poniedziałek, 25 marca 2013

"Oz Wielki i Potężny" / "Oz: The Great and Powerful"


Albo: Wicked Witch of the West – geneza. 
Bo nie ma potężniejszego gniewu niż kobieta wzgardzona.

Zupełnie współczesny prequel klasycznego już „Czarnoksiężnika z krainy Oz” (1939). Zrealizowany z zaskakująco dużym szacunkiem dla oryginału – nasycenie barw imitujące Technicolor, lekko siermiężne efekty specjalne i ukłon w kierunku starego kina. I munchkiny, bo bez nich Oz nie byłoby sobą.



Wzbogacający morał, że każdy ma w sobie dobro, brzydota fizyczna idzie w parze z brzydotą duszy, a prawdziwą magią jest fizyka z lekką domieszką chemii.



Odtwórca tytułowej roli – James Franco – wizualnie zachwycający, aktorsko rozczarowujący (jego mimika ogranicza się do nerwowego uśmiechu). Ale w tym filmie nie chodzi o aktora, a o aktorki, które dają prawdziwy popis swoich umiejętności. Na czele – niejednoznaczna Rachel Weisz, zaraz za nią zaskakująco dobra Mila Kunis oraz last but not least – filigranowa, choć aktorsko solidna – Michelle Williams.

Można, zabawa zaiste przednia.

poniedziałek, 18 marca 2013

Żydowski książe z Wołynia

Po dwóch miesiącach oczekiwania, w moje ręce dostała się wreszcie książka Samuela Blumenfelda "Człowiek, który chciał być księciem". Skąd wziął się mój upór i niespotykana w moim przypadku cierpliwość?


Cóż, trudno mi było zignorować człowieka, który był asystentem Murnaua przy "Nosferatu", pracował z Orsonem Wellesem, Sofią Loren, Anną Magnani, Audrey Hepburn, Chartonem Hestonem, Josephem Mankiewiczem, jeździł Rolls-Roysem po Madrycie i podawał się za polskiego księcia - Michała Waszyńskiego. Zwłaszcza, że w rzeczywistości nazywał się Mosze Waks, nigdy nie spotkał Murnaua, pochodził z ubogiej żydowskiej rodziny z Wołynia i nie miał nic wspólnego z polską arystokracją.

Uparty i uzdolniony, porzucił naukę Tory w chederze i rzucił się w wir (dopiero raczkującego) polskiego show-businessu. Udało mu się zostać czołowym polskim reżyserem dwudziestolecia międzywojennego, który miał na koncie takie (koszmarne) hity jak "Głos Pustyni"(1932), "Sto metrów miłości" (1932), "Co mój mąż robi w nocy?" (1934), "Antek policmajster" (1935) czy prawdziwe perełki - "Znachor" (1937), "Dybuk" (1937) i "Druga młodość" (1938).

"Dybuk" - klasyk kina jidisz, przez wielu uważany za najlepszy film M. Waszyńskiego
W trakcie wojny, Mosze dołączył do Armii Andersa i w polowych warunkach robił to, co potrafił najlepiej - kręcił filmy, czego dowodem są takie tytułu jak "Monte Cassino" (1944) czy "Wielka droga" (1946). Już Michał Waszyński pozostał we Włoszech i na własne oczy mógł obserwować narodziny włoskiego neorealizmu, spotykając Vittorio de Sikę.

Orientacja homoseksualna nie przeszkodziła mu w zawarciu małżeństwa z niezmiernie bogatą (i podstarzałą) hrabiną Marią Dolores Tarantini, która zmarła niemalże zaraz po ślubie. Uzyskane w ten sposób fundusze umożliwiły mu zostanie "dyrektorem artystycznym" na planie słynnego "Quo Vadis" (1951) i "Rzymskich wakacji" (1953) czy "Otella" (1952).



Jednakże najciekawszy okres życia Michała Waszyńskiego jest jeszcze przed nami. Pod koniec lat 50' spotkał Sama Bronstona (wł. Szmuel Bronstein, siostrzeniec Lwa Trockiego), producenta filmowego wraz z którym w latach '60 produkował największe i najdroższe filmy w ówczesnej historii kina - np. "Król Królów" (1960), "El Cid" (1961), "55 dni w Pekinie" (1962) czy "Upadek cesarstwa rzymskiego" (1963). Kostiumy i dekoracje - np. zrekonstruowane Forum Romanum czy Zakazane Miasto osiągały zawrotne ceny, co ułatwiało obu Panom wielomiliardowe kradzieże i defraudacje.



Michał Waszyński zmarł w restauracji, wpadając twarzą do talerza pełnego trufli, na dwa tygodnie przed ujawnieniem finansowych malwersacji Bronstons Production. I tym samym zajmuje, w mojej osobistej galerii osobliwości, miejsce zaraz obok Ryszarda Bolesławskiego. Kto będzie następny?

poniedziałek, 11 marca 2013

"Hitchcock"

Zamiast poznawać rubieże Szkoły Polskiej zajmuję się bezmyślnym wydmuszkami prezentowanymi na ekranach polskich kin. Ale cóż zrobić, skoro zapewniają mi one tak dobrą rozrywkę?

"Hitchock" opowiada o kulisach powstawania legendarnej "Psychozy" i małżeństwie reżysera z Almą Reville, której twórcy filmu przypisują sporą ilość zasług. To utwór niespecjalnie odkrywczy i pozbawiony wielokrotnie wspominanego na ekranie suspensu. Ale za to z aktorską wirtuozerią Anthony'ego Hopkinsa, piękną Scarlett Johannson w roli Janet Leigh i autentycznymi ciekawostkami z planu.



Jeśli chcecie, potraktujcie to jako SPOILER, ale nietrudno się domyśleć, że "Psychoza" odnosi ostateczny sukces artystyczny i kasowy pomimo wszelkich trudności. W "Hitchcocku" nie chodzi o przewidywalną fabułę, a raczej o portret geniusza, z którym, być może, współpracuje się łatwiej niż z Orsonem Wellesem, ale który miał zadatki na morderczego szaleńca. Dzięki Bogu, że wziął się za reżyserię filmową, zamiast za ukrywanie zwłok w piwnicy. 

Hitch (czyli "Hitchcock without cock")
Zdecydowanie można, bo to solidne kino.

sobota, 9 marca 2013

"Downton Abbey"

Powszechnie znana jest moje pogardliwe podejście do instytucji telewizji. Dziękuję więc Bogu (a może raczej amerykańskiej agencji DARPA?) za rozwój internetu i umożliwienie mi oglądania seriali online.

Jak do tej pory, jedynie dwa seriale uznałam za warte opisania na moim filmowym blogu. Była to "Gra o tron" (trzecia seria już 31 marca!) oraz "Mildred Pierce". Dzisiaj dołączy do nich trzeci tytuł - "Downton Abbey".

Choć z opisu wydaje się być angielską wersją "Dynastii", w rzeczywistości jest dowodem, że znakomite seriale powstają nie tylko w Ameryce. Zalety to przede wszystkim przepiękne i na wskroś angielskie plenery - serialowe Downton Abbey to w rzeczywistości realnie istniejące Highclere Castle w Berkshire, przeżywające w ostatnich czasach najazdy fanów.


 Fabułę serialu, choć nieco skomplikowaną, śledzi się z przejęciem, rozbawieniem, a czasami wzruszeniem. Dotyczy ona rodziny z wyższych sfer, z apodyktycznym, choć poczciwym lordem Granthamem (Hugh Bonneville) na czele. Niczym Robert Altman w "Gosford Park" (polecam!), twórcy serialu otwierają przed nami nie tylko reprezentacyjne pokoje, ale również sypialnie, biblioteki, a co najważniejsze - również pomieszczenia zajmowane przez służbę, która w serialu pełni równie ważną rolę jak mieszkająca piętro wyżej arystokracja.



"Downton Abbey" można potraktować jako podszkolenie swoich umiejętności językowych oraz rozwój wrażliwości emocjonalnej. Albo czystą  (choć nieco snobistyczną) rozrywkę.

[Mała próbka - http://www.youtube.com/watch?v=s0AbTiBYrbg - muzyka tytułowa]

niedziela, 24 lutego 2013

Targowisko próżności - Oscary 2013

Podczas gdy hollywoodzka śmietanka towarzyska bawi się na pooscarowym bankiecie i korzysta z zalet open baru, ja sklecam tych parę słów na temat dzisiejszej ceremonii, walcząc z sennością i błogosławiąc UJ za wolne poniedziałki.

Trzy części: zalety i pozytywy / rozczarowania i minusy / lista nagrodzonych. Let's go.

Zalety i pozytywy:
  • Mało polityki, dużo muzyki. Tematem przewodnim ceremonii była muzyka filmowa (i rzeczywiście to o niej mówiono najwięcej), co jest znacznie lepsze od ciągłego biadolenia na temat polityki i władzy. 
  • Wspaniały prowadzący. Seth MacFarlane zamiast wulgarnym dupkiem okazał się być czarującym i inteligentnym gospodarzem o ciętym dowcipie i bardzo przyjemnej powierzchowności. 
  • Zachwycający występ Barbry Streisand, wykonującej piosenkę "Memory". To się nazywa "przeżywanie". 
  • Zasłużone nagrody dla "Argo" - to na prawdę solidne kino rozrywkowe (i polityczne). 
  • Nudny choć sprawiedliwy werdykt przyznający Day-Lewisowi trzeciego (rekordowego) Oscara. 
  • Satysfakcjonująca (mnie, a z pewnością i samą nagrodzoną) nagroda dla Jennifer Lawrence.
Jennifer Lawrence
Rozczarowania i minusy:
  • Występ Adele. Rozumiemy stres, rozumiemy niedawny poród, ale i tak szkoda, że Adele nie rozwinęła swojego głosu w piosence "Skyfall" i używała jedynie połowy swoich możliwości. 
  • Dużo nagród dla "Życie Pi". To nie jest AŻ TAK dobry film. 
  • Trzymanie Setha MacFarlane'a "na smyczy" przez producentów gali. Oprócz świetnego początku gali nie miał on praktycznie okazji rozwinąć skrzydeł. (Ale i tak był świetny. Również dlatego że nie jest Billym Cristalem.)
  • Występ Shrirley Bassey. Niektórzy powinni przestawać śpiewać po osiągnięciu pewnego wieku. 
  • Koszmarne polskie studio oscarowe oraz skrajnie irytujący tłumacz symultaniczny. Jednakże to jest już sprawa totalnie przegrana - od kilku lat jest to samo i nie widać szans na poprawę, dlatego odpuszczę sobie tym razem narzekanie i zamiast tego przytoczę jedną z wielu perełek autorstwa pana tłumacza: "Po co nam wiadomość o północy, skoro nie wiemy gdzie są bagna". Amen.
Seth MacFarlane
Lista nagrodzonych: 
  • NAJLEPSZY FILM: "Operacja Argo" 
  • NAJLEPSZA AKTORKA: Jennifer Lawrence - "Poradnik pozytywnego myślenia"mmanuelle Riva - Miłość 
  • NAJLEPSZY AKTOR: Daniel Day-Lewis - "Lincoln"
  • AKTORKA W ROLI DRUGOPLANOWEJ: Anne Hathaway - "Les Miserables"
  • AKTOR W ROLI DRUGOPLANOWEJ: Christoph Waltz - "Django"
  • REŻYSERIA: Ang Lee - "Życie Pi"
  • SCENARIUSZ ADAPTOWANY: Chris Terrio - "Operacja Argo"
  • SCENARUSZ ORGINALNY: Quentin Tarantino - "Django"

Dobranoc.

piątek, 22 lutego 2013

"Sesje" / "The Sessions"

I ciągle te Oscary. Tym razem - nominacja w kategorii najlepsza aktorka drugoplanowa - Helen Hunt.

Już hiszpańskie "W stronę morza" (2004) epatowało przedziwnym optymizmem  Jednakże dodajmy do tego  jeszcze dwie łyżeczki cukru  (i przysłowiową landrynkę) i otrzymamy "Sesje".
To jeden z tych filmów, dzięki którym czujemy się lepiej. Wszakże oglądnęliśmy społecznie zaangażowane dzieło na ważki temat. Cóż z tego, że film ten jest zupełnie wyprany z okrutnej prozy życia osób niepełnosprawnych i wszelkich nieestetycznych elementów ich fizyczności.

"Sesje" to silna trywializacja jednego z największych tematów tabu - seksualności osób niepełnosprawnych. Znacznie lepsze potraktowanie tego tematu oferuje film "Ja też" (2009), który polecam. W "Sesjach" wszystko jest ładne, główny bohater w swojej niepełnosprawności przypomina Jezusa zdjętego z krzyża, a cała historia skąpana jest w ciepłym słońcu San Francisco (choć bohaterowie mówią z silnym akcentem nowoangielskim).



Osobiście zamiast Helen Hunt nominowałabym Wiliama H. Macy. Jego rola katolickiego księdza próbującego rozdzielić kościół od przyjaźni to prawdziwa wisienka, na tym nieco za słodkim torcie. Ale przecież od wieków wiadomo, że Oscary drwią sobie ze zdrowego rozsądku i wszelkiej logiki.

Można, ale nie trzeba.


sobota, 16 lutego 2013

"Lot" / "Flight"

polska premiera: 22 lutego 2013

Robert Zemeckis (tak, ten od "Forresta Gumpa") żyje i ma się dobrze. Nie zapomniał jeszcze jak robi się solidne aktorskie kino, pomimo faktu, że przez ostatnie lata zajmował się głównie filmami w technice "motion capture" - np. "Beowulf" (2007), "Opowieść wigilijna" (2009), "Ekspres polarny" (2004).

"Lot" to film o używkach, moralności i katastrofie lotniczej. Czyli o tym, co każdy Polak lubi najbardziej. "Lot" to też film o uzależnieniach, przede wszystkim tych od alkoholu. Pozornie rzadkich i dotykających jedynie społecznego marginesu, w rzeczywistości powszechnych i skrajnie destrukcyjnych.



Film nieco zbyt patetyczny i bardzo nierówny. Ale za świetną rolą Denzela Washingtona (58 lat!), kolejnym genialnym i niezwykle wyrazistym epizodem Johna Goodmana i z wciskającą w fotel sekwencją tytułowego lotu.

Rozrywka z elementami katharsis i moralitetu. Czemu nie?