Zawsze wydawało mi się, że najbardziej absurdalne sytuacje zdarzają się w życiu, jednakże ostatnimi czasy, wynajdując coraz to nowe przykłady filmowych kuriozów, przekonuje się, że to jednak kinematografia jest królową niedorzeczności.
Wielu aktorów nie zgadza się z przyporządkowaniem do jednego typu roli i dlatego też wykazują się wielką odwagą wybierając role daleko odbiegające od ustalonego emploi. Kiedy Szkot z przekonać i pochodzenia, Sean Connery, wcielił się w rolę agenta 007, został wcielony do grupy zdolnych aktorów, grających twardych, romantycznych i eleganckich mężczyzn zdolnych do poświęceń w imię ideałów.
Jednakże w roku 1974, Connery zagrał w filmie "Zardoz", a publika wstrzymała oddech przed poniższym obrazkiem.
Strój i wizerunek Connery'ego nie jest bynajmniej jedynym absurdem w filmie. Akcja ma miejsce na post-apokaliptycznej Ziemi w roku 2293. Świat dzieli się na grupę uprzywilejowanych, wiecznie młodych i porozumiewających się telepatycznie "Ethernals" oraz "Brutals" - grupy eksterminatorów, którzy zajmują się nadzorem nad pracującymi w pocie czoła masami. Brutale wierzą w latającą kamienną głowę - boga Zardoza, który naucza:
"The gun is good. The penis is evil. The penis shoots seeds, and makes new life to poison the Earth with a plague of men, as once it was, but the gun shoots death, and purifies the Earth of the filth of brutals. Go forth ... and kill!"
Wokół "Zardoza", podobnie jak w przypadku innych "Enjoyably Bad Movies" wykształciła się grupa fanowska, która traktuje film jako kultowy. Mnie dzieło to zaskoczyło ogromnie, nie tylko z powodu samego wizerunku Seana Connery'ego, ale również poprzez drugoplanową postać graną przez wspaniałą aktorkę, Charlotte Rampling. Warto również zaznaczyć, że poprzednim filmem reżysera, Johna Boormana, było bardzo dobre "Deliverance" (1972).
"Zardoz" jest filmem szokującym i konfundującym. Podczas oglądania rozglądamy się bezradnie wokół siebie poszukując elementu, który nadałby temu absurdalnemu spektaklowi odrobinę sensu. Niestety, widz sam musi wybrać swoją własną strategię odbiorczą, ja osobiście polecam opętańcze wybuchy śmiechu.
sobota, 23 listopada 2013
sobota, 9 listopada 2013
"Thor: Mroczny świat" / "Thor: The Dark World"
"Thor" był najsłabszym ogniwem filmowej rodziny Marvela. O ile bycie sztywnym blond mięśniakiem nie stanowiłoby problemu samo w sobie, o tyle Thor był również nordyckim bogiem, co znacznie utrudniało stworzenie względnie wiarygodnego i logicznego ciągu filmowej fabuły. Za pierwszym razem się nie udało.
Jednakże za drugi razem twórcy przypomnieli sobie, że już od czasów wczesnych filmów ze Schwarzeneggerem wiadomo, że nawet twardziele muszą mieć poczucie humoru. Dlatego też Thor z sequela jest bardziej "wyluzowany", tu i ówdzie rzuci siermiężnym żartem, a w wolnych chwilach będzie wpatrywał się w gwiazdy szukając maślanym wzrokiem swojej ziemskiej ukochanej.
Wszystko to jednak zabiegi jałowe i bezsensowne, gdyż po raz drugi filmowym światem Thora, zarówno pod względem aktorskim i jak i charakterologicznym, rządzi Loki. Grający go Tom Hiddleston, wykorzystując swoją angielską klasę i charyzmę, tworzy postać czarującego cwaniaka, który od zawsze kradnie sympatię publiczności.
Pomimo że film zapełniają biomechaniczne statki kosmiczne w kształcie fallusów, a główny antagonista jest kompletnie pozbawionym wyrazu bucem o bladej twarzy,"Thor: Mroczny świat" to najczystsza i najprzyjemniejsza z rozrywek oferowanym nam obecnie przez wszechwładny Hollywood.
Liczne gagi rozbawiają do rozpuku, niezłe 3D zasnuwa mgłą i rzuca piaskiem i samochodami w oczy, a niektóre sekwencje będą próbowały wycisnąć z oczu drobną łzę. "Thor: Mroczny świat" to creme de la creme mainstreamowego amerykańskiego przemysłu rozrywkowego.
Z sali projekcyjnej wybiegłam w podskokach, radując się wspaniałą zapowiedzią kolejnego filmu Marvela - "Guardians of the Galaxy". Oczywiście, ponieważ ze spoilerowaniem należy walczyć, żadnej tajemnicy wam nie zdradzę, zaznaczam jednak - nie wychodźcie z kina zbyt szybko!
Jednakże za drugi razem twórcy przypomnieli sobie, że już od czasów wczesnych filmów ze Schwarzeneggerem wiadomo, że nawet twardziele muszą mieć poczucie humoru. Dlatego też Thor z sequela jest bardziej "wyluzowany", tu i ówdzie rzuci siermiężnym żartem, a w wolnych chwilach będzie wpatrywał się w gwiazdy szukając maślanym wzrokiem swojej ziemskiej ukochanej.
Wszystko to jednak zabiegi jałowe i bezsensowne, gdyż po raz drugi filmowym światem Thora, zarówno pod względem aktorskim i jak i charakterologicznym, rządzi Loki. Grający go Tom Hiddleston, wykorzystując swoją angielską klasę i charyzmę, tworzy postać czarującego cwaniaka, który od zawsze kradnie sympatię publiczności.
Pomimo że film zapełniają biomechaniczne statki kosmiczne w kształcie fallusów, a główny antagonista jest kompletnie pozbawionym wyrazu bucem o bladej twarzy,"Thor: Mroczny świat" to najczystsza i najprzyjemniejsza z rozrywek oferowanym nam obecnie przez wszechwładny Hollywood.
Liczne gagi rozbawiają do rozpuku, niezłe 3D zasnuwa mgłą i rzuca piaskiem i samochodami w oczy, a niektóre sekwencje będą próbowały wycisnąć z oczu drobną łzę. "Thor: Mroczny świat" to creme de la creme mainstreamowego amerykańskiego przemysłu rozrywkowego.
Z sali projekcyjnej wybiegłam w podskokach, radując się wspaniałą zapowiedzią kolejnego filmu Marvela - "Guardians of the Galaxy". Oczywiście, ponieważ ze spoilerowaniem należy walczyć, żadnej tajemnicy wam nie zdradzę, zaznaczam jednak - nie wychodźcie z kina zbyt szybko!
wtorek, 5 listopada 2013
"Ida"
Niezaprzeczalne jest istnienie we współczesnym polskim kinie nurtu rozliczeniowego. Jednakże często filmy tego rodzaju oddziałują na nas przede wszystkim estetyką szoku. "Pokłosie" ze swoim niezwykle drastycznym zakończeniem, "Róża" emanująca cielesnym cierpieniem czy najbardziej zachowawcze w tej grupie "W ciemności". Twórcy szukają własnych ścieżek, nie chcą iść już przetartymi szlakami. Dlatego też mało kto nawiązuje do tradycji ściszonej, bardziej wyważonej i pełnej interesujących zabiegów formalnych jaką była Szkoła Polska. Jak do tej pory.
Filmy takie jak "Nikt nie woła" czy "Matka Joanna od Aniołów" zyskały swojego godnego kontynuatora - "Idę".
W "Idzie" nikt nie krzyczy, nie rozdziera ubrań i nie zalewa się łzami, wszechobecny jest natomiast szept i oszczędność gestu. Tytułowa bohaterka jest młodą dziewczyną od dzieciństwa mieszkającą w zakonie. Naturalną kontynuacją podobnego losu są śluby zakonne i dalsze życie we wspólnocie. Jednakże zanim Ida dokona ostatecznego przekroczenia granicy pomiędzy nowicjatem a życiem konsekrowanym, Matka Przełożona karze jej odwiedzić jedyną żyjącą krewną - ciotkę Wandę, która nigdy nie interesowała się losami dziewczyny.
Ciotka (w tej roli zachwycająca Agata Kulesza) jest sędzią, reprezentantką komunistycznego reżimu, która w wolnym czasie nawiązuje niezobowiązujące stosunki z mężczyznami w kłębach papierosowego dymu i oparach wódki. Bez zbędnej kurtuazji informuje dziewczynę - Jesteś Żydówką. Wkrótce potem dziwna para jaką stanowi Wanda i Ida udaje się na poszukiwania rodzinnego grobu i odkrycia tajemnic lat wojny.
Niezwykle ciekawa jest strona plastyczna filmu - dominuje płaskość, dwuwymiarowość, oddalenie oraz dziwne kąty widzenia kamery, które zmuszają widza do przyjęcia niecodziennej perspektywy. Zyskujemy dzięki temu nie tylko dystans do bohaterów i opowiadanej historii, ale przede wszystkim zaczynamy patrzeć nieco inaczej na losy Idy, ze świadomością że oprócz sfery materialnej kryje się za nimi coś więcej.
Ida grana jest przez naturszczyka, znalezioną w kawiarni przez twórców filmu Agatę Trzebuchowską. Dzięki temu jej postać jest pustą kartką, na której każdy z widzów może zapisać swoje odczucia i wzmocnić wrażenie identyfikacji z bohaterką. Trzebuchowska nie gra, ona jest Idą.
Przy wyjściu z kina, pewna wiekowa pani zwróciła się do mnie: "Ty jesteś młoda, nie rozumiesz, ale tak było." Wierzę Pani i choć nie roszczę sobie prawa do pełnego rozumienia czasów i realiów doceniam "Idę". I polecam.
wtorek, 29 października 2013
Filmowe kurioza: "Westworld" (1973)
W ciągu ostatnich tygodni widziałam wiele filmów, które zasługują na mianę kuriozów. Jednakże aby nie obciążać was za dużą dawką absurdu, postaram się dozować tą niezwykłą przyjemność i opisywać dzieła stopniowo, poczynając od najstarszego.
Z filmem "Westworld" wiążą się dwa niezwykle ciekawe fenomeny. Reżyserem filmu jest Michel Crichton, człowiek, którego nazwisko zdaje się nam być znajome. I owszem, z pewnością spotkaliśmy się z nim nie raz, bowiem Crichton jest zarówno lekarzem medycyny, pisarzem ("Park Jurajski", "Andromeda znaczy śmierć"), scenarzystą, reżyserem filmowym oraz twórcą wielkiego telewizyjnego hitu "Ostry dyżur".
Jednakże w roku 1973 stworzył film niezwykły. "Westworld" to jeden z trzech futurystycznych parków rozrywki, które zapewnia swoim gościom pełne złudzenie rzeczywistości. Klienci za odpowiednią opłatą mogą zanurzyć się w świecie Dzikiego Zachodu, wziąć udział w strzelaninie, napić się whisky, a nawet skorzystać z usług damy lekkich obyczajów. Wszystko bezpiecznie i bez konsekwencji, bowiem obsługę miasteczka stanowią roboty-androidy.
Patrząc na film z perspektywy "Terminatora" nie trudno domyśleć się, że roboty nie będą pokornie znosić roli sług ludzkości, a bunt zainicjuje mroczny kowboj Gunslinger (Yul Brynner).
I właśnie z tym nazwiskiem łączy się drugi fenomen - postać Yula Brynnera. Rosjanin, o wyraźnie kaukazkich rysach, urodzony we Własywostoku, po roli władcy Syjamu w musicalu "Król i ja" stał się wielką gwiazdą Hollywood. Występował w kultowych westernach ("Siedmiu wspaniałych"), supergigantach historycznych ("Dziesięcioro przykazań") i filmach wojennych. Media lubią podkreślać, że był pierwszą łysą hollywoodzką gwiazdą. Jednakże przede wszystkim był wielkim aktorem, któremu niestraszna była jazda konna i śpiew musicalowy.
"Westworld" posiada naiwny urok czasów, gdy przyszłość pokazywano przez pryzmat wszechobecnych błyskających światełek i sterylnego białego koloru. choć obecnie wiemy, że następne pokolenia będą żyły raczej w świecie w stylu "Łowcy Androidów" czy "Firefly".
"Westworld" to idealny materiał na remake. Już od wielu lat słychać głosy o podobnym przedsięwzięciu, zainteresowani byli nim między innymi Quentin Tarantino czy Arnold Schwarzenegger. W ostatnim czasie stacja HBO zapowiedziała realizację serialu ispirowanego filmem. W informacji pojawiły się nazwiska J.J.Abramsa oraz Jonathana Nolana (brat Christophera). Brzmi ciekawie.
Z filmem "Westworld" wiążą się dwa niezwykle ciekawe fenomeny. Reżyserem filmu jest Michel Crichton, człowiek, którego nazwisko zdaje się nam być znajome. I owszem, z pewnością spotkaliśmy się z nim nie raz, bowiem Crichton jest zarówno lekarzem medycyny, pisarzem ("Park Jurajski", "Andromeda znaczy śmierć"), scenarzystą, reżyserem filmowym oraz twórcą wielkiego telewizyjnego hitu "Ostry dyżur".
Jednakże w roku 1973 stworzył film niezwykły. "Westworld" to jeden z trzech futurystycznych parków rozrywki, które zapewnia swoim gościom pełne złudzenie rzeczywistości. Klienci za odpowiednią opłatą mogą zanurzyć się w świecie Dzikiego Zachodu, wziąć udział w strzelaninie, napić się whisky, a nawet skorzystać z usług damy lekkich obyczajów. Wszystko bezpiecznie i bez konsekwencji, bowiem obsługę miasteczka stanowią roboty-androidy.
Patrząc na film z perspektywy "Terminatora" nie trudno domyśleć się, że roboty nie będą pokornie znosić roli sług ludzkości, a bunt zainicjuje mroczny kowboj Gunslinger (Yul Brynner).
I właśnie z tym nazwiskiem łączy się drugi fenomen - postać Yula Brynnera. Rosjanin, o wyraźnie kaukazkich rysach, urodzony we Własywostoku, po roli władcy Syjamu w musicalu "Król i ja" stał się wielką gwiazdą Hollywood. Występował w kultowych westernach ("Siedmiu wspaniałych"), supergigantach historycznych ("Dziesięcioro przykazań") i filmach wojennych. Media lubią podkreślać, że był pierwszą łysą hollywoodzką gwiazdą. Jednakże przede wszystkim był wielkim aktorem, któremu niestraszna była jazda konna i śpiew musicalowy.
| "Król i ja" |
"Westworld" to idealny materiał na remake. Już od wielu lat słychać głosy o podobnym przedsięwzięciu, zainteresowani byli nim między innymi Quentin Tarantino czy Arnold Schwarzenegger. W ostatnim czasie stacja HBO zapowiedziała realizację serialu ispirowanego filmem. W informacji pojawiły się nazwiska J.J.Abramsa oraz Jonathana Nolana (brat Christophera). Brzmi ciekawie.
niedziela, 20 października 2013
"Grawitacja" / "Gravity"
W czasach
zimnej wojny, kosmos stał się „nowym pograniczem”. Miał być
zdobywany z wielkim trudem i poświęceniem podobnie jak sto lat
wcześniej Dziki Zachód. Propagandowo miało być to udowodnienie
wyższości człowieka nad naturą, walką o lepsze jutro dla
przyszłych pokoleń. W rzeczywistości było kolejnym polem
rywalizacji pomiędzy dwoma największymi mocarstwami XX wieku –
USA i ZSRR.
I choć w
obecnych czasach wydatki rządu amerykańskiego na dalsze badania
przestrzeni kosmicznej zostały znacznie ograniczone, a ostatni w
pełni krajowy program lotów wahadłowców zakończył się w roku
2003, Amerykanie, podobnie jak ludzkość, nie przestali marzyć o
kosmosie.
Alfonso Cuaron
ma jednak inne zdanie. Już na początku filmu „Grawitacja” informuje
nas wprost, białymi literami na czarnym tle - „życie w kosmosie
jest niemożliwe”.
Zaczyna się,
jak u Hitchcocka – trzęsieniem ziemi. Grupa astronautów pracuje
nad rutynową misją – naprawą modułów przesyłu danych w
teleskopie Hubble'a. Idylliczna atmosfera międzyrasowej współpracy
nie trwa jednak długo – do statku z ogromną prędkością zmierza
deszcz kosmicznych odpadów. Zdziesiątkowana drużyna w postaci
Matta Kowalsky'ego (George Clooney) oraz dr Ryan Stone (Sandra
Bullock), oddalona od bazy siłą odrzutu, próbuje wrócić na
pokład i uratować swoje życie.
W kosmosie, co
podkreślają długie ujęcia kamery, jest pusto i samotnie. Nie jest
jednak nudno i melancholijnie, ani dla widzów ani dla bohaterów.
Reżyser nie daje nam odpocząć, od początku do końca moderując
napięcie tak, by oglądający ani na chwilę nie mógł odwrócić
wzroku od ekranu. Potrafi zaskoczyć i prowadzić na manowce.
Przekonani o swoim filmowym obyciu z pewnością prorokujemy o
dalszym rozwoju akcji, rozczarowując się na każdym kroku.
„Grawitacja”
to głos wołający, że kosmos nie jest nowym terytorium, którego
zdobywaniu powinna poświęcić się ludzkość. Kosmos to przede
wszystkim nieokiełznywalny żywioł, który bez litości zniszczy
wszystko, co nie jest jego immanentnym elementem. Trudno szukać w
„Grawitacji” subtelnej i metafizycznej muzyki sfer, rodem z
„Drzewa życia”. Jest tu jedynie czysty survival, z góry skazany
na porażkę. I tylko cud nas może uratować.
Zdecydowanie warto.
niedziela, 6 października 2013
"Wałęsa. Człowiek z nadziei"
Na początek - ogłoszenia.
Niepostrzeżenie i po cichu blog "Orbitowanie bez cukru" osiągnął dojrzały wiek dwóch lat. Przypomnijmy - pierwszy post pojawił się 11 września 2011 roku. Miejmy nadzieję, że tort stopniowo zapełniać się będzie nowymi świeczkami, a statystyki odsłon będą hulać w najlepsze. Dziękuję wszystkim, mniej i bardziej regularnym czytelnikom oraz proszę o więcej!
Równocześnie pozwolę sobie poinformować, że w ostatnim czasie, na innych stronach, pojawiły się dwa moje teksty:
Niepostrzeżenie i po cichu blog "Orbitowanie bez cukru" osiągnął dojrzały wiek dwóch lat. Przypomnijmy - pierwszy post pojawił się 11 września 2011 roku. Miejmy nadzieję, że tort stopniowo zapełniać się będzie nowymi świeczkami, a statystyki odsłon będą hulać w najlepsze. Dziękuję wszystkim, mniej i bardziej regularnym czytelnikom oraz proszę o więcej!
Równocześnie pozwolę sobie poinformować, że w ostatnim czasie, na innych stronach, pojawiły się dwa moje teksty:
- O niebezpiecznych stereotypach - http://amerykanisci.blogspot.com/2013/10/swiat-uproszczony.html
- O głupocie i wygodnictwie - http://www.korpokultura.pl/wal-mart-i-wygoda/
A teraz do rzeczy.
Przez kilka dni zastanawiałam się, jak ugryźć "Wałęsę". W końcu zdecydowałam się zignorować moją wrodzoną czepliwość i z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że "Wałęsę" trzeba zobaczyć.
Młodzi ludzie oraz obcokrajowcy powinni to zrobić w celach czysto edukacyjnych. Dobrze wiemy, jak wygląda nauka o PRLu w polskich szkołach. Nauczyciele historii pomimo wielkiego pośpiechu, nie są w stanie dotrzeć do najnowszej historii naszego kraju. Na tą część materiału zostaje im kilka lekcji, najczęściej już pod koniec roku szkolnego, gdy trudno o skupienie i uwagę wśród uczniów.
Ludzie starsi oglądając "Wałęsę" mogą zobaczyć czasy, które znają z autopsji. Moja babcia wielokrotnie podczas seansu kiwała głową z aprobatą, a nachylając się w moją stronę, zapewniała szeptem "Tak było..."
Wajda zamyka "Wałęsą." swoją trylogię o PRLu. Będąc wielką fanką "Człowieka z marmuru" ucieszyłam się, że ta seria filmów zyskała tak dobre zakończenie.
Jaka jest największa zaleta filmu?
Wajda nie buduje pomnika Wałęsie. Pokazuje go jako człowieka charyzmatycznego, pewnego swoich przekonań, ale również zarozumiałego, zakompleksionego i mało sympatycznego. Oczywiście w dużym stopniu pomaga tu aktorska kreacja Roberta Więckiewicza, który powoli zyskuje status polskiego Roberta De Niro. Jego Wałęsa balansuje pomiędzy karykaturą a sobowtórem, stając się rolą godną Oscara.
Scenariusz obfituje w sceny wyciskające łzy oraz w pełne humoru skecze, które zawdzięczamy ostremu pióru Janusza Głowackiego. Nieco siermiężnie wyszły sceny zestawiające aktorów z oryginalnymi nagraniami z epoki, choć niewątpliwie dodają one filmowi realizmu.
Oczywiście, są i ciemne strony. Film, powstały w czasie wielkiego sukcesu autobiografii pani prezydentowej - Danuty Wałęsy, zabiera głos i w tej sprawie. Pokazuje przywódcę "Solidarności" jako osobę ciepłą, dbającą o rodzinę, służącą żonie pomocą i wsparciem. Czytelnicy książki wiedzą, że jest to obraz zupełnie przeciwny do tego, co opisała pani Danuta.
Szkoda, że Agnieszka Grochowska nie miała szans na pokazanie swoich umiejętności. Gra prawdziwą Matkę Polkę, która choć przebąkuje czasami o buncie, w rzeczywistości potulnie słucha męża i pierze koszule.
A miało być bez czepliwości!
"Wałęsa. Człowiek z nadziei" to film zaskakująco dobry. Moje obawy przed seansem sięgały zenitu, bałam się propagandowej laurki, pozbawionej charakteru i sensu. Na całe szczęście, Wajda podsumowuje swoją karierę w wielkim stylu. Panie Andrzeju, dziękujemy.
sobota, 21 września 2013
"W imię..." / "In The Name Of..."
Małgorzata Szumowska popełniła w tym filmie jeden, podstawowy błąd. W wywiadzie dla "Przekroju" odcina się od pragnienia stworzenia filmu skandalicznego. Jednakże wybierając tematykę homoseksualnie-kościelną naraża się na ataki ze wszystkich stron. Owszem, rozgłos sprzyja filmom, bo przecież nieważne jak mówią, ważne żeby mówili. Jednakże opakowywanie dramatu o samotności i braku miejsca na świecie w habit i koloratkę jest pomysłem ryzykownym, który w przypadku "W imię..." się nie sprawdził.
Uniwersalizm historii w całości zasłania problem "zamiatania pod dywan" w kościele katolickim oraz ogólnego braku akceptacji dla homoseksualizmu w kraju.
Co ciekawe, nie jest to film kontrowersyjny. Po wyjściu z kina nie poczujecie oburzenia czy podziwu dla podjęcia trudnego tematu, a jedynie zagubienie i plączącą się po głowie myśl: "Co to właściwie było?"
Postać księdza Adama, kreowana z wielkim poświęceniem i polotem przez Andrzeja Chyrę, nie przekonuje nas i nie zachwyca. Nie zrozumiałe są dla nas motywacje mężczyzny, dla których wstąpił dla seminarium, nie widzimy w jego pracy z trudną młodzieżą zapału i iskry charyzmy, która porywałaby młodych ludzi.
Film rozgrywa się w popegeerowskiej Polsce B, wszędzie i nigdzie. Ludzie są smutni i znudzeni, a dzieci pozostawione samym sobie. Stereotyp goni stereotyp, łącznie z tym na temat wiejskiego głupka.
Szkoda, film miał potencjał bycia historią piękną i subtelną. I choć jest w nim wiele scen-perełek w których rozwiązania formalne i fabularne spodobają się nawet najbardziej zatwardziałym krytykom oraz pięknych zdjęć, to całość rozczarowuje.
Można, ale nie zachęcam.
Uniwersalizm historii w całości zasłania problem "zamiatania pod dywan" w kościele katolickim oraz ogólnego braku akceptacji dla homoseksualizmu w kraju.
| Mateusz Kościukiewicz |
Postać księdza Adama, kreowana z wielkim poświęceniem i polotem przez Andrzeja Chyrę, nie przekonuje nas i nie zachwyca. Nie zrozumiałe są dla nas motywacje mężczyzny, dla których wstąpił dla seminarium, nie widzimy w jego pracy z trudną młodzieżą zapału i iskry charyzmy, która porywałaby młodych ludzi.
| Andrzej Chyra |
Szkoda, film miał potencjał bycia historią piękną i subtelną. I choć jest w nim wiele scen-perełek w których rozwiązania formalne i fabularne spodobają się nawet najbardziej zatwardziałym krytykom oraz pięknych zdjęć, to całość rozczarowuje.
Można, ale nie zachęcam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





