sobota, 2 maja 2020

Recenzja serialu "Jeszcze nigdy" / "Never Have I Ever" (Netflix)


Serial Never Have I Ever (a.k.a. Jeszcze nigdy) od samego początku prezentuje widzowi obszerny katalog mniejszości, które zostały ujęte w jego fabularne ramy. Strategia znana już z poprzednich produkcji Netflixa, została tutaj posunięta znacznie dalej, niemal całkowicie wykluczając „typowych białych bohaterów” przez dekady stanowiących postawę amerykańskich teen-movies. Można się zastanawiać nad motywacjami medialnego giganta: czy rzeczywiście chodzi tu o światłą i godną pochwały misję reprezentowania na ekranie dotychczas pomijanych, czy może raczej decydującym czynnikiem są badania marketingowe i obowiązujące trendy?


W każdym razie, opisany powyżej problem tylko początkowo odciąga uwagę od serialu stworzonego przez Mindy Kaling i Lang Fisher. Never Have I Ever szybko wciąga widza w swój zdywersyfikowany świat kalifornijskich nastolatków, zajętych emocjami, pierwszymi miłościami i imprezami – a zdecydowanie nie nauką.



Główną bohaterką serialu jest pochodząca z Indii Devi, której rodzice przybyli do Stanów w poszukiwaniu amerykańskiego snu (a sądząc po trybie życia i kupionym domu – chyba udało im się go osiągnąć). Nie zapominali przy tym o swoich korzeniach, stanowiących już wyraźny balast dla Devi, która traktuje je jako rodzaj zła koniecznego. Żyjąca na skrzyżowaniu kultur nastolatka z wyraźnym trudem wchodzi w rolę „dobrej indyjskiej dziewczyny”, od czego nieustannie odciąga ją szalony rytm życia amerykańskich licealistów.


Mimo początkowego zażenowania (przyznaję, miałam problem z przebrnięciem pierwszego odcinka), serial ogląda się dobrze. Spora w tym zasługa debiutantki Maitreyi Ramakrishnan z powodzeniem wcielającej się w postać Devi – upierdliwej, miotanej hormonami i niedawną tragedią dziewczyny, starającej się wypierać traumę poprzez pogrążenie się w wirze licealnych miłości i konfliktów. Dzielnie towarzyszą jej liczni bohaterowie drugoplanowi, wśród których prym wiedzie prymus Ben (Jaren Lewison), zafascynowana robotyką Fabiola (Lee Rodriguez) oraz kochająca teatr Eleanor (Ramona Young). Szczególnie przewrotną postacią jest nauczyciel Pan Shapiro (Adam Shapiro), którego pozorna nowoczesność i świadomość aktualnych trendów staje się jednym z najciekawszych comic relief serialu. Pamiętajmy o tym wszyscy: w pewnym wieku mówienie młodzieżowym językiem wcale nie ułatwia zdobycia sympatii nastoletnich słuchaczy. True story.

 6,5/10

poniedziałek, 10 lutego 2020

Oscary 2020

Tegoroczna gala oscarowa była dość monotonna i pozbawiona zaskoczeń... do czasu, gdy Parasite zaczął rozbijać bank i zdobywać nagrody w kompletnie niespodziewanych kategoriach. Jak wie już cały internet, Bong Joon Ho i jego południowokoreańska ekipa zgarnęli łącznie aż cztery złote statuetki, stając się tym samym zwycięzcami oscarowego wyścigu. Zachwyt Akademii Parasitem z jednej strony może dziwić, choć jest kontynuatorem pewnej paranoicznej tendencji. Oto absolutnie mainstreamowa, rządząca się kapitalistycznymi prawami nagroda, wyróżnia film krytykujący pełne nierówności status quo, zwiastujący nieuchronnie zbliżający się przewrót. Jasne, bijmy brawo siedzącemu na widowni multimiliarderowi Jeffowi Bezosowi, a zaraz potem opowiadajmy ze sceny jak strasznie trudne jest życie klasy robotniczej. 


Podobnie jak w ubiegłym roku, gala pozbawiona była prowadzącego. Pozwoliło to na wypełnienie ceremonii popisami całej galerii niezwykłych postaci, z których wymienić należy wspaniałą Janelle Monáe, której występ otworzył show oraz pełen dystansu duet James Corden/Rebel Wilson. Widziani ostatnio w paskudnych Kotach aktorzy, z łatwością przekonali publiczność co do znaczenia DOBRYCH efektów specjalnych. 


Reżyser Parasite'a, Bong Joon Ho przewrócił swoim, nomen omen, wyjątkowo przewrotnym filmem, Hollywood do góry nogami. Złamał system, równocześnie kłaniając mu się z szacunkiem w pas. Koreańczyk wyrósł wszak na dziełach hollywoodzkich mistrzów, czemu dał wyraz zwracając się ze sceny do wielkiego Martina Scorsese, którego filmy studiował w młodości. Wzruszającym momentem były także podziękowania, jakie laureatka nagrody dla najlepszej aktorki drugoplanowej, Laura Dern, skierowała do swoich aktorskich rodziców: Bruce'a Derna i Diane Ladd.  


Ogromnych emocji dostarczył również Joaquin Phoenix, który odbierając statuetkę w kategorii "Najlepszy aktor pierwszoplanowy" w ciągu dosłownie kilku minut, zdołał złożyć konstruktywną krytykę swojego trudnego charakteru, wyrazić skrajne oddanie ekologicznej sprawie oraz oddać hołd zmarłemu bratu. Mnie osobiście poruszyła także emanująca skromnością i wybitnym talentem Hildur Guðnadóttir, wyróżniona za najlepszą muzykę do Jokera. Skomponowane przez nią utwory zdecydowanie wyróżniają się na tle twórczości klasycyzujących, zachowawczych rywali. Jej muzyka jest wręcz przepełniona niepokojem, rozedrgana i wchodząca pod skórę. Miałam okazję usłyszeć Hildur na żywo podczas Festiwalu Unsound (wykonywała wówczas utwory z soundtracku do serialu Czarnobyl) i było to wprost nieziemskie doświadczenie. 


Nie byłabym sobą bez narzekania, więc dorzucę jeszcze łyżkę dziegciu do tej baryłki miodu. Niespodziewany występ Eminema, wykonującego piosenkę Lose Yourself z 8 mili trafił jedynie do ułamka publiczności, zgromadzonej w bogato zdobionej sali. Tylko pojedyncze osoby kiwały głowami w takt muzyki, a na palcach jednej ręki można było zliczyć tych, którzy recytowali pod nosem wybrane wersy. Powszechną reakcją było za to zażenowanie i poczucie, że powrót rapującego muzyka nie ma w sobie nic uroczo nostalgicznego.  


I jeszcze jedno drobne narzekanie z serii "nie znam się, ale się wypowiem". Tegoroczne sukienki, wśród których dominowała biel, czerń, cekiny i wielkie falbany, były przeraźliwie nudne. Dlatego szczególne brawa należą się Janelle Monáe oraz jej połyskliwej zbroi z kapturem - z pewnością piekielnie niewygodnej, ale za to jak efektownej!




PEŁNA LISTA NAGRODZONYCH:

Najlepszy film: "Parasite"

Najlepsza reżyseria: Bong Joon Ho, "Parasite"

Najlepszy aktor: Joaquin Phoenix, "Joker"

Najlepsza aktorka: Renée Zellweger, "Judy"

Najlepszy aktor drugoplanowy: Brad Pitt, "Pewnego razu... w Hollywood"

Najlepsza aktorka drugoplanowa: Laura Dern, "Historia małżeńska"

Najlepszy scenariusz oryginalny: Bong Joon Ho, Han Jin Won, "Parasite"

Najlepszy scenariusz adaptowany: Taika Waititi, "Jojo Rabbit"

Najlepszy film animowany: "Toy Story 4"

Najlepszy film międzynarodowy: "Parasite"

Najlepszy film dokumentalny: "Amerykańska fabryka"

Najlepsze zdjęcia: Roger Deakins, "1917"

Najlepszy montaż: Michael McCusker, Dirk Westervelt, Andrew Buckland, "Le Mans '66"

Najlepsza scenografia: Barbara Ling; Nancy Haigh, "Pewnego razu... w Hollywood"

Najlepsze kostiumy: Jacqueline Durran, "Małe kobietki"

Najlepszy utwór muzyczny: "(I'm Gonna) Leave Me Again", "Rocketman"

Najlepsza muzyka filmowa: Hildur Guðnadóttir, "Joker"

Najlepsze efekty specjalne: Guillaume Rocheron, Greg Butler, Dominic Tuohy, "1917"

Najlepsza charakteryzacja: Kazu Hiro, Anne Morgan,Vivian Baker, "Gorący temat"

Najlepszy montaż dźwięku: Mark Taylor, Stuart Wilson, "1917"

Najlepszy dźwięk: Donald Sylvester, "Le Mans '66"

Najlepszy film krótkometrażowy: "The Neighbors' Window"

Najlepszy krótkometrażowy film animowany: "Hair Love"

Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny: "Learning to Skateboard in the Warzone"

sobota, 4 stycznia 2020

"Koty" / "Cats" - recenzja filmu

Podobno twórców goniły terminy. Podobno na wszystko brakowało czasu. Podobno prace nad filmem zakończyły się dzień przed uroczystą premierą. Podobno miało być dobrze. 


Wyreżyserowane przez zdobywcę Oscara Toma Hoppera Koty, są filmową adaptacją słynnego musicalu, który od lat święci triumfy na londyńskich i nowojorskich scenach. Stworzone przez Andrew Lloyd Webera show, to poniekąd pozbawiona spójnej fabuły, ale za to wypełniona znakomitą muzyką i pełnymi werwy układami choreograficznymi, wariacja na temat życia ulicznych kotów, która przeszła do legendy za sprawą swojej wielkiej popularności wśród widowni oraz hipnotyzującego utworu "Memory" (który śpiewała potem m.in. Barbra Streisand). 

Koty w wersji teatralnej
Z goszczących aktualnie na kinowych ekranach Kotów, obronną ręką wychodzą wyłącznie elementy znane z teatralnych realizacji – muzyka oraz niektóre sekwencje taneczne – a zawodzi wszystko, co filmowe. Niedbałe, siermiężne cyfrowe efekty specjalne nie pozwalają na zanurzenie się w kocim świecie, a drobne oszustwa jakich dopuszczają się filmowcy, by choć trochę ułatwić sobie zadanie (np. brak animowanych dłoni i stóp bohaterów), jedynie podkreślają ich nieudolność w tworzeniu spójnego, kociego świata.


Koty podszyte są niepokojem, powodowanym przez nieustanne zacieranie granic pomiędzy człowieczeństwem a kotowatością. Hybrydy o ludzkich stopach, dłoniach, nosach, oczach oraz kocich ogonach, wąsach, uszach i futrze, wyglądają jak kreatury z kina grozy. Nieokreśloność i konfuzja przepełniają także stroniące od wszelkiej logiki sekwencje harców, wśród których królują sceny z udziałem Rebel Wilson. Znana z serii Pitch Perfect aktorka, nie tylko ściąga z siebie puszyste futro, by wystąpić przed skonfundowaną widownią w skąpym, błyszczącym kostiumie, ale także z rozkoszą konsumuje karaluchy i myszy o ludzkich twarzach. 


Promyczkiem nadziei w tym przedziwnym świecie bywa odtwórczyni głównej roli, występująca na co dzień w brytyjskim Royal Ballet, Francesca Hayward. Na rozgrywający się wokół siebie estetyczny dramat patrzy naiwnymi, szeroko otwartymi oczami, jakby nie wiedziała do końca w jakim freak show przyszło jej brać udział. W tym całym bałaganie zaskakująco dobrze odnajduje się także piosenkarka Taylor Swift – być może dlatego, że pojawia się na ekranie tylko przez 10 minut, by potem w niewyjaśniony sposób zniknąć z kociego świata. 


Film Hoppera znacznie lepiej wyglądałby, gdyby podczas produkcji sięgnięto po tradycyjne środki. Gdyby scenografia została w całości zbudowana w studiu, gdyby za wygląd filmowych kotów odpowiadali doświadczeni kostiumografowie, a nie siedzący przez komputerami spece od CGI. Zasłużona finansowa klapa Kotów (sięgająca podobno 100 mln dolarów) powinna stać się przestrogą dla współczesnych filmowców i dobitnie im uświadomić, że "cyfrowe" nie zawsze oznacza "lepsze". 

sobota, 28 grudnia 2019

"Wiedźmin" / "The Witcher" - recenzja serialu

Książki Sapkowskiego czytałam raz, bardzo dawno temu, i mówiąc szczerze niewiele z nich pamiętam. Wygląda na to, że mam szczęście, bowiem serialowy Wiedźmin dość swobodnie poczyna sobie ze swoim literackim pierwowzorem. Nie odstrasza to jednak, spragnionych hollywoodzkiej wersji słowiańszczyzny, fanów książkowej serii oraz oczarowanych wiedźmińskim uniwersum wielbicieli gier komputerowych od CD Projektu, którzy wydają się dwoma szczególnie wyrazistymi i aktywnymi grupami odbiorców serialu. 


Abstrahując od starych jak świat dywagacji na temat swobody adaptatorów do wprowadzania zmian w tekście wyjściowym, należy zaznaczyć, że w serialowym Wiedźminie wiele jest dobrych chęci i śmiałych pomysłów. Odwaga niewątpliwie kryje się już w samym przełamaniu impasu, w jaki filmowców wpędziła karkołomna próba adaptacji twórczości Sapkowskiego, podjęta na przełomie wieków przez Jacka Bromskiego. W netflixowym Wiedźminie widać zaangażowanie, pasję i upór, jaka była udziałem m.in. jednego z najwytrwalszych popleczników adaptacji, Tomasza Bagińskiego. W serialu czuć także pragnienie Netflixa, by stał się on następcą Gry o tron, której sezony dobiegły już końca, a która swoją ostatnią odsłoną pozostawiła spory niesmak i zażenowanie. 


Mimo bezdennej sakiewki streamingowego giganta, Wiedźmin nie jest przykładem bezszwowego połączenia tradycyjnego planu filmowego z elementami wytworzonymi z pomocą grafiki komputerowej. Sprawnie przeobrażone w fantastyczne fortece zamki w Nidzicy i Ogrodzieńcu, przyćmiewa hogwartowa Aretuza i wiele innych, bardzo uproszczonych lokacji, które nieskuteczne ukrywają swoje wady w tajemniczym mroku. Do katalogu uchybień dopisać można też nierówne kostiumy (o co chodzi z pomarszczonymi zbrojami Nilfgaardu?) oraz wyjątkowo nienaturalnie wyglądające i poruszające się potwory, przypominające B-klasowe monstra. Wiedźmin miota się nieustannie pomiędzy wysokobudżetową produkcją fantasy, zachwycającą detalami i rozmachem, a drogim LARPem, do którego zbroje wykuł oddany, lecz na wskroś amatorski wielbiciel gatunku.


Swoje nierówności serial pomysłowo maskuje dodatkowymi komplikacjami fabularnymi – przede wszystkim kilkoma planami czasowymi, wymuszającymi na widzu szczególne skupienie na detalach. Zaznaczmy wyraźnie tą oczywistość – nie wszystko w Wiedźminie dzieje się w tym samym czasie, co sprawia, że w lepszy sposób możemy poznać zawikłane historie poszczególnych bohaterów oraz kierujące nimi motywacje. Sporo tu braków, niedomówień i pustych miejsc, ale zapewne jest to celowe działanie, skoro serial ma trwać aż siedem sezonów. 


Od samego początku wielką niewiadomą był odtwórca głównej roli, Brytyjczyk Henry Cavill, znany dotychczas przede wszystkim z roli Supermana w uniwersum DC. Jego imponująca cielesność oraz image szlachetnego superbohatera, nie pasowały do powszechnych wyobrażeń Geralta z Rivii – mężczyzny zmęczonego, cynicznego, przytłoczonego przez narzuconą mu misję ratowania świata. Cavill skutecznie obronił się przed krytyką mocarną ręką, demonstrując na każdym kroku świetne rozumienie granej postaci, a gdzieniegdzie również dystans i poczucie humoru. Jego siarczyste „fuck” oraz wieloznaczne „hmm” znakomicie wpasowały się w wizerunek tytułowego bohatera, nieustannie pomiatanego przez Przeznaczenie i rozgrywanego przez kluczowe dla fabuły, kobiece bohaterki. W temacie aktorstwa warto wspomnieć także dobrze sprawującą się, młodziutką Freyaę Allan jako przerażoną Ciri oraz Anya Chalotrę w roli coraz bardziej świadomej swojej siły Yennefer. 


To dopiero początek naszej wyprawy z serialem. Pierwszy sezon, o wyraźnie wprowadzającym charakterze, powinien stanowić wprawkę do dalszych odsłon opowieści – lepszych, bardziej dopracowanych, pewniejszych siebie, pozbawionych opisanych powyżej nierówności. Ja, moją postawę wobec netflixowych przygód nad wyraz atrakcyjnego gbura z Rivii, określam jako „ostrożnie optymistyczną” (w skali filmwebowej: 6/10) i z uwagą będę obserwować dalszy bieg wydarzeń. 

niedziela, 17 listopada 2019

26. MFF Etiuda&Anima: TOP 5 wydarzeń

Etiuda&Anima to w znaczniej mierze festiwal filmów krótkometrażowych - fabularnych i animowanych. Nie oznacza to jednak, że w jego programie nie znalazło się również miejsce dla pełnometrażowych produkcji. Z bogatej oferty krakowskiej imprezy wybieram pięć wartych uwagi tytułów. Może poniższa lista przyda wam się przy tworzeniu swojego festiwalowego rozkładu jazdy? 

AWAY, reż. Gints Zilbalodis, Łotwa 2019, 75’
[terminy pokazów: 21.11, godz. 12:00 / 22.11, godz. 12:00 / 23.11, godz. 13:00 @Małopolski Ogród Sztuki]


Minimalistyczna i hipnotyzująca animacja o chłopcu, lądującym niespodziewanie na tajemniczej wyspie, zamieszkanej tylko przez kilka zwierząt i giganta, który go prześladuje. Laureat jednej z najważniejszych nagród na prestiżowym festiwalu w Annecy, a także dowód na niezwykłą wyobraźnię swojego twórcy - Łotysza Gintsa Zilbalodisa. 

SYMFONIA FABRYKI URSUS, reż. Jaśmina Wójcik, Polska 2018, 60'
[21.11, godz. 17:00 @ASP, plac Jana Matejki 13]


Balansujący na granicy performensu, niezwykły zapis wspomnień pracowników dawnej Fabryki Ursus. Jaśmina Wójcik, artystka wizualna i aktywistka, powraca po latach do zakładu wraz z byłymi pracownikami, aby odtworzyć ich codzienną pracę.  

RUBEN BRANDT, KOLEKCJONER, reż. Milorad Krstić, Węgry 2018, 94’
[22.11, godz. 22:30 @Małopolski Ogród Sztuki]


Pokręcona historia słynnego psychoterapeuty Rubena Brandta, który cierpi z powodu nocnych koszmarów. By im zapobiec, zmuszony jest do ukradzenia 13 arcydzieł malarstwa z renomowanych muzeów i prywatnych kolekcji. Stworzony przez słoweńskiego reżysera i artystę multimedialnego Milorada Krsticia (laureata Srebrnego Niedźwiedzia za krótkometrażowy film My Baby Left Me w 1995 roku!) animowany kryminał odwołujący się do najlepszych tradycji gatunku.

JASKÓŁKI Z KABULU, reż. Zabou Breitman, Francja 2019, 81’
[23.11, godz. 15:30 @Małopolski Ogród Sztuki]


Przepiękna wizualnie adaptacja bestsellerowej powieści algierskiego pisarza Mohammeda Moulessehoula (pseudonim Yasmin Khadr) pokazywana w ramach sekcji Un Certain Regard na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Cannes. Akcja filmu rozgrywa się latem 1998 roku w stolicy Afganistanu, wkrótce po dojściu do władzy fundamentalistycznych Talibów. Dwoje młodych ludzi musi odnaleźć się w nowym świecie, w którym nie ma miejsce na wolność, poezję i sztukę. 

CYKL POŻEGNANIA
[Varda: 21.11, godz. 17.45 @Małopolski Ogród Sztuki / Bertolucci: 23.11, godz. 17.30 @Małopolski Ogród Sztuki / 23.11, godz. 19:00 @Małopolski Ogród Sztuki]



Etiuda&Anima zaprasza widzów do wspólnego wspominania wielkich osobowości kina, które zmarły w minionym roku. Na cykl "Pożegnania" składa się najnowszy film Agnes Vardy (Varda według Agnes) oraz dokumenty poświęcone Bernardo Bertolucciemu (Bernardo Bertolucci: To nie koniec podróży) i Franco Zeffirelli'emu (Franco Zeffirelli – Reżyserując z życia). 


To oczywiście tylko wyimek z programu Festiwalu Etiuda&Anima. 
Pełną listę wydarzeń znajdziecie TUTAJ.

sobota, 2 listopada 2019

"Król" / "The King" - recenzja filmu

Król to film pełen niespodzianek. Powody do zdziwienia znajdą tu zarówno znawcy twórczości Williama Szekspira, na którego sztukach luźno oparta jest ekranowa opowieść, jak i specjaliści od angielskiej historii. Twórcy Króla - reżyser David Michôd i współpracujący z nim przy scenariuszu Joel Edgerton - pozwolili sobie na spore zmiany zarówno w stosunku do dzieł angielskiego wieszcza, jak i prawdziwych losów Zjednoczonego Królestwa. Uwspółcześnili i uzupełnili opowiadaną przez siebie historię młodego króla Henryka V i należy przyznać, że zrobili to niebo lepiej niż np. reżyserka Josie Rourke w niedawnej Marii, królowej Szkotów (2018). 


Kluczową postacią w Królu jest następca tronu Hal, zbuntowany przeciwko swojemu ojcu-tyranowi i pozbawiony ambicji zasiadania na tronie. Młody królewicz od sztywnej atmosfery na dworze woli śmierdzącą przetrawionym alkoholem aurę gospód i knajp, gdzie w towarzystwie jowialnego przyjaciela Johna Falstaffa zapija rodzinne smutki. Beztroska nie trwa jednak wiecznie. Gdy stary władca umiera, a wybrany przez niego następca ginie na polu bitwy, Hal, już jako król Henryk V, musi objąć panowanie nad pogrążoną w społecznych niepokojach Wielką Brytanią. 


Król to w zasadzie mroczna historia o dorastaniu, które staje się udziałem Hala, granego z powodzeniem przez Timothée Chalameta. Gwiazda Tamtych dni, tamtych nocy znakomicie oddaje przemianę młodego władcy, który z otoczonego alkoholową mgiełką efeba ukrytego za bujną czupryną, przemienia się w ostrzyżonego zgodnie z panującą modą, rozczarowanego i zgorzkniałego władcę, który już nigdy nikomu pochopnie nie zaufa. 


Tragiczna przemiana bohatera odbywa się w niezwykle intensywnych okolicznościach, jakie zapewnia legendarna bitwa pod Azincourt, której daleko do szlachetnych i czystych eposów rycerskich. Słynna potyczka przeradza się w Królu w piekielną rzeź, pełną bałaganu i szaleńczej rąbaniny. Godne pieśni akty męstwa zostają tu utopione w morzu błota, a szanse na śmierć z ręki wroga są równe otrzymania omyłkowego uderzenia od przyjaciela, stratowania lub utonięcia w kałuży krwi i podmokłej ziemi. Bitewny chaos znakomicie podkreślają mroczne, wyraziste zdjęcia Adama Arkapawa, któremu udało się w Królu nasycić batalistyczne kadry epickością, a równocześnie wypełnić je pewną zaskakującą świeżością. Niestety, wysmakowane ujęcia jakie funduje widzowi Arkapaw mogą okazać się zbyt monumentalne dla małych ekranów laptopów i telewizorów. Aż chciałoby się zobaczyć je w wielkim formacie! 


Twórcy Króla umiejętnie rozbijają powagę filmu drobnymi elementami komicznymi, do których niewątpliwie należy rola Roberta Pattinsona wcielającego się we francuskiego delfina. Pattinson jest tak kuriozalny i cudaczny, że - zgodnie z resztą z intencją filmu - trudno traktować go poważnie. Jego udawany francuski akcent (o którym raz po raz zapomina) chwilami spycha na dalszy plan wszystkie inne elementy świata przedstawionego i urasta do rangi głównego bohatera. Dobrze wypada też Joel Edgerton jako brodaty Falstaff, hulaka i mitoman, który okazuje się jedynym głosem rozsądku w otoczeniu młodego władcy. 


Król to udana próba przepisania zamierzchłej historii Henryka V na współczesny język, a zarazem solidny przykład filmu historycznego, z którego, jak doskonale wiemy z doświadczenia, nie należy czerpać pełnej wiedzy o przeszłości. Choć film Michôda warto połączyć z pogłębioną lekturą Wikipedii lub podręcznika do historii, to i tak jest on świetnym przykładem sprawnego, przejmującego i niezwykle filmowego opowiadania o czasach dawno minionych.

7/10

niedziela, 27 października 2019

"Rok za rokiem" / "Years and Years" - recenzja serialu


Rok za rokiem to sześcioodcinkowa opowieść o przeciętnej brytyjskiej rodzinie, z perspektywy  której obserwujemy 15 lat przemian w Europie i na świecie. Serial startuje w 2019 roku, kiedy to na scenie politycznej pierwsze kroki stawia kontrowersyjna populistka Vivienne Rook (Emma Thompson). Jej drogę na szczyt rodzina Lyonsów obserwuje za pośrednictwem wieców, telewizyjnych raportów i wystąpień w social mediach – podobnie z resztą jak wiele innych przemian w swojej społeczno-politycznej rzeczywistości. 


Eufemistycznie mówiąc, nie idą one w dobrą stronę. Wolność jest stopniowo ograniczana, do głosu dochodzą skrajnie konserwatywne, ksenofobiczne środowiska, a rozwijająca się technologia służy coraz większej inwigilacji i zniewoleniu. Rok za rokiem działa jednak niezwykle subtelnie i znakomicie oddaje na ekranie sposób, w jaki zwykli ludzie doświadczają politycznych przemian. Początkowo je ignorują, uznając za część odwiecznego medialnego szumu, lecz z czasem na własnej skórze doświadczają ich konsekwencji. 


Należy zaznaczyć, że Rok za rokiem nie idzie w swoim czarnowidztwie śladami Czarnego lustra , a technologia ma tu zupełnie inną funkcję. Nigdy nie urasta do rangi głównego tematu, lecz jest raczej wypadkową ogółu zmian, elementem przedstawionej rzeczywistości, który nie zmienia diametralnie tego, jak wyglądają brytyjskie ulice czy domowe pomieszczenia. Latające samochody, teleporty i ruchome chodniki pozostają fantazją zarezerwowaną dla science-fiction. 


Nie chcę zdradzić za dużo – siłą Rok za rokiem jest to, jak wielkie konsekwencje mogą mieć pozornie nic nie znaczące, odległe od nas wydarzenia, decyzje polityków czy nowe, napisane skomplikowanym językiem prawniczym ustawy. Jak dalece o naszym życiu decydują sprawy, które dla świętego spokoju ignorujemy. Rok za rokiem, powstałe w pełnej niepewności epoce przedłużającego się Brexitu i rosnących w siłę europejskich populizmów, snuje przerażającą wizję naszej przyszłości, która straszy nie tylko w Halloween.


U mnie 8/10.