sobota, 24 czerwca 2017

"Transformers: Ostatni Rycerz" / "Transformers: The Last Knight"

Z tego co widziałam, wielu polskich recenzentów zrezygnowało z zajmowania się najnowszą odsłoną serii o transformujących przybyszach z kosmosu i mówiąc szczerze, wcale im się nie dziwie. Pisanie o filmie Transformers: Ostatni Rycerz to zadanie niemal niewykonalne, bo wymaga nadania temu bałaganowi spójnej narracji, a tego zrobić się po prostu nie da. Pozwolę więc sobie obrać inną strategię: popłynę z nurtem tego bayowskiego strumienia świadomości, choć za pewne nigdzie nie dopłynę, a po drodze zginę w jednym z niezliczonych wybuchów. 


W Transformers: Ostatni Rycerz dzieją się rzeczy niesamowite. Otóż ta powstała na podstawie zabawek Hasbro seria filmowa, której piątą odsłonę właśnie możemy podziwiać na polskich ekranach, przerabia tandetne kawałki plastiku nie tylko w gigantyczne superprodukcje, ale przede wszystkim w dziwaczne uniwersum. Świat ten trzyma się kupy na tej samej zasadzie co przeciętna teoria spiskowa: łączy ze sobą rozsiane po różnych częściach świata i epokach wydarzenia, a następnie skleja je ze sobą używając jako spoiwa tajnych bractw na wzór Iluminatów oraz skomplikowanych relacji rodzinnych rodem z Kodu Da Vinci. Nie wierzycie? Pozwólcie więc, że przywołam początek filmu. 


W piątym wieku angielscy rycerze pod wodzą króla Artura toczą walki z barbarzyńcami i niestety wszystko wskazuje na to, że zmagania zakończą się porażką dzielnych Brytów. Na całe szczęście, mają oni w zanadrzu tajną broń: władającego potężną magią czarnoksiężnika Merlina (to wcale nie jest fabuła filmu Król Artur: legenda miecza, który także gości obecnie na ekranach kin). Legendarny mag (świetny Stanley Tucci) to przede wszystkim pijak i mitoman, ale żyjący w komitywie z ukrywającymi się w starym statku kosmicznym mechanicznymi rycerzami, którzy poproszeni o pomoc zamieniają się w trzygłowego smoka i zmiatają najeźdźców z powierzchni ziemi. Wystarczy? 


Później jest jeszcze ciekawiej. W grę wchodzi bowiem bractwo, którego tajemnic strzeże ujmujący Anthony Hopkins oraz jego mechaniczny lokaj o głosie Carsona z Downton Abbey, pewna atrakcyjna pani profesor z Oxfordu (filmowana tak, by w kadrze zawsze znalazł się jej głęboki dekolt) oraz niezłomny Cade Yeager grany przez mojego ulubionego everymana, Marka Wahlberga. Ciekawe, że na dalszy plan schodzą same tytułowe Transformery. Znane z poprzednich filmów mechaniczne postaci pojawiają się rzadko, wygłaszają gimnazjalne onelinery i szybko ustępują pola ludzkim bohaterom. 


Film Transformers: Ostatni Rycerz nie jest całkowicie pozbawiony zalet: zdecydowanie największą jest świetnie bawiący się Anthony Hopkins, który przewrotnie wychodzi z narzuconej mu chociażby w Westworld roli mędrca. Jednak najnowszy film Michaela Baya to nadal przede wszystkim grubymi nićmi szyta mozaika wybuchów, epickiego slow motion, papierowych postaci i elementów pretekstowej fabuły. Na dodatek stanowczo za długa, bo Transformers: Ostatni Rycerz trwa aż 148 minut, a jego ostatni akt jest rozciągniętą do granic możliwości feerią efektów specjalnych, które niezależnie od swojej jakości, szybko się nudzą. To zdecydowanie nie są najpiękniejsze fajerwerki ever. 

czwartek, 8 czerwca 2017

"Wonder Woman"

Bawiłam się na Wonder Woman jak dziecko i cieszę się, że ten film wreszcie powstał. Jeszcze kilka lat temu w internetowym programie dyskusyjnym W 16 rzędzie* zastanawiałam się wraz z innymi dyskutantkami, kiedy doczekamy się filmu o cudownej kobiecie i jaki będzie tego efekt. Starałam się jednak nie łudzić: Wonder Woman to trochę pozycja wymuszona, stworzona z obowiązku włączenia do filmowo-komiksowego uniwersum wyrazistej, pierwszoplanowej postaci kobiecej. Na całe szczęście w produkcji nie czuć specjalnego przymusu, a dzielna Amazonka skutecznie wymyka się zaklasyfikowaniu jako atrakcyjny token. Przez moją nikłą znajomość komiksowego środowiska narażę się pewnie na krytykę, jednak jestem niemal pewna, że Wonder Woman ratuje nie tylko świat, ale także filmowe uniwersum DC.


Ocena "8" dumnie pręży się już na moim filmwebowym koncie sugerując spore wrażenie jakie zrobiła na mnie Wonder Woman. To oczywiście prawda, jednak dla formalności jestem zmuszona zaznaczyć, że mam świadomość licznych niedociągnięć filmu i snyderowskiej maniery wyzierającej z niektórych scen (slow motion!). Szczególnie irytujące okazały się sekwencje na wyspie Amazonek, rażące źle zrealizowanym CGI, sztucznymi walkami oraz ciężkim akcentem postaci granych przez Connie Nielsen i Robin Wright. Parsknęłam także szyderczym śmiechem przy okazji koszmarnej animowanej sekwencji streszczającej historię walecznych kobiet, w której barokowe malarstwo morfowało płynnie w kiczowatą animację 3D.


Na całe szczęście im dalej, tym lepiej. Pojawienie się dorosłej Diany, granej przez Gal Gadot (na zachwyty nad nią przyjdzie jeszcze czas) oraz dzielnego lotnika w osobie Chrisa Pine'a dodało filmowi nowej energii. Między bohaterami czuć było wyraźną chemię, a ich niezręczności i zakłopotanie w scenach "obyczajowych" były prawdziwą perełką. Uwagę zwracały także postacie drugoplanowe, przede wszystkim zaradna sekretarka Etta (Lucy Davis) oraz niespełniony aktor Sameer (Said Taghmaoui). Trochę brakowało w tym wszystkim wyrazistego złoczyńcy, jednak taka taktyka nie jest pozbawiona sensu, bowiem jak przekonuje film, zło czai się w każdym z nas.


A skoro już o aktorach mowa - Gal Gadot jest zdecydowanie najjaśniejszą gwiazdą na tym filmowym firmamencie. Jej Wonder Woman to z jednej strony doskonała wojowniczka i przepiękna kobieta, której urody nie zepsują nawet okulary (ekhem, ekhem), a z drugiej naiwna Pollyanna przekonana o ludzkiej szlachetności oraz czerpiąca wiedzę o cielesnych przyjemnościach z książek. To zdecydowanie Wonder Woman na miarę naszych oczekiwań. 


* Jeśli ktoś zapragnąłby zapoznać się z jego treścią, zapraszam tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=GPtDkuPpjsw. Na usprawiedliwienie swojej sztuczności i sztywności dodam, że było to dwa lata temu, spóźniłam się na nagranie, bo zaspałam i miałam na sobie pożyczoną ze sklepu bluzkę. 

wtorek, 6 czerwca 2017

"Sieranevada"

W przeciwieństwie do filmu, ja będę się streszczać. Niemal trzy godziny Sieranevady podkopały moje przekonanie, że wytrzymam każdą, nawet najdłuższą projekcję, o ile tylko będę najedzona i wyspana. Kiedy pierwszy raz popatrzyłam na zegarek, do końca została jeszcze ponad godzina, a ja już czułam, że zaraz wybiegnę z kina i sprintem udam się na Plac Centralny. Wszytko, by tylko wyzwolić się od zaduchu Sieranevady


Cristi Puiu, w swoim najnowszym filmie w mistrzowski sposób osiągnął wrażenie duchoty, zamknięcia i oddzielenia. Jest ono tak silne, że trzeba niemal walczyć z podświadomą chęcią przewietrzenia zadymionych dymem papierosowym małych, zagraconych pokoików, ciasnego mieszkania w rumuńskiej stolicy, gdzie w szczytowych momentach stłoczonych jest aż 16 osób. W tych klaustrofobicznych wnętrzach rozgrywa się niezwykły rytuał, którego rytm wybijają nieustannie zamykane za sobą drzwi, będący w istocie stypą po nestorze rodu, Emilu. 


Zmarły nie pojawia się jednak prawie w ogóle w rozmowach gości i domowników. Taka reakcja obronna organizmu oraz próba omijania bolesnego tematu, prowadzi do nawarstwienia się codzienności wraz z jej wszystkimi absurdami. Przebywający w mieszkaniu tłoczą się, odpalają papierosa od papierosa, oblewają zupą, pogrążają w teoriach spiskowych i wywlekają na światło dzienne problemy w związkach. Wszyscy czekają na Godota, którym początkowo wydaje się być utknięty w korku ksiądz, a następnie upragniony przez wszystkich obiad, majaczący u kresu drogi niczym oaza na pustyni. Nieprzypadkowo współtwórca teatru absurdu, Eugene Ionesco pochodził z Rumunii. 


Cristi Puiu, reżyser Śmierci Pana Lazarescu (2005) i Aurory (2010) przez trzy godziny zwodzi nas, obiecując rychły zwrot rozdrobnionej akcji, trzęsienie ziemi, a w ostateczności zakończenie doczesnych mąk. Nic takiego jednak nie następuje. Oczami kamery cierpliwie obserwujemy scenki rodzajowe, kolejne czechowowskie strzelby (w rodzaju półprzytomnej Chorwatki ograniczającej się do wymiotowania poza kadrem) nie wypalają, a my pozostajemy uwięzieni w liminalnej przestrzeni korytarza. Niewykluczone jednak, że znajdujemy się tam w towarzystwie głównego bohatera filmu, zmarłego Emila, czekającego na dopełnienie wszystkich rytuałów pozwalających mu na przejście na drugą stronę. 


Intelektualnie i socjologicznie Sieranevada była dla mnie intrygującym wyzwaniem: jestem szczerze zaskoczona jak bardzo przypominamy Rumunów w swojej mentalności, języku i zachowaniach (vide: scena z parkowaniem). Jednak jako doświadczenie kinowe, najnowszy film Puiu stanowił dla mnie (i moich wytrwałych współwidzów) prawdziwą drogę przez mękę. 

sobota, 13 maja 2017

"Ania" / "Anne With an E"

So, we meet again... "Ania z Zielonego Wzgórza" była przekleństwem mojego dzieciństwa. Mogę śmiało powiedzieć, że nieustannie łypiąc na mnie złym okiem z półki, zyskała status mojego arcywroga. Nie leżała tam bezczynnie - czytałam ją uważnie, wzdychając co pewien czas i przewracając oczami na wszelkie możliwe strony. Przez większość świadomego dzieciństwa oraz cały okres nastoletni, książki Lucy Maud Montgomery kojarzyły mi się ze wszystkim co najgorsze i zajmowały to samo miejsce co znienawidzone przeze mnie sukienki z falbankami, w które moja niestrudzona mama próbowała mnie co pewien czas wtłoczyć. Możecie więc się domyśleć, że decyzja o sięgnięciu po świeży serial Anne With an E, który właśnie pojawił się na Netflixie była bardzo trudna i wymagała sporej odwagi. 


Najwyraźniej jednak warto czasami zebrać siły i wyjść ze swojej strefy komfortu. Ilość łez wzruszenia jakie wylałam nad Anne równa się jedynie z najlepszymi odcinkami Downton Abbey, a takiego binge-watchingu nie uskuteczniałam od dawnych czasów mojego pierwszego zauroczenia braćmi Winchester, które zaowocowało pochłonięciem na raz trzech sezonów Supernatural. Czyżbym więc nareszcie dorosła do Ani, wyzbyła się dziwacznego uprzedzenia i zrozumiała jej niezwykły urok? 


Niestety wygląda na to, że przyczyna mojego zachwytu serialem jest zupełnie inna. Jak słusznie podpowiadają recenzje, Anne With an E niewiele ma wspólnego z radosną atmosferą książek Montgomery. Serialowa Ania to dziewczynka po przejściach, dręczona przez demony przeszłości, które przypominają jej się co pewien czas w formie ponurych flashbacków. Bujanie w obłokach i wielka wyobraźnia wydają się sposobem ucieczki od doznanych krzywd, reakcją obronną organizmu, który pod wpływem traum zamyka się w bezpiecznym, wykreowanym przez siebie świecie. Serialowa bohaterka to Ania Shirley z PTSD, której ekscentryzm wcale nie miał pozytywnej genezy. Nieco zbyt mroczne jak na ujmujące krajobrazy kanadyjskiej Wyspy Księcia Edwarda, prawda? 


Ponadto niemal wszystkie zamieszkujące serialowe Avonlea kobiety to (w mniejszym lub większym stopniu) feministki. Z emancypacją flirtują zrzeszone w klubie książki młode matki, sama Ania niejednokrotnie daje wyraz swojej niezależności i nowoczesnego myślenia, a nawet konserwatywna Maryla przychyla się do niektórych postępowych pomysłów. 


Nawet najwięksi przeciwnicy takiej wizji życia na Zielonym Wzgórzu, zgodzą się jednak ze mną, że twórcy serialu poczynili bardzo dobre decyzje obsadowe. Amybeth McNulty idealnie pasuje do niezwykłej tytułowej bohaterki, nie tylko ze względu na uderzające podobieństwo zewnętrzne. Ania w tym wydaniu potrafi być równocześnie irytująca i ujmująca, piękna i brzydka, inteligentna i kompletnie głupia. Jest oceanem niejednoznaczności, zachwycającym charyzmą i energią. Bardzo dobrze sprawdza się także R.H. Thomson w roli Mateusza (choć motywacje jego postaci pozostają czasami zagadką) oraz Geraldine James jako jego oschła siostra, Maryla. A mogło być znacznie gorzej: w tym miejscu należy przypomnieć ubiegłoroczny film telewizyjny o Ani, w którym w roli Mateusza wystąpił Martin Sheen (załączam dowód). 

Warto wspomnieć także o niezłym Lucasie Jade Zumannie w roli zawadiackiego Gilberta. 
Podejrzewam, że dla fanów rudowłosej Ani i oddanych czytelników książek opisujących jej losy serial będzie bolesnym rozczarowaniem. Dla mnie jednak to jedyna forma Ani jaką nadal jestem w stanie przyjąć. Zaczęłam po angielsku, więc po angielsku skończę: one man's trash is another man's treasure.


niedziela, 23 kwietnia 2017

#10 filmów z tegorocznej OFF CAMERY

Już 28 kwietnia startuje 10. edycja festiwalu NETIA OFF CAMERA. Większość z was pewnie wie, że jestem związana z tym wydarzeniem poniekąd zawodowo: moje teksty pojawiają się czasem na ich oficjalnej stronie. Ostatnio zdarzyło mi się pisać m.in. o modernizmie, kosmosie, a także komentować program festiwalu w Cannes.  Jednak dzisiejszy post ma charakter całkowicie prywatny i nie był w żaden sposób przez nikogo zamawiany (czyt. opłacany). Jego cel jest prosty (i mam nadzieję pożyteczny). Z ogromu prezentowanych na festiwalu filmów wybieram dokładnie 10 wartych zobaczenia. Powody ku temu są różne, tak samo jak i moje oczekiwania wobec poszczególnych produkcji. Szczegóły poniżej. 

#1. "Free Fire", reż. Ben Wheatley


Poprzedni film Wheatleya, High-Rise, był niewątpliwym objawieniem. Hipnotyzująca stylistyka futuro-retro, piękny Tom Hiddleston oraz Jeremy Irons "będący z zawodu modernistą" wprawiały w zachwyt, a sam film stawał się wdzięcznym podmiotem do analizy (której ja sama się niestety nigdy nie podjęłam, pewnie z powodu nieznajomości książkowego oryginału). Nowy film reżysera, Free Fire to zupełnie inna bajka: krwawa, komediowa i z doborową obsadą (Sharlto Copley, Brie Larson, Cillian Murphy, Armie Hammer). Jak sugeruje zwiastun, akcji i brytyjskiego humoru zdecydowanie tu nie zabraknie. 

#2. "Jutro będziemy szczęśliwi" / "Demain tout commence", reż. Hugo Gelin


Przyznaję - współczesne francuskie komedie pozostają dla mnie zagadką (może zmieni to planowana wycieczka nad Loarę), choć zdecydowanie doceniam ich pożyteczność i poprawiające nastrój działanie. Nie jestem wielką fanką Nietykalnych, ale za to wypłakałam morze łez na sentymentalnym Rozumiemy się bez słów, więc sądzę, że zniosę też Omara Sy w roli zaskoczonego, samotnego ojca. 

#3. "Miss Sloane", reż. John Madden


Jessica Chastain walczy z systemem zarówno na ekranie, jak i poza nim. W Miss Slone wciela się w rolę lobbystki, zmagającej się z amerykańskimi producentami broni, natomiast w życiu domaga się zrównania płac aktorów i aktorek. Imponujący idealizm, wart zobaczenia. 

#4. "Młodzi przebojowi" / "Sing Street", reż. John Carney


"No women can tuely love a man, who listens to Phil Collins". Możemy spierać się co do prawdziwości tego padającego w Sing Street stwierdzenia, jednak nie możemy zaprzeczyć, że muzyka stanowi dobrą drogę do serca ukochanej. Po ten sprawdzony sposób sięga irlandzki nastolatek będący głównym bohaterem Sing Street. Czy film rzeczywiście jest hitem na miarę ujmującego Once? Najwyższa pora się przekonać. 

#5. "Monstrum" / "Colossal", reż. Nacho Vigalondo


Monstrum to jeden z najdziwniejszych monster-movies ostatnich lat. Najwyraźniej chodzi w nim o to, że zmagająca się z alkoholizmem i chronicznym bezrobociem Anne Hathaway, posiada swoje gigantyczne alter ego, które kroczy ulicami koreańskiego Seulu, niszcząc wszytko na swojej drodze. Ten opis to chyba wystarczająca zachęta, by zobaczyć film.
  
#6. "Other People", reż. Chris Kelly



Czarne komedie o poważnych chorobach (w tym nowotworach) to kontrowersyjny sposób na polepszenie sobie humoru. Trudno powiedzieć do kogo są adresowane i jakie mają przełożenie na rzeczywisty proces zmagania się z chorobą. Jednakże ponieważ często są okazją do katartycznego wręcz łkania lub uronienia kilku łez, mają swoich zwolenników. Other People wydaje się w oszczędny sposób dysponować irytującym dla wielu sentymentalizmem, ponadto był filmem otwarcia festiwalu w Sundance. Może więc warto po niego sięgnąć?

#7. "Szatan kazał tańczyć", reż. Katarzyna Rosłaniec



Polski rodzynek w zestawieniu. Świat prezentowany przez Katarzynę Rosłaniec (np. Galerianki, Bejbi blues) jest mi dość obcy, podobnie jak jej ekscentryczni bohaterowie. Wydaje mi się jednak, że rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Polscy młodzi są nie tylko gniewni, ale też cholernie zagubieni w nowoczesności wymagającej sukcesów, modnych, nietuzinkowych ubrań, relaksującego hobby, czasu na imprezy i szaleństwa, a także wiecznego bycia online. Instagram to nie moja aplikacja, ale zdarza mi się jej używać by poczuć przynależność do tej równoległej rzeczywistości. Z podobnych powodów zobaczę Szatan kazał tańczyć

#8. "The Edge of Seventeen", reż. Kelly Fremon Craig 


Nie wiem jak wy, ale ja stęskniłam się za charyzmatyczną Hailee Steinfeld, która zachwyciła widownię w 2010 roku rolą w Prawdziwym męstwie braci Coen. The Edge of Seventeen to znacznie weselsza wizja dorastania niż ta zaserwowana nam niedawno przez Netflix w serialu Trzynaście powodów. Tu główna bohaterka nie zostaje sama ze swoimi problemami, a z samobójczymi myślami pomaga jej się mierzyć Woody Harrelson. Oczywiście ekscentryczny i zachwycający jak zwykle. 

#9. "Zaginione miasto Z" / "The Lost City of Z", reż. James Gray 


Historia z (niezwykłego) życia wzięta. Brytyjski podróżnik Percy Fawcett, mimo szyderstw ze strony naukowców i odkrywców, wierzy w istnienie zaginionej cywilizacji w samym środku brazylijskiej dżungli. Jej ukrytą w buszu stolicę nazywa "Z" i uważa, że została zbudowana na ruinach legendarnego El Dorado. Co stało się z Fawcettem? Tego niestety nie dowiemy się z Wikipedii, gdyż podróżnik (grany w filmie przez Charlie'go Hunnama) zaginął w 1925 roku podczas jednej z wypraw, wraz ze swoim synem (Tom Holland). Kto wie, może Zaginione miasto Z uchyli przed nami rąbka tej tajemnicy... 

#10. "Zwyczajna dziewczyna" / "Their Finest", reż. Lone Scherfig


Lone Scherfig kiedyś kolegowała się z von Trierem, a nawet nakręciła film zgodny z zasadami Dogmy (Włoski dla początkujących). Po jakimś czasie porzuciła jednak charcząco-gardłowy duński by zamienić go na znacznie łatwiejszy fonetycznie angielski. Zwyczajna dziewczyna to nie jej pierwsza, z ducha brytyjska opowieść z kobietą w roli głównej - wszak w 2002 roku Scherfig zrealizowała film Była sobie dziewczyna. Jednak w przypadku najnowszego tytułu, nostalgiczna historia z czasów II wojny światowej została wzbogacona o silny wątek filmowy: główna bohaterka (grana przez Gemmę Arterton) jest scenarzystką na planie propagandowej, wojennej produkcji. Autotematyzm w filmie? Lubimy to! 

niedziela, 12 marca 2017

"Logan: Wolverine" / "Logan"


Aby zapobiec konfuzjom, życzliwy dystrybutor dorzucił do oryginalnego tytułu jeszcze pseudonim głównego bohatera. Bo o pomyłkę tu nietrudno: Logan diametralnie rożni się od wszystkiego, do czego przyzwyczaiły nas filmy o obdarzonych niezwykłymi umiejętnościami protagonistach. Nie trzeba szukać daleko: choćby opowiadający o mutantach X-Men: Apocalypse był delikatnie mówiąc, nieudany. Raził kiczowatą stylistyką, idiotycznymi dialogami i ogólnym brakiem sensu, a główny villain skupiał się głównie na wyglądaniu cool. 


Tymczasem Logan to zupełnie inna bajka: mroczna, poważna i oszczędna w słowach. Nawet tytułowy bohater (Hugh Jackman) nie przypomina tu samego siebie sprzed lat. Miejsce krewkiego, niesubordynowanego i nieco osobnego superbohatera zajął uzależniony od alkoholu schorowany dojrzały mężczyzna, na życie zarabiający jako kierowca limuzyny. Zgorzkniały i rozczarowany, wszystkie zarobione pieniądze wydaje na utrzymanie przy życiu stetryczałego Profesora Xaviera (Patrick Stewart), który niemal utracił już kontrolę nad swoimi mocami. Kiedy więc o pomoc do Logana zwraca się pewna irytująca Meksykanka (Elizabeth Rodriguez) wraz z córką (Dafne Keen), spotyka się z zupełnym brakiem zainteresowania. Sytuacja jednak zmienia się diametralnie, kiedy mężczyzna poznaje bliżej historię tej niezwykłej dziewczynki. 


Logan miał swoją premierę na festiwalu w Berlinie i przez wielu uważany był za jeden z najlepszych zaprezentowanych tam filmów. Podzielam to zdanie: uczucia jakie towarzyszyły mi na początku projekcji graniczyły z czystym zachwytem. Hugh Jackman doskonale pasował do udręczonego bohatera, jego potyczki z rzeczywistością były wiarygodne oraz prawdziwe, a dialogi celne i błyskotliwe. Logana oglądało się wspaniale, a seansowi towarzyszyło poczucie, że doczekaliśmy się nareszcie dojrzałego kina superbohaterskiego potrafiącego utrzymać atmosferę mroku i tajemnicy bez popadania w kicz, tandetę czy śmieszność (vide Batman v Superman). Niestety do czasu. 


Choć większość zainteresowanych pewnie film już widziała, to i tak postaram się wymanewrować tak, by nie wpaść na żadną spoilerową minę. Otóż problem Logana sprowadza się do jego trzeciego aktu lub jak kto woli, zakończenia. Dosadne i sentymentalne, wali nas po twarzy wulgarnymi symbolami, brakiem koherentności oraz serią absurdalnych rozwiązań fabularnych. To wszystko spowodowało, że nie mogłam ocenić Logana na filmwebowe 8 z serduszkiem. A szczerze chciałam!


Czy popsute zakończenie przekreśla wartość całego filmu? Absolutnie nie. Nadal jest on niezwykłą propozycją w ramach kina superbohaterskiego, a zarazem celnym zakończeniem serii. Jego główną wadą jest jednak to, że mógł być jeszcze lepszy. Aż się łza w oku kręci. 



poniedziałek, 6 marca 2017

"To tylko koniec świata" / "Juste la fin du monde" (w kinie Sfinks!)

Kin studyjnych w Krakowie jest całkiem sporo i większość z nich jest dobrze znana. Wyjątek od tej reguły stanowi funkcjonujące w Nowej Hucie kino "Sfinks" do którego nareszcie, mimo deszczu i pokus, udało mi się dotrzeć.


Sfinks to kino z tradycjami: uruchomiono je w 1959 roku, a obecnie stanowi część domu kultury. Jego wejście ozdobione jest klasycznym, nowohuckim neonem (na dodatek sprawnym, co jest pewnym wyjątkiem), a oprócz dwóch sal kinowych w budynku mieści się również niedawno otwarta, choć odrobinę zbyt zagracona kawiarnia C-2 Południe Cafe (zniżka 20% przy posiadaniu biletu do kina - fajny układ). Duża sala kinowa (98 miejsc) ma nieco mały ekran (trochę przypomina rozmiarami ten w kinie Agrafka), dlatego dobrym rozwiązaniem zdaje się siadanie w pierwszym rzędzie.


My nie siedliśmy w pierwszym rzędzie, a na dodatek wybraliśmy zupełnie niewłaściwy film i nawet swojski urok kina Sfinks nie był w stanie pocieszyć nas po seansie. To tylko koniec świata czyli najnowsze dzieło cudownego dziecka kina, Xaviera Dolana, to film całkowicie chybiony, w którym reżyser wpadł w pułapkę swojego wyrazistego stylu. Symbole są tu jasne i czytelne: czas płynie, zegar tyka, a wszędzie czają się oznaki śmierci i przemijania. Główny bohater (Gaspard Ulliel) po długiej nieobecności powraca do rodzinnego domu, by obwieścić bliskim pewną nieszczególnie radosną nowinę. Nie jest to jednak łatwy do osiągnięcia cel: rodzina skutecznie zasypuje mężczyznę pretensjami i wyrzutami skumulowanymi przez 12 lat jego nieobecności. 


Niestety nawet gwiazdorska obsada (Vincent Cassel, Marion Cotillard, Lea Seydoux) nie pomogła uwiarygodnić bohaterów, którzy stają się galerią najbardziej irytujących postaci filmowych jakie widziało kino. Plątają się w wyznaniach, wybuchają irracjonalnym gniewem, rozdmuchują nieistniejące dramaty. Śmieszą w momentach tragicznych oraz smucą w scenach żartów i pozornego odprężenia.


To tylko koniec świata to film proustowski. Poukrywane w domu przedmioty przywołują u głównego bohatera wspomnienia i nawet unoszący się ze starego materaca kurz stanowi pretekst do przeniesienia się w odległą, beztroską przeszłość. Te spontaniczne retrospekcje są niezwykle symboliczne - zrealizowane w odważny, energiczny sposób, przepełnione kolorami i efekciarstwem przypominają o starym, dobrym Dolanie. Nie pompatycznym dramaturgu ze spalonego teatru, lecz ujmującym hipsterze, który w malowniczy i modny sposób opowiadał o transgresjach i traumach z przeszłości.


A w temacie kinowych nowości: w środę wybieram się na Logana, więc pewnie "na asapie" podzielę się wrażeniami z tego przedziwnego filmu, dla którego łatka "kina superbohaterskiego" jest chyba krzywdzącym uproszczeniem. Na ekranach zobaczyć można obecnie też Marię Skłodowską-Curie, film biograficzny o naszej podwójnej noblistce, ale, powiedzmy sobie szczerze, to pozycja niewarta uwagi. Choć została nakręcony z francuską lekkością oraz ambicją ukazania Skłodowskiej jako kobiety z krwi i kości, rozmija się z naszymi oczekiwaniami i trywializuje tą niezwykłą postać. Na uwagę zasługuje tam właściwie jedynie Karolina Gruszka, o której fenomenie napisałam niedawno dla Off Camery: http://www.offcamera.pl/aktualnosci/fenomen-karoliny-gruszki. Zapraszam do czytania!