Debiutancka Ostatnia rodzina Jana P. Matuszyńskiego to niezwykle świadoma i doskonale przygotowana próba pokazania prawdziwego oblicza Beksińskich, wcale nie tak demonicznych jak mogłoby się to pozornie wydawać. Rodzina słynnego malarza to ludzie, którzy nie dali się przekonać współczesności usilnie próbującej wyrugować śmierć z naszego życia codziennego. Śmierć otacza ich z każdej strony, mrok wygląda spod dywanów i zza szaf, a przerażające istoty nieustannie łypią na domowników z obrazów. Czy to właśnie upiorne otoczenie sprowadziło na tytułową familię wszystkie nieszczęścia i tragedie? A może relacja była zupełnie odwrotna - były odbiciem pewnego głęboko zakorzenionego mroku, któremu co pewien czas rzeczywistość dawała dojść do słowa? Jedno jest pewne: Ostatnią rodzinę koniecznie trzeba zobaczyć. 

#9. "Ja, Daniel Blake"

Zdaje sobie sprawę, że w swojej sympatii do tego filmu jestem w zdecydowanej mniejszości. Ja, Daniel Blake został przez wielu obwołany jednym z najgorszych werdyktów festiwalu w Cannes (otrzymał tam w tym roku Złotą Palmę). Najnowszej produkcji Kena Loacha zarzuca się naiwność, sentymentalizm, a czasami nawet prostactwo. Co dla jednych stanowi o słabości filmu, dla innych jest jego zdecydowaną zaletą. Tytułowy bohater - szorstki mężczyzna po przejściach ujął mnie i przejął swoimi losami do granic możliwości, a jego bezsilna potyczka z Systemem przypomniała o nadal aktualnym Franzu Kafce oraz wszechobecnych absurdach codzienności. Za każdym razem gdy zmagam się z biurokracją, czuję się jak Daniel Blake. 

#10. "Służąca"

Wiele pozytywnych filmowych wrażeń dostarczyło mi w tym roku kino azjatyckie. Nie ma w tym oczywiście nic dziwnego - kino Dalekiego Wschodu od lat fascynuje i zadziwia, ja jednak zawsze byłam dość odporna na jego uroki (oprócz wstydliwego romansu z Bollywood, ale o tym wszyscy już wiedzą). Oznaką zdecydowanej zmiany mojego podejścia jest niekwestionowany zachwyt nad Służącą Park Chan-Wooka. Choć punkt wyjścia filmu jest dość prosty - do domu zamożnego Japończyka wprowadza się nowa pokojówka - to z czasem kolejne wątki nawarstwiają się, tworząc barokową mozaikę nastrojów i motywacji, wręcz niemożliwych do późniejszej rekonstrukcji. To właśnie sposób organizacji fabuły, a tajże jej niezwykły nastrój sprawił, że bez wahania wystawiłam Służącej jedną z najwyższych ocen.

W zestawieniu nie starczyło miejsca na wszystkie najlepsze tytuły tego roku. Gdybym miała go nieco więcej, dopisałabym jeszcze: Patersona (przez te wszystkie pokazy przedpremierowe zupełnie się pogubiłam kiedy ten film ma premierę, dlatego potraktuję go nieco osobno i poświęcę mu oddzielny post), Nowy Początek, High-Rise i Naszą młodszą siostrę. Ale miało być dziesięć, więc jest dziesięć. 

A wy? Jakie wygląda wasza lista najlepszych filmów 2016 roku? Wrzucajcie swoje typy w komentarzach! Może przeoczyłam w tym roku jakąś perełkę? 


czwartek, 15 grudnia 2016

"Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie" / "Rogue One: A Star Wars Story"


W temacie gwiezdnej sagi jestem niestety laikiem, dlatego nie oczekujcie proszę, że przeczytacie tu dogłębną analizę tekstualną najnowszej odsłony Gwiezdnych wojen. Będzie memicznie i krytycznie, choć bez spoilerów, co w naszej rzeczywistości wydaje się podstawą pisania o filmowo-serialowych nowościach. Jeśli jednak ich pragniecie (lub po prostu widzieliście już film i lubicie klikać w podejrzane linki) zapraszam TU. 


Łotr 1 nie jest kontynuacją Przebudzenia mocy, dlatego wśród bohaterów nie znajdziemy Rey, Finna ani Poe Damerona. To, jak wskazuje sam tytuł, zupełnie osobna historia, sytuująca się gdzieś pomiędzy Zemstą Sithów a Nową nadzieją. 

Główną bohaterką filmu jest Jyn (Felicity Jones), córka genialnego architekta, a zarazem konstruktora legendarnej Gwiazdy Śmierci (Mads Mikkelsen), która wspólnie z załogą dowodzoną przez mrukliwego pilota Cassiora (Diego Luna) podejmuje się misji zdobycia planów kulistego niszczyciela planet. 



Łotr 1 rozwija się bardzo powoli (lub wręcz zbyt powoli). Dosyć dokładnie poznajemy tragiczną przeszłość Jyn, jej niegościnną rodzinną planetę, lecz trudno powiedzieć, by były to sekwencje szczególnie emocjonujące. Wręcz przeciwnie - z utęsknieniem oczekiwałam przyspieszenia akcji i jakichkolwiek znanych mi elementów. Na szczęście druga połowa filmu poniekąd wynagrodziła moją cierpliwość, bowiem pełna była widowiskowych potyczek na lądzie i w przestrzeni kosmicznej, wielokrotnie oddawała też ukłon w stronę dawnej trylogii. 


Mimo to nie wyszłam z kina równie usatysfakcjonowana co po seansie Przebudzenia mocy. Łotrowi brakuje wyrazistych postaci oraz błyskotliwych dialogów, a paradoksalnie najbardziej ludzką i zwracającą uwagę postacią jest dosadny robot K-2SO dubbingowany ze swadą przez Alana Tudyka. Zarówno Felicity Jones patrząca cielęcym wzrokiem na otaczającą ją rzeczywistość, jak i pozbawiony charyzmy Diego Luna* sprawili, że w żaden sposób nie przejmowałam się losami protagonistów, a od ich rozterek preferowałam sekwencje gwiezdnej rozwałki oraz interesujące plenery (m.in. Islandia, Malediwy). Film, choć zachwyca licznymi imponującymi scenami, stanowi mocno bezbarwny i defetystyczny łącznik pomiędzy nową a starą trylogią. Gwoździem do trumny były dla mnie również wykreowane komputerowo postacie, sprawiające, że czułam się jakbym oglądała przydługiego letsplaya.

Trafne.
Nie zrozumcie mnie źle: nie skreślam gwiezdnowojennej serii i zamierzam oglądać kolejne jej odsłony. Mam jednak przemożne wrażenie, że Łotr 1 był fabularnym i aktorskim niewypałem. Potraktuję go więc jako wypadek przy pracy i z (nową) nadzieją patrzeć będę ku następnym częściom. Bo cóż innego nam pozostaje? 

*fangirlowy obowiązek nakazuje mi się przyznać, że kiedyś darzyłam Diego Lunę ogromną sympatią, przede wszystkim za sprawą filmu Dirty Dancing 2 (2004), który w wieku lat 13 wydawał mi się dziełem genialnym, a sam Diego ucieleśnieniem marzenia o egzotycznym kochanku. Choć na szczęście czasy te bezpowrotnie przeminęły, to jednak pewien sentyment do meksykańskiego aktora pozostał i w konsekwencji spotęgował moje rozczarowanie graną przez niego postacią Cassiora.