piątek, 28 listopada 2014

"Wolny strzelec" / "Nightcrawler"

Znamy wielu filmowych bohaterów, którzy dzięki swojej niemoralności i cynizmowi, osiągnęli zamierzony sukces. Jeden z nich, Frank Underwood, znany z (genialnego!) serialu "House of Cards" niszczy swoich wrogów z wielkim wdziękiem, a jego bezpośredniość i zawiła psychika budzi w widzu nieoczekiwaną sympatię.


Zupełnie inaczej jest jednak w przypadku bohatera filmu "Wolny strzelec". Louis jest nie tylko niemoralny i do cna zepsuty, jest również odrzucający pod każdym względem. Niesposób znaleźć w nim choć odrobinę dobra, wydaje się, że każdy jego ruch, każde spojrzenie, jest ściśle zaplanowane i wykonane w jakimś celu. Każde wypowiedziane przez niego zdanie brzmi jak fraza z kaset motywacyjnych połączonych z korporacyjną nowomową.


Louis desperacko poszukuje pracy. Podczas przejażdżki autostradą, jego uwagę zwraca wypadek samochodowy. Zauważa przy okazji mężczyznę, który uwiecznia całe zdarzenie kamerą, a następnie przesyła nagranie do stacji telewizyjnej, zarabiając szybkie pieniądze. Louis kupuje kamerę i zdeterminowany idzie w ślady kamerzysty.



Wszystko, od przetłuszczonych włosów Louisa, przez  jego wychudzone ciało i za duże, niechlujne ubrania, powoduje nasze skrzywienie i zniesmaczenie. Dawno nie było w kinie tak do cna złego bohatera, którego zło przypomina bezwględną nazistowską perfekcję i konsekwencję. Jednak to nie tylko dla Louise'a zagranego mistrzowsko przez Jake'a Gyllehaala, warto zobaczyć ten film.


"Wolny strzelec" jakby mimochodem i przy okazji, diagnozuje kondycję współczesności. Mówi o znieczulicy, która niczym wirus rozprzestrzenia się w społeczeństwie. Sponiewierane ludzkie ciała, desperacja walka z krwotokami czy wybuchające samochody z samotnymi matkami w środku, to jedyne co może przyciągnąć uwagę telewizyjnego widza. Kryzys oglądalności i rosnące znaczenie Internetu powodują, że przeciętne lokalne wiadomości pozostaną niezauważone. Dopiero wkradająca się do spokojnych przedmieść przemoc ze złych dzielnic (jak to podsumowuje bohaterka grana przez Rene Russo), porusza widza, gdyż sam zaczyna czuć się zagrożony,

Warto.

czwartek, 20 listopada 2014

"Mapy gwiazd" / "Maps to the Stars"

Widzieliśmy już różne satyry na pełne blichtru i przepychu Hollywood. David Lynch omamiał nas jego oniryczną wersją w "Mulholland Drive", a Robert Altman w "Graczu" podkreślał pobieżność panujących w nim relacji i powszechną znieczulicę. Kanadyjski reżyser David Cronenberg również postanowił wypowiedzieć się na ten temat. Niestety, zupełnie niepotrzebnie.


Młoda dziewczyna, Agatha (Mia Wasikowska), zeszpecona bliznami po oparzeniach, przybywa do Hollywood w bliżej nieokreślonym celu. Jej zachowanie dziwi już od samego początku - choć nie wygląda zbyt zasobnie, lekką ręką wyciąga z kieszeni 200$, które wręcza kierowcy limuzyny, granemu przez Roberta Pattinsona. Agatha szybko znajduje swoje miejsce w Hollywood, otrzymując pracę w charakterze asystentki chimerycznej aktorki (Julianne Moore). Wkrótce okazuje się, że tragiczna historia Agathy jest silnie związana z innymi prominentnymi mieszkańcami Los Angeles - małżeństwem Weissów (John Cusack, Olivia Williams) i ich synem Benjim (Evan Bird), znanym dziecięcym aktorem.


Historia przedstawiona w "Mapach gwiazd", pomimo pozornego skomplikowania, jest w rzeczywistości bardzo prosta, niezależnie od ilości mitologicznych i psychoanalitycznych odniesień, którymi naszpikował ją Cronenberg. Jest jednak potraktowana bardzo pobieżnie, co powoduje, że staje się intrygująco ozdobioną wydmuszką. Pełne potencjału krytycznego wątki niespełnionej aktorki żyjącej w cieniu swojej słynnej matki czy narkotyzującej się dziecięcej gwiazdy, która nie wypuszcza z rąk napoju energetycznego, rozmywają się i tracą na znaczeniu.


Poprzedni film Cronenberga, "Cosmopolis" choć przegadany i pretensjonalny, niósł w sobie mocny ładunek emocjonalny i był oryginalną wypowiedzą na temat współczesności. W "Mapach gwiazd", reżyser przenosząc Roberta Pattinsona z tylniej kanapy limuzyny na jej przednie siedzenie, próbował przekonać nas o moralnym zepsuciu amerykańskiej fabryki snów.


Nie udało mu się. My nadal marzymy o domu z basenem w Kalifornii.

sobota, 15 listopada 2014

"Interstellar"

Można narzekać na pompatyczny i nadęty styl Christophera Nolana, ale nie można zaprzeczyć, że jest jednym z nielicznych autorów współczesnego Hollywoodu. Potrafi odnaleźć się w konwencjach i w zaskakujący sposób przerobić je na swoją modłę. Niestety w przypadku swojego najnowszego filmu - "Interstellar", mocno przeszarżował.


Główny bohater filmu, Cooper (Matthew McConaughey), jest zafascynowanym kosmosem inżynierem i pilotem, który został przez okoliczności zmuszony do pracy w charakterze farmera. We współczesnym mu świecie największym problemem jest żywność, plony stale niszczone są przez susze, nieustannie wiejący wiatr, pyłowe burze oraz choroby. Ludzkość desperacko szuka dla siebie ratunku, z nadzieją spoglądając w kosmos. Partyzanckie badania prowadzone przez niedofinansowaną NASA wskazują na możliwość istnienia przyjaznych człowiekowi planet w innych galaktykach. By sprawdzić hipotezy naukowców, dzielna załoga z Cooperem i Brand (Anne Hathaway) na czele, wyrusza ku nieznanemu z silnym poczuciem misji ratowania życia na ziemi.


Nolan czerpie motywy z innych dzieł o kosmosie, co nie dziwi, gdyż trudno opisywać międzygwiezdne wojaże bez inspiracji "2001: Odyseją Kosmiczną". Dzięki odpowiedniemu podejściu, był w stanie stworzyć dzieło wizualnie zachwycające, nawet pomimo braku nadużywanej obecnie techniki 3D. Dzięki ścisłej współpracy z naukowcem z Caltechu, Kipem Thornem, film został wzbogacony o wizjonerskie sceny dotyczące relacji czasu i przestrzeni. Wielokrotnie pojawia się tu też problem względności czasu i różnicach w jego odczuwaniu. Niestety pomimo to, do pełni szczęścia wiele jeszcze brakuje.


Dialogi w filmie wołają o pomstę do nieba, jak chociażby okropny monolog dr Brand na temat miłości, wygłaszany z emfazą godną piosenek z "Nędzników". Podobnież "ziemska" część historii, opowiadająca przede wszystkim o trudnym życiu farmerów o smutnych oczach Caseya Afflecka i nieugiętych naukowcach, osiąga głębokość zapiaszczonego brodzika prysznicowego.

Pomimo najszczerszych chęci, "Insterstellar" mnie nie zachwycił. A biorąc pod uwagę kogo można znaleźć na końcu wszechświata, proponuję zaprzestać dalszych badań kosmosu.

Można.

piątek, 31 października 2014

"Zimowy sen" / "Kis Uykusu"

Czując się w tym temacie swobodnie i względnie bezpiecznie, najchętniej pisze o amerykańskich blockbusterach. Dzisiaj jednak, nie tylko ze względu na aurę i zbliżające się specyficzne święta, opowiem o docenionym na tegorocznym festiwalu w Cannes (Złota Palma!) tureckim filmie "Zimowy sen". Z góry przepraszam za brak doświadczenia w tej delikatnej dziedzinie.

Centralna Anatolia, to czysto kuriozalny rejon Turcji, stosunkowo popularny wśród turystów. Jego kosmiczny krajobraz przypomina nieco pustynne wioski z Tunezji, a polepione, wyżłobione w skałach domki to szalony sen każdego architekta.


W tym niezwykłym miejscu swój mały hotel "Otello" prowadzi emerytowany aktor Aydin (Haluk Bilginer). Ze względu na zbliżający się koniec sezonu, nieliczni turyści już wkrótce opuszczą swoje pokoje, a właściciel wreszcie będzie miał możliwość w spokoju popracować nad swoją książką "Historia tureckiego teatru". Jednakże, jak wie to każdy student, najtrudniej jest zacząć pisać, dlatego też Aydin spędza swój czas głównie na rozmowach z siostrą Neclą (Demet Akbag) i piękną młodą żoną Nihal (Melisa Sozen).


Niemalże odcięty od świata hotelik stanowi odrębny mikrokosmos, w których bohaterowie spierają się ze sobą na błahe i fundamentalne tematy. Otuleni ciepłymi swetrami i oświetleni kojącym światłem kominka zapraszają nas do uczestnictwa w rozmowie, równocześnie zniewalając na całe 196 minut projekcji. To taka turecka telenowela, zbierająca ogrom wątków i rozmów w jedno.


"Zimowy sen" ogląda się niesamowicie przyjemnie, cały czas zastanawiąc się nad oceną głównego bohatera. Czasami wzbudza on naszą sympatię, czasem oburza i odrzuca. Jest pełnowymiarowym człowiekiem, któremu nieobcy jest cynizm, sentymentalizm i pretensjonalne przemądrzalstwo. Zaśnijcie w ten turecki, zimowy sen i przekonajcie się sami, że slow-cinema niekoniecznie musi być nudne i przygnębiające.

niedziela, 12 października 2014

"Bogowie"

Zachód, obecnie oddalony o jeden lot Ryanairem, w czasach PRLu stanowił niedościgniony wzorzec rozwoju cywilizacyjnego i dobrobytu. Kapitalistyczny świat wpierał innowacyjność i postęp, by ludziom żyło się coraz łatwiej i wygodniej. Tymczasem w komunistycznej Polsce, utknanej z sieci układów i układzików, wszystko szło opornie i siermiężnie. Absurd gonił absurd, a przaśność i szarość wyglądały zza każdego rogu. W tego rodzaju czasach, obecnie chołubieni innowatorzy, prekursorzy i nonkonformiści mieli trudne życie. Jednakże jak bardzo wyraźnie wybijały się z tłumu ich wielobarne osobowości!

Taką osobą, jak przekonuje nas film Łukasza Palkowskiego "Bogowie", był w latach 80. młody kardiochirurg - Zbigniew Religa. Niepokorny choleryk z oddaniem walczył z przeciwnościami losu i systemu, by wnieść polską kardiochirugię do światowego poziomu i doprowadzić do pierwszego w Polsce przeszczepu serca.



Tomasz Kot w roli Religi jest nie tyle dzwierciedleniem, co raczej jego wierną kopią. Aktor przestudiował dokładnie wygląd, zachowanie i sposób poruszania się lekarza, a następnie odtworzył je bezbłędnie na ekranie. I choć osobiście uważam, że drobina wariacji i interpretacji nikomu nie szkodzi, to Kot w roli chirurga zachwyca i przypomina o innej swojej świetnej roli - Ryśka Riedla w "Skazanym na bluesa".


"Bogowie", laureat głównej nagrody na festiwalu w Gdyni, jest filmem biograficznym w iście hollywoodzkim stylu. Skrupulatnie zbudowany scenariusz trzyma nas w napięciu, choć w gruncie rzeczy znamy przebieg i zakończenie całej historii. Dramaty, udręczenie i trudności są równoważone sporą dawką humoru spod znaku absurdów PRLu i polskiej mentalności, co sprawia że "Bogowie" są nie tylko przyczynkiem do reflesji, ale przede wszystkim solidną rozrywką. Miejscami zawodzi montaż i drażni ścieżka dźwiękowa, jednak są to drobne usterki, nieistotne w tym na prawdę świetnie działającym mechanizmie.


Reżyser filmu jedynie zaznacza etyczny problem, jaki wiąże się z transplantologią, pozostawiając widzowi wyrobienie sobie decyzji na ten temat. Podobnie wygląda sprawa z medycznym żargonem, który nie przytłacza, a jedynie dodaje autentyzmu.

Historia Zbigniewa Religi to odpowiedź na szalejące w Polsce huragany religii i fundamentalizmu. Człowiek nauki też może być bohaterem i nie musi przy tym z namaszczeniem oddawać życia podczas narodowego zrywu. "Bogów" trzeba zobaczyć, bo to doskonały lek na nasze narodowe schorzenia.

wtorek, 7 października 2014

"Służby specjalne"

"Służby specjalne" to czysty chaos, coś w rodzaju filmowej wersji poradnika "Jak zostać tajnym agentem w weekend". Za długie i zbyt skomplikowane śródtytuły są dowodem na gargantuiczne wykwity twórczości scenarzystów. Podobnie wyglądają dialogi - na palcach jednej ręki jesteśmy w stanie policzyć te, które brzmią jak autentyczna mowa ludzka.


Oczywiście jasnym jest, że członkowie służb specjalnych, policji i wojska, posługują się swoistym żargonem, przypominającym swoją finezją więzienną grypserę. Niestety kwestie te, wypowiadane przez bohaterów filmu, brzmią mechanicznie, sucho i niewiarygodnie. Bohaterowie wyrzucają z siebie potoki niewyraźnych słów, z których trudno zbudować spójną fabułę.

Najnowszy film Patryka Vegi jest obrazą dla inteligencji. Zamiast mówić wprost i nazywać rzeczy po imieniu lub ukrywać prawdę dostarczając widzowi jedynie poszlak i delikatnych wskazówek, Vega serwuje widzowi prostackie nawiązania. Jego Palikot jest karykaturalnym dziwakiem w berecie i kolorowym szaliku, Andrzej Lepper prostackim grubasem, a Maciarewicz antyludzkim cyborgiem z szaleństwem w oku. Żaden z nich nie został w filmie przywołany po imieniu, a my, doskonale zdając sobie sprawę kto jest kim, czujemy się rozczarowani brakiem zaufania twórców.


Bohaterowie "Służb specjalnych" są bardzo podobni do tych, znanych z serialu Vegi "Pitbull". Oto stary wyjadacz, pozostałość dawnego ustroju (Janusz Chabior) sprzymierza się z fachowcem, znajdującym się na samym środku swojej zawodowej kariery (Wojciech Zieliński) oraz młodym i początkującym rekrutem, w tym przypadku płci żeńskiej (Olga Bołądź) by wspólnie realizować zadania zlecane przez enigmatycznego generała (Wojciech Machnicki).


Niezależnie od tego, jak bardzo fascynują nas naprężone mięśnie Olgi Bołądź, naga Kamila Baar, wojskowy slang czy kłamstwa i oszustwa IV RP, "Służby specjalne" to przede wszystkim strata czasu i pieniędzy. 

piątek, 26 września 2014

"Więzień labiryntu" / "The Maze Runner"

Niezaprzeczalna popularność i duży sukces książek w rodzaju "Igrzysk Śmierci", "Niezgodnej" czy "Intruza" oraz ich filmowych adaptacji, prowadzi do przenoszenia na ekran kolejnych tego rodzaju tytułów - mało znanych wśród szerokiej publiczności, ale posiadających grono oddanych wielbicieli, których nie łatwo zadowolić. Wszystkie te utwory łączy postać młodego głównego bohatera (lub bohaterki), który nie godzi się na restrykcyjne reguły dystopijnego świata, w którym przyszło mu żyć. Jego narastający bunt jest iskrą i inspiracją dla innych, dotychczas konformistycznie godzących się na wszystko. 


W filmie "Więzień labiryntu" obserwujemy dokładnie taki rozwój wydarzeń. Młody chłopak, Thomas, za pośrednictwem towarowej windy, trafia do mikro-świata, ograniczonego z każdej strony potężnymi murami labiryntu. Początkowo zdezorientowany i zagubiony, stopniowo zaczyna orientować się w regułach stworzonej przez grupę chłopców społeczności przypominającej do złudzenia sytuację z książki "Władca much". Labirynt, w przeciwieństwie do innych, nie budzi u niego przerażenia i niepokoju. Thomas jest zafascynowany niesamowitą budowlą i pragnie dołączyć do przemieżających go zwiadowców - tytułowych maze runners.


Fakt, że "Więzień labiryntu" to pierwsza część książkowej trylogii autorstwa Jamesa Dashnera, z pewnością nie ułatwił zadania twórcom filmu. Musieli oni zrealizować wstęp do historii, zaprezentować główne wątki i zarysować intrygę, nie mogąc przy tym odkryć zbyt wielu kart. To karkołomne zadanie zrealizowali bardzo solidnie i dzięki temu "Więzień labiryntu" jest filmem intrygującym i obiecującym ciekawy rozwój historii w kolejnych częściach.


Podobnie jak inne tego typu produkcje, film nie jest wolny od wad. Ze względu na nagromadzone tajemnice oraz uproszczenia, trudno utożsamić się z jakimkolwiek bohaterem, a sam labirynt, choć wizualnie zachwycający, nie zbudza oczekiwanego niepokoju. Całość jest jednak sprawnie zrealizowanym wstępem, pozostawiającym nas z pytaniem "I co dalej?".

 
Można.