sobota, 7 czerwca 2014

"X-Men: Przyszłość, która nadejdzie" / "X-Men: Days of Future Past"

Seria o mutantach była zawsze jedną z moich ulubionych, a szkoła prowadzona przez profesora Xaviera przypadła mi do gustu znacznie bardziej niż Hogwart. Dlatego też, kolejną część ich przygód mogłam przywitać jedynie z wielkim entuzjazmem, niezależnie od wszelkich niedociągnięć i nieścisłości. Ale o tym za chwilę.


"X-Men: Przyszłość, która nadejdzie" przedstawia dystopijną wizję świata, w którym miała miejsce wielka wojna pomiędzy ludźmi a mutantami. Ci ostatni, zostali niemalże całkowicie zmieceni z powierzchni ziemi. Profesor Xavier (Patrick Stewart) wraz z Magneto (Ian McKellen) i garścią niedobitków, chronią się w skalnym schronie w sercu Chin i sięgają po ostatnią deskę ratunku - podróż w czasie. Jaźń Wolverine'a (Hugh Jackman, zwany również Rosomakiem) ma zostać przetransportowana do jego młodszego ciała, do lat 70, a on sam ma za zadanie powstrzymać nadchodzącą apokalipsę.


Najnowszy film o X-menach rzuca nas z akcji do akcji, przetykając te momenty mocnego dziania się jedynie krótkimi chwilami na złapanie oddechu. Pomimo to, miejscami razi nas fabularna miałkość, a niektóre pomysły rażą swoją absurdalością. Na całe szczęście Wolverine, młody Charles Xavier (James McAvoy) oraz młody Magneto (Michael Fassbender) skutecznie odciąganą nas od podobnych myśli. Zachwyca zwłaszcza Fassbender, który zdecydowanie dobrze czuje się w swojej roli i nie boi się teoretycznie ryzykownego szarżowania i zabawy. Choć i niemający niczego do ukrycia (dosłownie!) Wolverine, wzbudza zachwyt części widowni.



"X-Men: Przyszłość, która nadejdzie" wpisuje się w ramy nowego gatunku, jakim jest kino superbohaterskie. Zapewnia rozrywkę, intelektualny odpoczynek i zachwyt nad technicznymi możliwościami współczesnego kina. To doskonała propozycja dla oczekujących na sesję studentów, fanów popkultury i wszystkich, którzy mają dość nadętej artystowskiej dydaktyki. Chleba i igrzysk! X-Menów i superbohaterów!

niedziela, 1 czerwca 2014

"Nimfomanka" / "Nymphomaniac"

Zgodnie z zasadą lepiej późno niż wcale - moja osobista refleksja na temat "Nimfomanki" (części obie).

Pomysłowa kampania promocyjna filmu, aura skandalu i magia marketingu szeptanego sprawiły, że o "Nimfomance" głośno było na długo przed oficjalną premierą jej pierwszej części. I choć widywano w kinie bardziej kontrowersyjne dzieła, to najnowszy film Larsa von Triera, skandalisty, eksperymentatora i prowokatora, nie pozostawia widza obojętnym.


Cała historia bohaterki - Joe (Charlotte Gainsbourg), ujęta jest w zgrabną, choć miejscami mocno pretensjonalną ramę. Poczciwy i samotny intelektualista Seligman (Stellan Skarsgard), spotyka udręczoną i skatowaną Joe i zabiera do swojego ascetycznego mieszkania. Tam, oprócz filiżanki herbaty, ciepłej kołdry i czystej piżamy, daje jej również możliwość podzielenia się niezwykłą historią swojego życia. Dobrotliwy słuchacz ubarwia ją niezwykłymi skojarzeniami i anegdotami, nadając całości niemalże groteskowy charakter satyry na przeintelektualizowanie i nadinterpretację.


Joe całe życie kierowała się zasadą: bądź sobą. Kiedy zorientowała się, że każda chwila słabości, każde okazanie uczuć przynosiło jej jedynie rozczarowanie i frustrację, pogrążyła się w odmętach swojego seksoholizmu. Sama jednak traktowała je jako element swojej tożsamości, tytułową nimfomanię, buntowniczy pazur, pachnący feminizmem i studencką rewoltą '68. Niestety, z czasem seks, z młodzieńczej igraszki stał się piętnem przynoszącym cierpienie i udręczenie. Wraz z Joe schodzimy do coraz niższych kręgów piekielnych, upokarzamy się dla coraz trudniej osiągalnych momentów cielesnej rozkoszy.


To prawda, że von Trier jest filmowym hochsztaplerem. Odczuwamy od razu, że nie jest w swoim najnowszym filmie szczery, uwodzi nas, jak bohaterka filmu - Joe, by zaraz porzucić i rozczarować. Kolejne rozdziały filmu są jedynie coraz to nowszymi doznaniami, które nie prowadzą do satysfakcji i narracyjnego klimaksu. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że film prezentowany w kinach jest wersją ocenzurowaną, a mało kto miał okazję podziwiać pełną wersję reżyserską.

Cóż jednak mamy zrobić my, biedni widzowie, skoro ta wizualna, zakłamana polifonia tak mocno nas fascynuje? Oglądać. I zapomnieć o miłości. - odpowiada z przekąsem von Trier.

Solidne 7 na Filmwebie. 

sobota, 31 maja 2014

Dzień Dziecka: "Lego: Przygoda"

W zalewie tytułów, nie łatwo jest znaleźć te na prawdę wartościowe. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku produkcji skierowanych do najmłodszych widzów. Na porządku dziennym jest tutaj fabularna miałkość i fizjologiczne żarty. A to przecież nie o to w tym wszystkim chodzi!


Z okazji Dnia Dziecka, oprócz najserdeczniejszych życzeń dla wszystkich, którzy czują się dziećmi - recenzja filmu, który idealnie nadaje się na rodzinny seans. Przed Państwem cuda z plastiku, czyli "Lego: Przygoda". 

Każdy lubi klocki Lego - to prawda oczywista, a może nawet aksjomat ostatnich kilku pokoleń. Wytłoczonymi z plastiku klockami bawili się razem rodzice, dzieci, a czasami i dziadkowie, oprócz przyglądania z zainteresowaniem, wciągali się w zabawę. Film "Lego: Przygoda" to szansa na przeżycie tych chwil jeszcze raz, choć w zupełnie nowy sposób.


Podtytuł wydaje się idealnie dopasowany do filmu, który jest niekończącym się pasmem wizualnych przygów, wciągających nas w przedstawiony świat z łatwością i ogromnym poczuciem humoru. Głównym bohaterem uczyniono Emmeta, przeciętnego mieszkańca Lego-świata. Jest to rzeczywistość dystopijna, pełna manipulacji, prania mózgów i konformizmu. Nad całością jej  funkcjonowania czuwa Prezydent Biznes, który w zaciszu swojego mega wieżowca przyjmuje swoje mroczne alter-ego, jakim jest Lord Biznes. Emmet, z pomocą powabnej i buntowniczej Wyldstyle, musi wyrwać się z okowów codziennej rutyny, wykazać się kreatywnością i tym samym uratować Lego-świat przed okrutnymi zamiarami Lorda Biznesa. 


Film zachwyca w obu wersjach językowych, a uwagę zarówno młodszych, jak i starszych widzów przykuwa ogromna ilość intertekstualnych nawiązań i postaci, zaczerpniętych z innych uniwersów. I tak, pomagierem Emmeta staje się bufoniasty Batman, fajtłapowaty Green Lantern, natchniony Virtuvus przypominający skrzyżowanie Gandalfa z Merlinem, a nawet klasyczny duet dobry glina - zły glina.


Usiądźcie wygodnie, nie myślcie za dużo i bawcie się! Bo przecież na tym przede wszystkim polega radość z bycia dzieckiem :) 

wtorek, 27 maja 2014

Godzilla

Krakowski Festiwal Filmowy swoją drogą, ale nie można zapominać o nowościach! A tych w kinach sporo, oj sporo...

Monumentalna Godzilla jest niewątpliwie wytworem kultury japońskiej. Ten przerośnięty jaszczur, będący najczęściej zagrożeniem dla ludzkości, jest ucieleśnieniem nuklearnych lęków Japończyków, jak najbardziej w ich przypadku uzasadnionych. Trudno więc oczekiwać, że Hollywood będzie potrafiło poradzić sobie z tym tematem, zwłaszcza, że film "Godzilla" z 1998 roku nie uzyskał aprobaty fanów japońskiego dinozaura.


Mimo to, tegoroczna "Godzilla" okazuje się być rozrywką na przyzwoitym poziomie. Twórcy próbują nadać tej mainstreamowej produkcji kataftroficznej, quazi artystyczny pazur. Pojawiają się cienie, niejasności, dziwne, niekanoniczne ujęcia. Widz czuje się zaintrygowany i z większą tolerancją przyjmuje monstrualny ładunek filmowych klisz.


Ford (Aaron Johnson), żołnierz amerykańskiej piechoty morskiej, traci za młodu matkę (Juliette Binoche - całe 3 minuty na ekranie) w wypadku w elektrowni nuklearnej. W wyniku tego, jego ojciec (Bryan Cranston) traci zmysły i za wszelką cenę stara się rozwikłać zagadkę katastrofy. Wkrótce okazuje się, że jako jedyny trafnie odczytał sejsmiczne sygnały i przewidział pojawienie się potworów.

Bowiem w "Godzilli" potworów jest więcej. Głównym zagrozeniem są, żywiące się promieniowaniem MUTOs - Massive Unidentified Terrersial Organisms (w wesji polskiej GNOLe - Gigantyczne Niezidentyfikowane Obiekty Lądowe) przypominające monstrualnych rozmiarów modliszki.


Jak twierdzą eksperci, "Godzilla" oddaje hołd wytwórni Toho (twórcom orginalnych filmów) co widać przede wszystkim w kreacji tytułowej bohaterki filmu. Godzilla ma więcej charakteru niż Aaron Johnson i Bryan Cranston razem wzięci. Staje się też antybohaterem, bo pomimo budzącego strach wizerunku, jest naszą jedyną szansą na obronę przed atakiem ogromnych owadów.

Można, czemu nie!

sobota, 24 maja 2014

"Tom" / "Tom a la Ferme"

"Zabiłem swoją matkę" było dla mnie filmowym objawieniem. W gniewnej, pełnej pretensji postawie bohatera nie trudno było odnaleźć samego siebie, a sam film, zrobiony z lekkością, ale bez miałkości, udowodnił, że nadal rodzą się geniusze-samoucy, tacy jak Xavier Dolan. "Tom" to kolejny film jego autorstwa, który właśnie trafił do polskiej dystrybucji. Młody reżyser przekonuje nas, że dorósł. Interesuje go już coś więcej niż obraz, teledyskowość i samozachwyt. Z rozmysłem wybiera wręcz ascetyczne plenery quebeckiej wsi, pełnej błota, rupieci zadniedbanych domów. Istotna staje się opowieść, w tym przypadku przesycona tajemnicą i grozą.


Bo oto młody chłopak - Tom, przyjeżdża na farmę na odludziu, by spotkać się z rodziną swojego zmarłego kochanka. Nie zdradza im jednak prawdziwej natury związku ze zmarłym twierdząc, że byli jedynie przyjaciółmi. Tom szybko orientuje się, że farma ma swoją mroczną tajemnicę, a jest nią w dużym stopniu brat zmarłego chłopaka - Francis, wyjątkowo okrutny, apodyktyczny i niezrównoważony. Mężczyzna zmusza Toma do coraz to dziwniejszych zachowań, zachęcany przez matkę przebiera go w stroje brata, kwateruje w jego pokoju. Tom coraz bardziej wsiąka w rolniczy mikrokosmos, odkłada walizki i zaczyna nowe życie u boku nowej rodziny. Do czasu...


"Tom" nie jest oczywiście filmem bez wad. Piękny Xavier Dolan z trudem i wyraźnym wysiłkiem wciela się w postać głównego bohatera przypominając widzowi, że jest znacznie lepszym reżyserem niż aktorem. Jest jednak w jego grze pewna naturalność i zawadiacki urok, co powoduje, że jesteśmy w stanie wybaczyć mu wszystkie potknięcia.


Na tegorocznym festiwalu w Cannes, Dolan zaprezentował swój najnowszy film - "Mommy", którego fragment można odnaleźć w sieci (https://www.youtube.com/watch?v=ETPU_kKEf7o). Którą drogę wybierze młody reżyser? Czy uzna "Toma" za ślepą uliczkę czy może za kolejny stopnień swojego realizatorskiego rozwoju? Przekonamy się pewnie już niedługo. A na razie, warto wybrać się na "Toma" i przekonać, że kino artystyczne wcale nie musi być nudne.

środa, 21 maja 2014

"Transcendencja" / "Transcendence"

Monumentalna praca na temat specyfiki Deep South w kinie i telewizji wciągnęła mnie tak bardzo, że niemalże zapomniałam o kinowych premierach. Ale koniec z tym, nadrabiam zaległości! 

Prezydent USA, Ronald Reagan, zaprezentował swoim obywatelom program gospodarczy opierający się na niezrozumiałych i pokrętnych teoriach ekonomicznych (przynajmniej zdaniem przeciętnych Amerykanów). Jego przeciwnici ukuli więc termin "voodoo economics", który miał odzwierciedlać niejasny charakter programu. Oglądając "Transcendencję" mam wrażenie, że to jedno, wielkie "voodoo IT".


Oczywiście, jak to w przypadku takich produkcji bywa, twórcy filmu nie wgłębiają się w techniczne szczegóły i nie próbują nam wyjaśnić w jaki dokładnie sposób, mózg Willa Castera, śmiertelnie chorego geniusza, zostaje przetransportowany do megakomputera. Bo nie to jest istotą filmu. Jest nią przede wszystkim moralność i podstawowe zagadnienia bioetyki.

Will Caster, w postaci komputerowej, naprawia świat, równocześnie coraz bardziej go opanowując. Jego umysł, wyzwolony z okowów słabego ciała, zyskuje nieskończone możliwości, które martwią rząd, FBI i innych naukowców.



Niestety, "Transcendencja" zamiast pobudzać do rozmyślań, usypia. Johnny Depp, obsadzony w roli, nomen omen - nerda, nie potrafi sobie poradzić, w każdej scenie dowodząc, że jest tu tylko dla pieniędzy. Podobnie dzieje się z innymi aktorami, którzy pojawiają się w roli polewy, próbującej zakryć spalone ciasto. Cilian Murphy, Morgan Freeman, Kate Mara migają na ekranie, rzucając zdezorientowane spojrzenia.

Jak dla mnie NIE, ale być może wielbicielom tematu się spodoba.

wtorek, 6 maja 2014

OFF PLUS CAMERA - DZIEŃ IV + V

Zobowiązania redakcyjne i poza-offowe nie pozwalają mi czerpać pełnymi garściami z programu festiwalu. Dzisiaj będzie o jednym filmie. Ale za to o jakim!

"Cloudburst"
(reż. Thom Fitzgerald, Kanada/USA 2011)


Zdarzają się ciepłe i optymistyczne filmy o starości i przemijaniu. Zdarzają się również dobre filmy lesbijskie, które potrafią wyjść poza ograniczenia i pozorną hermetyczność tematu i nadać całości uniwersalny charakter. "Cloudburst" to bezprecedensowy przykład, że te dwa zdarzenia mogą zbiec się w jednym miejscu i jednym czasie. 


Stella (zachwycająca Olympia Dukakis) przerażona groźbą utraty ukochanej Dotty (Brenda Fricker), postanawia wyruszyć wraz z nią do Kanady, gdzie będą mogły zalegalizować swój, trwający już bez mała 31 lat, związek. Ten pogodny film drogi ogląda się z mimowolnym uśmiechem na twarzy. Starsze panie nie chcą tutaj bynajmniej zniknąć - wybijają się na pierwszy plan, tworząc aktorski samograj, istny wulkan energii i charyzmy. Dzielnie sekunduje im Prentice (Ryan Doucette), zagubiony tancerz nowoczesny, zarabiający na życie jako męska prostytutka. 


Po serii przytłaczających queerowo i egzystencjalnie filmów, "Cloudburst" to wspaniały i wartościowy odpoczynek, który z czystym sercem mogę polecić widzom festiwalu Off Plus Camera. Życzę wam, byście bawili się na seansie równie dobrze jak ja.