"Lincoln" składa obietnicę bez pokrycia. Scena inicjalna pokazuje barbarzyńską rzeź, ciała wijące się w błocie, coś na kształt "Szeregowca Ryana" czasach wojny secesyjnej. Pozwolę sobie na delikatny spoiler i rozwieje wszelkie wątpliwości: w tym filmie nie ma więcej takich scen.
To nie jest typowy film spielbergowski (o ile mogę sobie pozwolić na stworzenie podobnego neologizmu). Nie ma zafascynowanych dzieci o błyszczących oczach, pięknych krajobrazów i wszechobecnej epickości.
Jest duszna atmosfera filmu politycznego, rozgrywającego się głównie w ciemnych zakamarkach Białego Domu, kupowanie głosów i brudne kulisy wielkiej polityki.
Dla osób posiadających podstawową wiedzę na temat historii wojny secesyjnej - film może wydać się interesujący. Podobnie dla wielbicieli dość hermetycznego (pod)gatunku jakim jest film polityczny/biograficzny.
Duży i jednoznaczny plus: Daniel Day-Lewis. Jego Lincoln jest dokładnie taki, jaki powinien być. Dziwny, ekscentryczny, intrygujący i irytujący. Z całego serca życzę zasłużonego Oscara.
Krótko mówiąc: można. Ale TYLKO dla wielbicieli gatunku.
niedziela, 20 stycznia 2013
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Ciekawy przypadek „Boleya” i transkontynentalnego autobusu
Mieliśmy swojego człowieka w Hollywood przed Romanem
Polańskim. Nazywał się Ryszard Bolesławski i mało kto wie, że tak naprawdę był
Polakiem. Współpracownicy nazywali go „Boley” z powodu skomplikowanego
nazwiska, które na dodatek nie było prawdziwe. Ryszard przyjął je, na miejsce
swojego rodzinnego – Skrzednicki, aby upodobnić się do swojego mistrza –
Konstantego Stanisławskiego, wybitnego reformatora teatru.
Nie
chcę jednak opowiadać o fascynującym życiu Bolesławskiego. O narodzinach Dębowej Górze pod Płockiem, pracy w
MChAT-cie, współpracy ze Stanisławskim, nakręceniu filmu w Polsce („Cud nad
Wisłą” 1921) ani o założeniu American Laboratory Theatre, w którym kształcił
się na przykład Lee Strasberg. Nie chcę również rozpisywać się nad faktem, że
Bolesławski, w latach 30. należał do czołówki Hollywoodzkich reżyserów
filmowych. Chcę opowiedzieć o pewnej drobnej historii z roku 1934, która
pokazuje jak ironiczny i pechowy potrafi być los człowieka.
W
pierwszej połowie lat 30 panowała przedziwna moda, na tworzenie filmów
rozgrywających się w najróżniejszych środkach lokomocji. Po statku
(„Transatlantyk”) i lokomotywie („Union Depot”), krytycy filmowi żartowali, że
fabuły „City Hospital”, „Country Club” oraz „Airport” dojrzewają już w
wyobraźniach scenarzystów.
Modzie tej postanowił podporządkować się również
Bolesławski. Był dopiero na początku swojej filmowej kariery, jednakże już był
zauważany i znany jako obiecujący reżyser. Film nosił tytuł „Fugitive Lovers” i miał
premierę 12 stycznia 1934 roku. W głównych rolach: Marge Evans oraz Robert
Montgomery. A film opowiadał o jednym kursie transkontynentalnego autobusu (autentycznej
i nadal działającej) linii Greyhound. Brzmi znajomo?
Bolesławski, choć pracował w ramach wielkiej
wytwórni (MGM), przekonał jej władze do pewnych nowatorskich rozwiązań. Sceny
plenerowe miały być kręcone w warunkach naturalnych. Zgodzono się ostatecznie
na kalifornijską miejscowość Huntington Park, położoną o godzinę drogi od
studia. Swój filmowy autobus reżyser zapełnił galerią dziwaków – zwariowaną starszą
panią, bezrobotnym konikiem czy głuchoniemym wędrowcem, który w rzeczywistości
był kolegą Bolesławskiego z MChaTu, Akimem Tamirowem, który kompletnie nie
potrafił mówić po angielsku i dlatego został obsadzony w roli głuchoniemego.
Nie tylko zdjęcia były nowatorskie. Przyjrzyjmy się
kampanii reklamowej, która w niczym nie ustępuje kampaniom z czasów nam
współczesnych! „Daily Mirror” codziennie publikował fikcyjny list gończy za
bohaterami filmu. Natomiast po mieście (NY) podróżowało dwoje młodych aktorów,
ucharakteryzowanych na bohaterów filmu. Zadaniem detektywów-amatorów było
wyśledzenie pary i uzyskanie od nich specjalnego zaświadczenia. Każdego dnia,
pięć pierwszych osób otrzymywało nagrodę pieniężną w wysokości 20$. Dodatkowo
firma Greyhound (bezpłatnie!) udostępniła 12 autobusów, które krążyły z
reklamami filmu po mieście.
Film odniósł sukces frekwencyjny, nie zdobył jednak
żadnego Oscara. Laury Akademii w tym roku zgarnął inny film. Inny film „autobusowy” – „Ich noce” („It Happened One
Night”). Co więcej, scenariusz „Ich nocy” był własnością MGMu,
ale sprzedali go Columbii, gdyż woleli realizować „Fugitive Lovers”. MGM
wypożyczyło również Clarka Gable – nie potrzebowali go, gdyż Robert Montgomery
był wtedy bardziej sławny.
Dodatkowo, w 1934 roku zmieniły się zasady
przyznawania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. „Fugitive Lovers”
wprowadzony został na ekrany pół roku przez „Ich nocami” i był słabiej
pamiętany przez jurorów.
„Ich noce” otrzymały Oscary w pięciu najważniejszych
kategoriach:
·
Najlepszy film
·
Najlepszy reżyser (Frank Capra)
·
Najlepszy aktor (Clark Gable)
·
Najlepsza aktorka (Claudette Colbert)
·
Najlepszy scenariusz (Robert Riskin)
i stał się lekturą obowiązkową, dla wszystkich
wielbicieli amerykańskiego kina. Natomiast „Fugitive Lovers” jest filmem
zapomnianym i praktycznie niedostępnym.
Prawdziwa
ironia losu.
sobota, 12 stycznia 2013
"Pokusa" / "The Paperboy"
Tym razem pominę milczeniem genialne tłumaczenie tytułu i przejdę do meritum.
Czy pamiętacie film "Hej, skarbie" ("Precious")? Jeśli go widzieliście - z pewnością pamiętacie. Film bowiem jest pakietem najgorszych patologii i życiowych koszmarów będących udziałem głównej bohaterki , 16-letniej Clareece. Są tu gwałty, kazirodztwo, rasizm, chorobliwa nadwaga i psychiczne maltretowanie.
Kolejny film tego samego reżysera (Lee Daniels) również pod tym względem nie zawodzi. Są morderstwa, bardzo odważne sceny erotyczne, przemoc i przysłowiowe "brud, smród i ubóstwo".
"Pokusa" zawiera galerię ciekawych postaci. Dotyczy ważnych i intrygujących tematów, takich jak sytuacja na amerykańskim Południu w czasie rozkwitu ruchu na rzecz praw obywatelskich. Jest wielowątkowy i alternatywny.
Niestety. To BZDURA.
"Pokusa" jest trudna do zrozumienia, brak tu puenty i co gorsza - sensu.
Nie porywa i nie interesuje.
Jest obrzydliwa i brzydka.
Pokazuje ludzi od najgorszej, kompletnie zezwierzęconej strony.
A pozorny artyzm, jest tu jedynie pozą i manifestuje się głównie irytującym i topornym montażem.
I choć z zaskoczenia w scenie finałowej oblałam się herbatą, to nie było to pozytywne zaskoczenie. Raczej wybuch obrzydzenia i gwałtownej reakcji na ekranową ohydę.
Doceniam wielkie zdolności do metamorfozy Nicole Kidman, doceniam też prężącego swoje wątle muskuły Zaca Efrona. Jednakże uważam, że od tego filmu należy trzymać się z daleka. Szkoda czasu.
NIE.
Czy pamiętacie film "Hej, skarbie" ("Precious")? Jeśli go widzieliście - z pewnością pamiętacie. Film bowiem jest pakietem najgorszych patologii i życiowych koszmarów będących udziałem głównej bohaterki , 16-letniej Clareece. Są tu gwałty, kazirodztwo, rasizm, chorobliwa nadwaga i psychiczne maltretowanie.
Kolejny film tego samego reżysera (Lee Daniels) również pod tym względem nie zawodzi. Są morderstwa, bardzo odważne sceny erotyczne, przemoc i przysłowiowe "brud, smród i ubóstwo".
"Pokusa" zawiera galerię ciekawych postaci. Dotyczy ważnych i intrygujących tematów, takich jak sytuacja na amerykańskim Południu w czasie rozkwitu ruchu na rzecz praw obywatelskich. Jest wielowątkowy i alternatywny.
Niestety. To BZDURA.
"Pokusa" jest trudna do zrozumienia, brak tu puenty i co gorsza - sensu.
Nie porywa i nie interesuje.
Jest obrzydliwa i brzydka.
Pokazuje ludzi od najgorszej, kompletnie zezwierzęconej strony.
A pozorny artyzm, jest tu jedynie pozą i manifestuje się głównie irytującym i topornym montażem.
I choć z zaskoczenia w scenie finałowej oblałam się herbatą, to nie było to pozytywne zaskoczenie. Raczej wybuch obrzydzenia i gwałtownej reakcji na ekranową ohydę.
Doceniam wielkie zdolności do metamorfozy Nicole Kidman, doceniam też prężącego swoje wątle muskuły Zaca Efrona. Jednakże uważam, że od tego filmu należy trzymać się z daleka. Szkoda czasu.
NIE.
środa, 2 stycznia 2013
"Kochankowie z księżyca" / "Moonrise Kingdom"
Zanim przejdę do części merytorycznej, pozwolę wypowiedzieć się mojemu wewnętrznemu Polaczkowi.
- kto wymyślił ten kretyński polski tytuł?
- dlaczego Polska premiera filmu ma miejsce 7 miesięcy po światowej? (16 maja -> 30 listopada)
Dziękuję za uwagę, przejdźmy do konkretów.
"Moonrise Kingdom" to wizualna perełka, wypełniona świetnymi zdjęciami i przeciekawą muzyką. To również ucieleśnienie amerykańskiej nostalgii za idealnymi i patriarchalnymi latami '60-tymi.
Ale "Moonrise Kingdom" to przede wszystkim galeria neurotyków i misfitsów, w której dziwactwo goni dziwactwo, a Edward Norton gra druha drużynowego. Najwyraźniej nie tylko Polacy wyśmiewają się z harcerzy!
Jak powiedzieli moi współwidzowie: bardzo to ładne. Ale o co, do jasnej cholery, tu chodzi?
Być może chodzi o manifestację niezwykle wyrazistego stylu reżysera Wesa Andersona, który jest równie rozpoznawalny jak maniera innego filmowego dziwaka - Tima Burtona.
Jeśli podobał wam się "Fantastyczny Pan Lis" czy "Pociąg do Darjeeling" albo lubicie Jasona Schwartzmana lub Billa Murraya - to jest film dla was.
Ja film doceniam, zapamiętuje i wkładam do szufladki z napisem "hipster candy".
sobota, 29 grudnia 2012
Konformizm pełną gębą czyli podsumowanie
Wraz z końcem roku, wszędzie -w telewizji, radiu, internecie towarzyszą nam różnorakie podsumowania. Aby nie wyłamywać się zbytnio z nurtu głównego i nie zbliżać się niebezpiecznie do groźnej ideologii hipsterskiej, oto moje podsumowanie. I życzenia. Życzeń nigdy nie za wiele.
Start bloga "orbitowanie bez cukru": 11 września 2011
Ogólna ilość wyświetleń (stan na 14:25 dnia dzisiejszego): 3993
rekord: post "Saga Zmierzch: Przed Świtem. Część 2" - 77 wyświetleń
ilość postów: 69
Życzę wam i sobie samych dobrych tekstów, które pomogą wam odpowiedzieć na pytanie "jaki film mam dzisiaj obejrzeć....?", zainspirują do własnych poszukiwań czy po prostu dostarczą kilkuminutowej rozrywki. Dziękuję za to, że czytacie. Obiecuje rozwój, plany są rozbudowane i stanowią znaczną większość moich noworocznych postanowień. Zobaczymy jaki procent z tego uda się zrealizować :)
Start bloga "orbitowanie bez cukru": 11 września 2011
Ogólna ilość wyświetleń (stan na 14:25 dnia dzisiejszego): 3993
rekord: post "Saga Zmierzch: Przed Świtem. Część 2" - 77 wyświetleń
ilość postów: 69
Życzę wam i sobie samych dobrych tekstów, które pomogą wam odpowiedzieć na pytanie "jaki film mam dzisiaj obejrzeć....?", zainspirują do własnych poszukiwań czy po prostu dostarczą kilkuminutowej rozrywki. Dziękuję za to, że czytacie. Obiecuje rozwój, plany są rozbudowane i stanowią znaczną większość moich noworocznych postanowień. Zobaczymy jaki procent z tego uda się zrealizować :)
Szczęśliwego filmowego Nowego Roku i szampańskiego Sylwestra!
czwartek, 27 grudnia 2012
"Hobbit: Niezwykła podróż" / "The Hobbit: An Unexpected Journey"
Nie mogę i nie chcę krytykować tego filmu. Nie chodzi bowiem o to, czy jest lepszy, czy gorszy od "Władcy pierścieni". Chodzi o to, że dzięki kolejnemu filmowi Petera Jacksona wracamy do Śródziemia, za którym przynajmniej ja, już trochę się stęskniłam. Nie wdając się w szczegóły, czuje się w obowiązku nadmienić, że nastolatką będąc fascynowałam się Tolkienem, a "Silmarillion" był przez długi czas moją ulubioną lekturą do poduszki.
Oprócz zastosowania technologii 3D, "Hobbit" powiela sprawdzone już rozwiązania - począwszy od liternictwa, przez style architektoniczne, kompletny brak wyrazistych ról żeńskich (choć to akurat wina/zasługa samego Tolkiena)... Po co zmieniać coś, co się sprawdziło.
Pewnego rodzaju nowinką jest zwiększona prędkość przesuwu taśmy. Jak powiedział siedzący przede mną w kinie chłopiec: "Widać te 48 klatek na sekundę". Pewnie policzył, Rain Man istnieje na prawdę!
Ogromnym plusem jest muzyka, która w twórczy sposób przetwarza motywy i wzorce z "Władcy...". Piosenka "Over the Misty Mountains Cold" (i scena w której występuje) przyprawia o prawdziwe dreszcze i niepokojący zachwyt. Posłuchajcie sami: http://www.youtube.com/watch?v=6QibzE9I6pU
Wszystkim krytykującym "Hobbita" polecam godzinny video-blog, zamieszony na YouTubie. (http://www.youtube.com/watch?v=zfX1PYv1FEY) Peter Jackson, sam w dużym stopniu przypominający hobbita, z nieodłącznym kubkiem herbaty, uśmiechem i dziwnym "wyluzowaniem", oprowadzi was po planach zdjęciowych, lokacjach i całym filmowym zapleczu. Gratka zwłaszcza dla żeńskiej części widowni (Karolino - to uwaga specjalnie dla ciebie), Thorin Dębowa Tarcza wygląda równie interesująco bez charakteryzacji.
Jednakże raczej nie to, będzie nas frapowało po obejrzeniu tego video-bloga. Czy robienie filmów nadal jest sztuką? Czy może jedynie wielkim przedsięwzięciem logistyczno-technicznym?
Ja "Hobbita" polecam i życzę wam dobrej zabawy podczas nieco nostalgicznego powrotu do znanego i lubianego Śródziemia.
Oprócz zastosowania technologii 3D, "Hobbit" powiela sprawdzone już rozwiązania - począwszy od liternictwa, przez style architektoniczne, kompletny brak wyrazistych ról żeńskich (choć to akurat wina/zasługa samego Tolkiena)... Po co zmieniać coś, co się sprawdziło.
Pewnego rodzaju nowinką jest zwiększona prędkość przesuwu taśmy. Jak powiedział siedzący przede mną w kinie chłopiec: "Widać te 48 klatek na sekundę". Pewnie policzył, Rain Man istnieje na prawdę!
Ogromnym plusem jest muzyka, która w twórczy sposób przetwarza motywy i wzorce z "Władcy...". Piosenka "Over the Misty Mountains Cold" (i scena w której występuje) przyprawia o prawdziwe dreszcze i niepokojący zachwyt. Posłuchajcie sami: http://www.youtube.com/watch?v=6QibzE9I6pU
Wszystkim krytykującym "Hobbita" polecam godzinny video-blog, zamieszony na YouTubie. (http://www.youtube.com/watch?v=zfX1PYv1FEY) Peter Jackson, sam w dużym stopniu przypominający hobbita, z nieodłącznym kubkiem herbaty, uśmiechem i dziwnym "wyluzowaniem", oprowadzi was po planach zdjęciowych, lokacjach i całym filmowym zapleczu. Gratka zwłaszcza dla żeńskiej części widowni (Karolino - to uwaga specjalnie dla ciebie), Thorin Dębowa Tarcza wygląda równie interesująco bez charakteryzacji.
Jednakże raczej nie to, będzie nas frapowało po obejrzeniu tego video-bloga. Czy robienie filmów nadal jest sztuką? Czy może jedynie wielkim przedsięwzięciem logistyczno-technicznym?
Ja "Hobbita" polecam i życzę wam dobrej zabawy podczas nieco nostalgicznego powrotu do znanego i lubianego Śródziemia.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Perełki z lamusa: James Cagney
Klasyczne kino hollywoodzkie miało swoje wielkie nazwiska.
Humpreya Bogarta, Cary’ego Granta czy Katherine Hepburn. Miało również Jamesa Cagneya, o którym w tym
świątecznym i nostalgicznym okresie chce przypomnieć. Stwierdzenie „był aktorem” nie będzie
specjalnie odkrywcze, jednakże właśnie ze względu na to nie chce opisywać jego,
bądź co bądź, fascynującej biografii. Popatrzmy na niego przez pryzmat jego filmów.
Wytworzył oryginalny typ irlandzkiego gangstera, uroczego zawadiaki
o rozbrajającym uśmiechu, który nie ma szczęścia (ani podejścia) do kobiet. W
czasach gdy Humprey Bogart nie był jedynie kojarzony z roli szlachetnego
ex-kochanka z filmu „Casablanca”, tworzył wraz z Cagneyem fascynujący duet
filmowy – np. w „Roaring Twenties”(1939)
czy „Angels with Dirty Faces”(1938). Co ciekawe, w obu tych filmach to
Cagney jest „gangsterem o złotym sercu” i to on zabija Bogarta w strzelaninie. Zwłaszcza
drugi film zasługuje na waszą uwagę. Dawno nie widziałam tak umoralniającego,
ale też sugestywnego zakończenia.
Paradoksalnie, Cagney otrzymał Oscara nie za rolę w filmie
gangsterskim, a w musicalu. „Yankee
Doodle Dandy”(1942) to historia
kompozytora i showmana George’a M. Cohana i fascynujący portret amerykańskiej
sceny musicalowej początku XX wieku. Mała próbka (przepraszam za jakość,
youtube tym razem się nie popisał) poniżej. Nie jestem ekspertem, ale nawet ja
zwróciłam uwagę na specyficzny sposób tańca Cagneya, wynikający z… jego kariery
bokserskiej.
Filmowa lektura obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli, jak
to ostatnio zwykło się mawiać w TVN24 – „kolosa na glinianych nogach” (tak,
tak, USA).
Inne warte wspomnienia filmy, to przedziwny, sfilmowany w
najbardziej irytującym dla mnie formacie Cinemascope – „Love Me Or Leave Me”(1955).
James Cagney spotyka się tam z Doris Day, co jest równie zaskakującym
połączeniem co Frank Sinatra i Cindy Lauper (http://www.youtube.com/watch?v=RN_K_r_95rI)
Nie zapominajmy również o gangsterskim klasyku „The Public Enemy”(1931) z pamiętną,
choć średnio uzasadnioną merytorycznie, sceną rozmazywania grejpfruta na twarzy
Mae Clarke. Z pewnością film ten byłby znacznie lepszy, gdyby nie rodząca się
cenzura, która znacznie ograniczyła intensywność jego przekazu.
Koniec tego dobrego. James Cagney gwiazdą był i basta. A teraz:
Życzę wszystkim czytelnikom
mojego skromnego bloga
wyjątkowych I filmowych świąt.
Oby wasze odtwarzacze zawsze działały, stare filmy ściągały się szybko,
a bilety do kina taniały!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







