W czasach
zimnej wojny, kosmos stał się „nowym pograniczem”. Miał być
zdobywany z wielkim trudem i poświęceniem podobnie jak sto lat
wcześniej Dziki Zachód. Propagandowo miało być to udowodnienie
wyższości człowieka nad naturą, walką o lepsze jutro dla
przyszłych pokoleń. W rzeczywistości było kolejnym polem
rywalizacji pomiędzy dwoma największymi mocarstwami XX wieku –
USA i ZSRR.
I choć w
obecnych czasach wydatki rządu amerykańskiego na dalsze badania
przestrzeni kosmicznej zostały znacznie ograniczone, a ostatni w
pełni krajowy program lotów wahadłowców zakończył się w roku
2003, Amerykanie, podobnie jak ludzkość, nie przestali marzyć o
kosmosie.
Alfonso Cuaron
ma jednak inne zdanie. Już na początku filmu „Grawitacja” informuje
nas wprost, białymi literami na czarnym tle - „życie w kosmosie
jest niemożliwe”.
Zaczyna się,
jak u Hitchcocka – trzęsieniem ziemi. Grupa astronautów pracuje
nad rutynową misją – naprawą modułów przesyłu danych w
teleskopie Hubble'a. Idylliczna atmosfera międzyrasowej współpracy
nie trwa jednak długo – do statku z ogromną prędkością zmierza
deszcz kosmicznych odpadów. Zdziesiątkowana drużyna w postaci
Matta Kowalsky'ego (George Clooney) oraz dr Ryan Stone (Sandra
Bullock), oddalona od bazy siłą odrzutu, próbuje wrócić na
pokład i uratować swoje życie.
W kosmosie, co
podkreślają długie ujęcia kamery, jest pusto i samotnie. Nie jest
jednak nudno i melancholijnie, ani dla widzów ani dla bohaterów.
Reżyser nie daje nam odpocząć, od początku do końca moderując
napięcie tak, by oglądający ani na chwilę nie mógł odwrócić
wzroku od ekranu. Potrafi zaskoczyć i prowadzić na manowce.
Przekonani o swoim filmowym obyciu z pewnością prorokujemy o
dalszym rozwoju akcji, rozczarowując się na każdym kroku.
„Grawitacja”
to głos wołający, że kosmos nie jest nowym terytorium, którego
zdobywaniu powinna poświęcić się ludzkość. Kosmos to przede
wszystkim nieokiełznywalny żywioł, który bez litości zniszczy
wszystko, co nie jest jego immanentnym elementem. Trudno szukać w
„Grawitacji” subtelnej i metafizycznej muzyki sfer, rodem z
„Drzewa życia”. Jest tu jedynie czysty survival, z góry skazany
na porażkę. I tylko cud nas może uratować.
Zdecydowanie warto.







