Kognitywiści mogą spierać się do woli na temat funkcjonowania naszego mózgu, a my i tak wiemy swoje. Dlatego też nieco absurdalna wizja małych stworzonek, kierujących emocjonalnością za pomocą centrum dowodzenia umieszczonego w naszym umyśle, przedstawiona w najnowszym filmie wytwórni Pixar okazuje się być niezwykle przekonująca.
Kiedy nasze zachowanie staje się niezrozumiałe nawet dla nas samych, zrzucamy winę na emocje. W filmie W głowie się nie mieści to właśnie one odgrywają główną rolę, odsuwając na dalszy plan ludzkich bohaterów. Radość, Odraza, Strach, Złość i Smutek zgodnie współpracują w głowie małej Riley. Pierwsze skrzypce w tym zespole gra lekko pobudzona Radość w kwiecistej sukience, dbająca by dziewczynka była zawsze szczęśliwa i uśmiechnięta. Gdy jednak rodzina decyduje się na przeprowadzkę z prowincjonalnej Minessoty do wielkomiejskiego San Francisco, dominującą rolę zaczyna pełnić pogrążona w ciągłej depresji Smutek.
Co tu dużo mówić - mała błękitna kreaturka lubująca się w czarnym poczuciu humoru i grubych golfach kradnie dla siebie cały film. To jedna z najsympatyczniejszych i najbardziej wyrazistych postaci w bajkach ostatnich lat, zachęcająca nas do wspólnego oddania się rozpaczy i melancholii.
[Nie sposób nie przypomnieć w tym miejscu skeczu kabaretu Mumio z dawnych, dobrych, absurdalnych czasów: https://www.youtube.com/watch?v=FOWDkubasH8]
Jednak nie tylko Smutek zasługuje na naszą uwagę. Wizjonerska animacja studia Pixar wykonana jest jak zwykle z niezwykłą dokładnością, dbałością o szczegóły i z szacunkiem dla świata małych ludzi, w którym dominującą rolę pełni wyobraźnia, a życie rodzinne stanowi absolutną podstawę egzystencji. W głowie się nie mieści to pocieszająca opowieść (miejscami nieco dziwna z powodu fiksacji małej Riley na punkcie hokeja i Minessoty), podnosząca na duchu i otulająca nasze przemęczone umysły ciepłą kołderką pozytywnych emocji.
W głowie się nie mieści warto obejrzeć nawet samemu, bowiem uniwersalna natura współczesnych filmów animowanych sprawia, że dorośli mogą je oglądać już bez wymówki w postaci młodszego rodzeństwa (lub potomka) siorbiącego colę na fotelu obok.
piątek, 10 lipca 2015
środa, 1 lipca 2015
"Terminator: Genisys"
Twórcy najnowszej odsłony serii o Terminatorze najwyraźniej stwierdzili, że mają do dyspozycji świat i bohaterów, którzy wybaczą im wszystko. Mylili się, a Terminator: Genisys stał się bolesnym potwierdzeniem ich błędów oraz dowodem, że nawet najbardziej błaha historia wymaga odrobiny uczciwości.
Terminator: Genisys oprócz tytułu zdającego się być redneckim zniekształceniem, razi absurdami i rozpaczliwymi próbami wprowadzenia spójności na siłę. To przeciętna rozrywka przeplatana jest scenami pełnymi pseudoemocjonalnych tyrad, których nie ratuje nawet Matka Smoków (Emilia Clarke) w roli Sary Connor. Jedyną iskierkę nadziei roznieca czerwone oko byłego Gubernatora Kalifornii, Arnolda Schwarzeneggera, który już dawno pojął czym jest autoparodia i uczynił ją dominującym elementem swojej aktorskiej strategii.
Nie będę tracić mojego i waszego czasu na streszczanie fabuły filmu, która polega na nieustannych podróżach w czasie, tworzeniu alternatywnych rzeczywistości oraz zwulgaryzowanej formie fizyki kwantowej. Napiszę jedynie, że Terminatora: Genisys należy omijać szerokim łukiem, gdyż nie sprawdza się ani w roli parodii, ani godnej kontynuacji legendarnej serii.
sobota, 13 czerwca 2015
"Jurrasic World"
Mam kilka małych filmowych marzeń, wśród których zawsze specjalne miejsce zajmowało to dotyczące zobaczenia Jurrasic Park na wielkim ekranie. Niestety - w dniu premiery pierwszej części miałam jedynie trzy lata, co nie pozwoliło mi ekcytować się przerośniętymi jaszczurkami pożerającymi ludzi w latrynach.
Choć nie jestem śmiertelnie chora, filmowy świat nie pozostał obojętny na moje marzenia. W ten piątek do kin wszedł Jurrasic World będącym niczym innym, jak tylko wierną kopią orginału.
Oczywiście jasnym jest, że kopia wypada zwykle znacznie bardziej blado niż oryginał. Tak też stało się w przypadku Jurrasic World, który rozczarowuje grą aktorską, fabularną naiwnością i dinozaurami, które wyglądały lepiej w wersji orginalnej.
Jednak równocześnie trudno nie poczuć dreszczyku emocji na dźwięk wspaniałego motywu muzycznego Johna Williamsa (w aranżacji Michaela Giaccino) czy nie zachwycić się widokiem zaklinacza dinozaurów Owena (w tej roli - ewidentnie przygotowujący się do roli Indiany Jonesa - Chris Pratt).
Mnie ucieszył również montaż, który wyjątkowo nie sprowadził filmowych ujęć do irytującej formy ćwierćsekundowych migawek rodem z serii Transformers, niemożliwych do ogarnięcia i przyprawiających o ból głowy. Jurrasic World prezentuje się widzowi w pełnej okazałości, oferując sporo spokojnych i majestatycznych, niczym przechadzający się diplodok, planów ogólnych.
Jurrasic World to film zdecydowanie dla fanów serii. Jeśli nie podobał się wam oryginał lub też nieszczególnie go pamiętacie, po wyjściu z kina wzruszycie ramionami i zapomnicie o całej sprawie. Lecz jeśli z rozżewnieniem wspominacie film Spielberga, opuścicie salę z wielkim uśmiechem i bez wahania oznaczycie film serduszkiem na Filmwebie.
Choć nie jestem śmiertelnie chora, filmowy świat nie pozostał obojętny na moje marzenia. W ten piątek do kin wszedł Jurrasic World będącym niczym innym, jak tylko wierną kopią orginału.
Oczywiście jasnym jest, że kopia wypada zwykle znacznie bardziej blado niż oryginał. Tak też stało się w przypadku Jurrasic World, który rozczarowuje grą aktorską, fabularną naiwnością i dinozaurami, które wyglądały lepiej w wersji orginalnej.
Jednak równocześnie trudno nie poczuć dreszczyku emocji na dźwięk wspaniałego motywu muzycznego Johna Williamsa (w aranżacji Michaela Giaccino) czy nie zachwycić się widokiem zaklinacza dinozaurów Owena (w tej roli - ewidentnie przygotowujący się do roli Indiany Jonesa - Chris Pratt).
Mnie ucieszył również montaż, który wyjątkowo nie sprowadził filmowych ujęć do irytującej formy ćwierćsekundowych migawek rodem z serii Transformers, niemożliwych do ogarnięcia i przyprawiających o ból głowy. Jurrasic World prezentuje się widzowi w pełnej okazałości, oferując sporo spokojnych i majestatycznych, niczym przechadzający się diplodok, planów ogólnych.
Jurrasic World to film zdecydowanie dla fanów serii. Jeśli nie podobał się wam oryginał lub też nieszczególnie go pamiętacie, po wyjściu z kina wzruszycie ramionami i zapomnicie o całej sprawie. Lecz jeśli z rozżewnieniem wspominacie film Spielberga, opuścicie salę z wielkim uśmiechem i bez wahania oznaczycie film serduszkiem na Filmwebie.
piątek, 12 czerwca 2015
"Kraina jutra" / "Tomorrowland"
Kraina jutra nie jest szczytowym osiągnięciem Disneya. Mimo podobnego tytułu nie dorównuje znakomitej animowanej Krainie lodu, choć znacznie prześciga prostackiego Kopciuszka czy finansową klapę wszechczasów - Johna Cartera. Jest to jednak film tak napakowany dydaktyką i niezręcznościami, że miejscami ogląda się go z prawdziwym niedowierzaniem.
Główna bohaterka (Britt Robertson), niezwykle wrażliwa na sprawy społeczne uczennica liceum, znajduje tajemniczą przypinkę, która po dotknięciu przenosi ją winny wymiar. Dziewczyna dowiaduje się wkrótce, że wizje pochodzą z autentycznie istniejącej Krainy Jutra, o czym informuje ją nieletnia i mechaniczna (dosłownie) rekruterka Athena (znakomita Raffey Cassidy), a ona sama musi się tam udać, aby pomóc zatrzymać zbliżającą się apokalipsę. Podróż jest jednak możliwa jedynie z pomocą Franka Walkera (George Clooney), zgorzchniałego wynalazcy nigdyś wygnanego z Krainy.
Obsadzenie George'a Clooneya w roli mentora i przyjaciela młodych dziewczynek, z minuty na minutę zyskuje coraz dziwniejszy wydźwięk. Jego bohater, niegdyś zakochany w cyborgu o ciele dziewczynki, dorósł, a nawet się zestarzał (najpiękniej na świecie). Nie przeszkadza mu to jednak w dalszym obdarzaniu uczuciem małej robotki, przez co staje się rodzajem techno-pedo-fila. Drodzy scenarzyści, świat utracił już swoją niewinność wiele lat temu i tego rodzaju odczytania nie są niczym niezwykłym, dlatego należałoby się ich pozbyć zawczasu. A jeśli były zamierzone to... Serio???
Niestety, Kraina jutra pomimo ładnych zdjęć, interesującej wizji przyszłości i satysfakcjonujących efektów specjalnych, jest tak napakowana ekologiczno-eschatologicznymi wątkami, że szybko traci swój naiwny urok. Drogi Disney'u, nie tędy droga.
Główna bohaterka (Britt Robertson), niezwykle wrażliwa na sprawy społeczne uczennica liceum, znajduje tajemniczą przypinkę, która po dotknięciu przenosi ją winny wymiar. Dziewczyna dowiaduje się wkrótce, że wizje pochodzą z autentycznie istniejącej Krainy Jutra, o czym informuje ją nieletnia i mechaniczna (dosłownie) rekruterka Athena (znakomita Raffey Cassidy), a ona sama musi się tam udać, aby pomóc zatrzymać zbliżającą się apokalipsę. Podróż jest jednak możliwa jedynie z pomocą Franka Walkera (George Clooney), zgorzchniałego wynalazcy nigdyś wygnanego z Krainy.
Obsadzenie George'a Clooneya w roli mentora i przyjaciela młodych dziewczynek, z minuty na minutę zyskuje coraz dziwniejszy wydźwięk. Jego bohater, niegdyś zakochany w cyborgu o ciele dziewczynki, dorósł, a nawet się zestarzał (najpiękniej na świecie). Nie przeszkadza mu to jednak w dalszym obdarzaniu uczuciem małej robotki, przez co staje się rodzajem techno-pedo-fila. Drodzy scenarzyści, świat utracił już swoją niewinność wiele lat temu i tego rodzaju odczytania nie są niczym niezwykłym, dlatego należałoby się ich pozbyć zawczasu. A jeśli były zamierzone to... Serio???
Niestety, Kraina jutra pomimo ładnych zdjęć, interesującej wizji przyszłości i satysfakcjonujących efektów specjalnych, jest tak napakowana ekologiczno-eschatologicznymi wątkami, że szybko traci swój naiwny urok. Drogi Disney'u, nie tędy droga.
czwartek, 28 maja 2015
"Pitch Perfect 2"
Podczas specjalnej gali zorganizowanej z okazji urodzin prezydenta Obamy, pęka kostium jednej z członkiń zespołu chóralnego Barden Bellas - Fat Amy, która pokazuje się w pełnej krasie zgromadzonej na sali widowni. Wybucha ogólnonarodowy skandal, a cały naród mówi o obnażonym kroczu głównej bohaterki, choć producenci telewizyjni sprawnie "wypikują" wulgarne słowo... wagina.
Pitch Perfect 2, podobnie jak pierwsza część film, zaczyna się od mocnego uderzenia, zniechęcającego do oglądania dalszych losów utalentowanych studentek. A szkoda, bo film oprócz zatrważającej sceny inicjalnej, ma wiele do zaoferowania. Porusza znane nam problemy wchodzenia w dorosłość (koniec studiów!), a także braku akceptacji samego siebie, robi to jednak inteligentnie i ciepło, przy wtórze wpadającej w ucho ścieżki dźwiękowej składającej się w znacznej mierze z coverów popularnych hitów.
Film oferuje również ogromną ilość autentycznie śmiesznych żartów z narodowych stereotypów. Niemiecki zespół wokalny przypomina szwajcarski zegarek w stylu Rammsteina z dodatkiem neonazizmu i BDSM, emigrantka z Ameryki Północnej opowiada o handlu ludźmi i deportacji, gruba Australijka nie ma problemów z adaptacją do amerykańskich warunków z racji swojej tuszy, a nieśmiała Japonka zdradza skłonności socjopatyczne.
Silną stroną sequelu są właśnie wyraziste postacie, choć niestety zachwycająca w poprzedniej części Anna Kendricks nie miała tym razem okazji zabłysnąć. Musiała ustąpić, skądinąd również niezłej, Hailee Steinfeld, dawno nie widzianej na ekranie gwieździe Prawdziwego męstwa.
Pitch Perfect 2 gwarantuje rozrywkę na przyzwoitym poziomie, nie ustępującą w niczym części pierwszej i przebijającą znaczną większość współczesnych filmów dla nastolatków. Z chęcią kupiłabym bilet na występ Barden Bellas i kolejne (ewentualne) części Pitch Perfect. Jednak nie ufajcie mi zbytnio, bo w końcu mówi wam to osoba, która przypuszczalnie wybierze się do kina na Magic Mike XXL.
Pitch Perfect 2, podobnie jak pierwsza część film, zaczyna się od mocnego uderzenia, zniechęcającego do oglądania dalszych losów utalentowanych studentek. A szkoda, bo film oprócz zatrważającej sceny inicjalnej, ma wiele do zaoferowania. Porusza znane nam problemy wchodzenia w dorosłość (koniec studiów!), a także braku akceptacji samego siebie, robi to jednak inteligentnie i ciepło, przy wtórze wpadającej w ucho ścieżki dźwiękowej składającej się w znacznej mierze z coverów popularnych hitów.
Film oferuje również ogromną ilość autentycznie śmiesznych żartów z narodowych stereotypów. Niemiecki zespół wokalny przypomina szwajcarski zegarek w stylu Rammsteina z dodatkiem neonazizmu i BDSM, emigrantka z Ameryki Północnej opowiada o handlu ludźmi i deportacji, gruba Australijka nie ma problemów z adaptacją do amerykańskich warunków z racji swojej tuszy, a nieśmiała Japonka zdradza skłonności socjopatyczne.
Silną stroną sequelu są właśnie wyraziste postacie, choć niestety zachwycająca w poprzedniej części Anna Kendricks nie miała tym razem okazji zabłysnąć. Musiała ustąpić, skądinąd również niezłej, Hailee Steinfeld, dawno nie widzianej na ekranie gwieździe Prawdziwego męstwa.
Pitch Perfect 2 gwarantuje rozrywkę na przyzwoitym poziomie, nie ustępującą w niczym części pierwszej i przebijającą znaczną większość współczesnych filmów dla nastolatków. Z chęcią kupiłabym bilet na występ Barden Bellas i kolejne (ewentualne) części Pitch Perfect. Jednak nie ufajcie mi zbytnio, bo w końcu mówi wam to osoba, która przypuszczalnie wybierze się do kina na Magic Mike XXL.
poniedziałek, 25 maja 2015
"Mad Max: Na drodze gniewu" / "Mad Max: Fury Road"
Sympatyczny
Australijczyk George Miller przeczekał niekorzystny przełom wieków,
realizując ciepłą komedię Babe: świnka w mieście (1998)
i dwie części przygód stepujących pingwinów (Happy Feet:
Tupot małych stóp 2006 i 2011). Jednak kiedy nastały
nostalgiczne lata dziesiąte XXI wieku, z hipsterskim rozrzewnieniem
wspominające kasety VHS i leginsy w dalmatyńczyki, reżyser
wyciągnął z szafy swojego sztandarowego bohatera, samotnego
postapokaliptycznego mściciela Szalonego Maxa sądząc, że nadszedł
najwyższy czas na remake. Miał stuprocentową rację.
Dobrze
przyjęty podczas tegorocznego festiwalu w Cannes Mad Max: Na
drodze gniewu jest niepowtarzalną rozrywką kumulującą
wszystko, do czego przyzwyczaiło nas współczesne kino. Wybuchy i
prostą fabułę połączono z typową dla lat osiemdziesiątych
inscenizacyjną dezynwolturą, jednak tym razem twórców filmu nie
ograniczał niski budżet czy konieczność zakupu ogromnych ilości
semtexu i dynamitu. Dzięki nowym technologiom byli w stanie w pełni
puścić wodze fantazji i zrealizować wszystkie, nawet te
najbardziej szalone, pomysły.
Niszczycielskie
maszyny, galeria ponukleranych brzydactw i bezkresne puste
przestrzenie wprawiają widza w pełen adrenaliny trans, któremu nie
przeszkadza ani absurdalna fabuła ani prezentowane na ekranie
dziwactwa. Tom Hardy w tytułowej roli sprawdza się znakomicie,
zachęcając do walki o przetrwanie znaczną część żeńskiej
widowni, a Charlize Theron zachwyca wszystkich swoją feministyczną
siłą.
Filmu Mad Max: Na drodze gniewu nie da się opowiedzieć. To
niepowtarzalne widowisko, które po prostu trzeba zobaczyć, z całym
dobrodziejstwem jego absurdalnego inwentarza.
Niszczycielskie maszyny, galeria ponukleranych brzydactw i bezkresne puste przestrzenie wprawiają widza w pełen adrenaliny trans, któremu nie przeszkadza ani absurdalna fabuła ani prezentowane na ekranie dziwactwa. Tom Hardy w tytułowej roli sprawdza się znakomicie, zachęcając do walki o przetrwanie znaczną część żeńskiej widowni, a Charlize Theron zachwyca wszystkich swoją feministyczną siłą.
piątek, 8 maja 2015
"Avengers: Czas Ultrona" / "Avengers: Age of Ultron"
Gdzie można uciec od stresującego tygodnia? Oczywiście w kinie.
Jak większość kinowych widzów, czuje się obecnie świetnie obeznana z Universum Marvela, choć tak na prawdę nie wiem o nim kompletnie niczego. Z filmów i seriali znam jedynie jego małą część, sprawnie uproszczoną i zmodyfinowaną przez twórców tak, aby odpowiadała poziomowi poinformowania przeciętnego laika.
Najnowsze filmowe dziecko wytwórni Marvel opowiada przede wszystkim o stworzonym przez Tony'ego Starka (Robert Downey jr.) Ultronie - programie obdarzonym pełną sztuczną inteligencją, który szczególnie upodobał sobie formę humanoidalnego robota. Ultron (głosu użyczył mu James Spader), choć został stworzony dla ochrony ludzkości przed najeźdźcami z kosmosu, w głębi mechanicznego serca marzy o zagładzie i zniszczeniu dzielnych superbohaterów wraz z całą ludzkością.
Nad Avengers: Czas Ultrona unosi się duch Jossa Whedona, wyraźnie wyczuwalny w niektórych ze scen. Jednak mimo to, film miejscami zawodzi, wykopując na światło dzienne poważne kryzysy egzystancjalne i problemy bohaterów, tym samym pozbawiając go lekkości i zawadiackiego uroku. Na szczęście wady odchodzą szybko w niepamięć, gdy oglądamy jedną z kończowych sekwencji filmu, wyróżniającą się prawdziwie komiksowym stylem i niezwykłym sposobem realizacji. Z pewnością zorientujecie się o którą chodzi.
Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Kapitan Ameryka (Chris Evans) pozostaje amerykańskim i samotnym cud - chłopcem wspominającym dawną miłość, Tony Stark realizuje fantazje naukowców, Bruce Banner (Mark Ruffalo) niekontrolowanie zielenieje, Czarna Wdowa (Scarlett Johansson) rozpamiętuje traumy z przeszłości, Thor (Chris Hemsworth) czuje się wszechładnym synem Boga, a Hawkeye (Jeremy Renner)... Tu następuje zmiana, bo przecież jakoś musiano sobie poradzić z tym najnormalniejszym z superbohaterów. Jak? Przede wszystkim podkreślając jego normalność.
Avengers: Czas Ultrona mnie nie zachwycił, co nie oznacza, że zrezygnuje z mojej fascynacji światem Marvela. Na Ant-Mana oczywiście pójdę.
Jak większość kinowych widzów, czuje się obecnie świetnie obeznana z Universum Marvela, choć tak na prawdę nie wiem o nim kompletnie niczego. Z filmów i seriali znam jedynie jego małą część, sprawnie uproszczoną i zmodyfinowaną przez twórców tak, aby odpowiadała poziomowi poinformowania przeciętnego laika.
Najnowsze filmowe dziecko wytwórni Marvel opowiada przede wszystkim o stworzonym przez Tony'ego Starka (Robert Downey jr.) Ultronie - programie obdarzonym pełną sztuczną inteligencją, który szczególnie upodobał sobie formę humanoidalnego robota. Ultron (głosu użyczył mu James Spader), choć został stworzony dla ochrony ludzkości przed najeźdźcami z kosmosu, w głębi mechanicznego serca marzy o zagładzie i zniszczeniu dzielnych superbohaterów wraz z całą ludzkością.
Nad Avengers: Czas Ultrona unosi się duch Jossa Whedona, wyraźnie wyczuwalny w niektórych ze scen. Jednak mimo to, film miejscami zawodzi, wykopując na światło dzienne poważne kryzysy egzystancjalne i problemy bohaterów, tym samym pozbawiając go lekkości i zawadiackiego uroku. Na szczęście wady odchodzą szybko w niepamięć, gdy oglądamy jedną z kończowych sekwencji filmu, wyróżniającą się prawdziwie komiksowym stylem i niezwykłym sposobem realizacji. Z pewnością zorientujecie się o którą chodzi.
| Joss Whedon na planie filmu. |
Avengers: Czas Ultrona mnie nie zachwycił, co nie oznacza, że zrezygnuje z mojej fascynacji światem Marvela. Na Ant-Mana oczywiście pójdę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

