Premiera kinowa: 26.12
Kiedy film przedstawia problemy ludzi, którzy zarabiają rocznie 86 mln dolarów, mogłoby się wydawać, że opowiada o zupełnie innej rzeczywistości i zupełnie innym świecie. Ale "Margin Call" próbuje nas przekonać, że przedstawiciele wielkiego biznesu rządzący światem z gabinetu na Manhattanie mają dokładnie te same problemy co zwykli zjadacze chleba. I chcą tego samego: przetrwać. Tylko, że w ich przypadku przetrwanie polega na poważnym zaburzeniu światowej gospodarki, a nie kupieniu karpia taniej o 1,50zł.
Rekiny biznesu z "Margin Call" chodzą z zamglonym wzrokiem wbitym w przestrzeń, niczym Rain Man mnożą w pamięci wielkie liczby i posługują się absolutnie niezrozumiałym żargonem. Na szczęście dzięki postaci granej przez Jeremy'ego Ironsa (który zdaje się być kompletnym ekonomicznym ignorantem) sprawy są nam wyjaśnione i pięknie zilustrowane metaforą "ogromnego worka ekskrementów" .
Mimo, że moją wiedzę ekonomiczną można porównać z poziomem przeciętnego czytelnika "Faktu", ten film mnie zainteresował. Nie oczekujcie jednak fajerwerków, zwrotów akcji, ponadprzeciętnych aktorskich popisów. Tutaj liczy się tylko historia. I to na dodatek bez zakończenia.
środa, 21 grudnia 2011
środa, 14 grudnia 2011
"Ilu miałaś facetów?"
Takie filmy nie powstają po to, żeby podczas żmudnej analizy głowili sią nad nimi studenci filmoznawstwa. Mają być tylko łatwym źródłem zarobku dla krytyków (którzy przy minimalnym wysiłku intelektualnym mogą zarobić na napisanej przez siebie recenzji) i filmem dla randkowiczów, którzy nie są specjalnie zainteresowani fabułą oglądanego dzieła. Czasami zdarza się, że filmy te są odskoczniami od przytłaczających przeżyć. W ramach wytłumaczenia, oglądnęłam ten film w ramach egzystencjalnego kryzysu po "Salo czyli 120 sodomy".
Cukierkowe kolorki, wtórność i powtarzalność. Gagi i motywy z innych filmów (początek żywcem przekopiowany z "Druhen", domyślam się, że nie w ramach wyrafinowanej gry z widzem i zjawiska intertekstualności). Na osłodę życia mamy wspaniale zbudowanego kapitana Amerykę (Chris Evans) i wielką miłość, która pozwala nam na bycie sobą.
I chociaż film jest głównie o liczeniu, to nie jest przeznaczony dla matematyków. Liczy się tu tylko do 20 i tylko partnerów seksualnych. Strata czasu, chyba, że szukacie pretekstu do zjedzenia naczosów w multipleksie.
Cukierkowe kolorki, wtórność i powtarzalność. Gagi i motywy z innych filmów (początek żywcem przekopiowany z "Druhen", domyślam się, że nie w ramach wyrafinowanej gry z widzem i zjawiska intertekstualności). Na osłodę życia mamy wspaniale zbudowanego kapitana Amerykę (Chris Evans) i wielką miłość, która pozwala nam na bycie sobą.
I chociaż film jest głównie o liczeniu, to nie jest przeznaczony dla matematyków. Liczy się tu tylko do 20 i tylko partnerów seksualnych. Strata czasu, chyba, że szukacie pretekstu do zjedzenia naczosów w multipleksie.
niedziela, 4 grudnia 2011
"Wyścig z czasem"
Przyzwoita rozrywka na mało wymagającym poziomie. Już na samym początku otrzymujemy zapewnienie, że film nie będzie wglębiał się w naukową stronę przedstawionego problemu. Zakończyła się era dolara, euro i złotówki. Teraz jedyną obowiązującą walutą jest czas. I nie należy wnikać jak do tego doszło - jesteśmy zapewniani ustami Justina Timberlake'a, który, ku mojemu zdziwieniu, ostatnio częściej występuje w filmach niż teledyskach.
Minusem filmu są patetyczne dialogi o nieuchronności śmierci i niemożliwości uzyskania nieśmiertelności. Jednak nawet to jesteśmy w stanie przeżyć, żeby zobaczyć pełną gracji walkę z systemem w wykonaniu duetu Amanda Seyfield - Justin Timberlake. I chociaż nie mają finezji Bonny i Clyde'a, ich nieustanną bieganinę ogląda się przyjemnie. A kiedy dodamy do tego troche niewykorzystanego Cilliana Murphy'ego, serialowe gwiazdki - Vincent Kartheiser ("Mad Men"), Johnny Galecki ("Big Bang Theory") oraz idola nastolatek w zupełnie nowym emploi (Alex Pettyfer) otrzymamy idealny film na niedzielny wieczór.
Mimo trywialności "Wyścig z czasem" pomoże wam nabrać lekkiego dystansu do poniedziałkowego pośpiechu.
Bo czas to nie tylko pieniądz.
Minusem filmu są patetyczne dialogi o nieuchronności śmierci i niemożliwości uzyskania nieśmiertelności. Jednak nawet to jesteśmy w stanie przeżyć, żeby zobaczyć pełną gracji walkę z systemem w wykonaniu duetu Amanda Seyfield - Justin Timberlake. I chociaż nie mają finezji Bonny i Clyde'a, ich nieustanną bieganinę ogląda się przyjemnie. A kiedy dodamy do tego troche niewykorzystanego Cilliana Murphy'ego, serialowe gwiazdki - Vincent Kartheiser ("Mad Men"), Johnny Galecki ("Big Bang Theory") oraz idola nastolatek w zupełnie nowym emploi (Alex Pettyfer) otrzymamy idealny film na niedzielny wieczór.
Mimo trywialności "Wyścig z czasem" pomoże wam nabrać lekkiego dystansu do poniedziałkowego pośpiechu.
Bo czas to nie tylko pieniądz.
piątek, 2 grudnia 2011
Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 1
Uprzejmie przepraszam wszystkich jeśli przekręciłam nieco tytuł, ale takich kombinacji alpejskich to już dawno nie widziałam.
Tak, siadając do tego filmu miałam już swoje wyobrażenia i uprzedzenia. Ale tak dzieje się w przypadku wszystkich filmów, które oglądam i niektóre wychodzą z tej sytuacji obronną ręką. Niestety, "Przed świtem" to film gdzie wszystko jest złe. Aktorstwo jest złe. Scenariusz jest zły. Klimat i scenografia są złe. Podział filmu na dwie części jest zasadny - wiadomo, każdy chce zarobić. W przypadku "Harrego Pottera" to się sprawdziło i pewnie myślano, że tak samo zdarzy się i w tym przypadku. Nic bardziej mylnego. Film stał się rozlazły i frustrujący. Stał się filmem z prymitywnym montażem i bezsensownymi skrótami fabularnymi. Nie znalazłam tam nic godnego uwagi. To niepodpada nawet pod kamp.
To po prostu niezwykle naiwny i frustrujący mormoński moralitet, który w pierwszej połowie sublimuje seksualne obawy nastolatek przed inicjacją, a w drugiej wmawia, że aborcja jest zła i be. Oczywiście robi to w atrakcyjnym i modnym wampirycznym stylu skrępowanego strachem i niepewnością nieśmietelnego impotenta.
Wszystkie legendy jakie słyszeliście o tym filmie są prawdziwe. (SPOILER ALERT!) Tak, ciąża wyżera Bellę od środka. Tak, Edward przegryza pępowinę. Tak, Jacob ściąga koszulkę już w pierwszej minucie filmu.
Ale tak naprawdę nieważne co tu napiszę. Ten film i tak odniesie sukces finansowy, w niektórych kręgach zostanie okrzyknięty estetycznym i kultowym wydarzeniem roku. Syzyfowa praca.
Tak, siadając do tego filmu miałam już swoje wyobrażenia i uprzedzenia. Ale tak dzieje się w przypadku wszystkich filmów, które oglądam i niektóre wychodzą z tej sytuacji obronną ręką. Niestety, "Przed świtem" to film gdzie wszystko jest złe. Aktorstwo jest złe. Scenariusz jest zły. Klimat i scenografia są złe. Podział filmu na dwie części jest zasadny - wiadomo, każdy chce zarobić. W przypadku "Harrego Pottera" to się sprawdziło i pewnie myślano, że tak samo zdarzy się i w tym przypadku. Nic bardziej mylnego. Film stał się rozlazły i frustrujący. Stał się filmem z prymitywnym montażem i bezsensownymi skrótami fabularnymi. Nie znalazłam tam nic godnego uwagi. To niepodpada nawet pod kamp.
To po prostu niezwykle naiwny i frustrujący mormoński moralitet, który w pierwszej połowie sublimuje seksualne obawy nastolatek przed inicjacją, a w drugiej wmawia, że aborcja jest zła i be. Oczywiście robi to w atrakcyjnym i modnym wampirycznym stylu skrępowanego strachem i niepewnością nieśmietelnego impotenta.
Wszystkie legendy jakie słyszeliście o tym filmie są prawdziwe. (SPOILER ALERT!) Tak, ciąża wyżera Bellę od środka. Tak, Edward przegryza pępowinę. Tak, Jacob ściąga koszulkę już w pierwszej minucie filmu.
Ale tak naprawdę nieważne co tu napiszę. Ten film i tak odniesie sukces finansowy, w niektórych kręgach zostanie okrzyknięty estetycznym i kultowym wydarzeniem roku. Syzyfowa praca.
piątek, 25 listopada 2011
"Psy"
Za sprawą tego filmu łamię zasadę decorum rządzącą moim blogiem i piszę o filmie sprzed 20 lat. Amazing.
Epoka tranformacji ustrojowej kojarzy mi się z brzydkimi marynarkami i kasetami video. Moi rodzice, kierując się troską o mój prawidłowy rozwój mentalno-emocjonalny zawsze twierdzili, że "Psy" to zbyt ostry film, i idź już dziecko lepiej oglądaj Van Damme'a. ("Uniwersalny żołnierz". Ah.)
Pewnie dlatego teraz, w roku 2011, ten film tak na mnie wpłynął. Nie mogłam oderwać się od wspaniałych, industrialnych zdjęć Edelmana, cwaniackich dialogów, lejącej się hektolitrami wódki i wstrętnych gierkowskich wystrojów wnętrz. Franz Maurer, anachroniczny, poruszający się w szarej strefie moralności, choć nadal idealny mężczyzna, który wypowiada niezapomniane dialogi polskiego kina i bez skrupułów jest w stanie zabić swojego najlepszego przyjaciela "w imię zasad, skurwysynie."
Jak to się stało, że polska kinematografia ewoluowała z "Psów" w kierunku "To nie tak jak myślisz kotku", "Wyjazdu integracynego" czy innego niezpomnianego dzieła z Piotrem Adamczykiem i Tomaszem Karolakiem? Czy rzeczywiście posunęliśmy się naprzód? Czy rzeczywiście bardziej zaawansowane technologicznie znaczy lepsze?
Absolutnie bezsensowny post, nie posuwający akcji bloga do przodu. Zaleca się wyciąć podczas montażu.
Epoka tranformacji ustrojowej kojarzy mi się z brzydkimi marynarkami i kasetami video. Moi rodzice, kierując się troską o mój prawidłowy rozwój mentalno-emocjonalny zawsze twierdzili, że "Psy" to zbyt ostry film, i idź już dziecko lepiej oglądaj Van Damme'a. ("Uniwersalny żołnierz". Ah.)
Pewnie dlatego teraz, w roku 2011, ten film tak na mnie wpłynął. Nie mogłam oderwać się od wspaniałych, industrialnych zdjęć Edelmana, cwaniackich dialogów, lejącej się hektolitrami wódki i wstrętnych gierkowskich wystrojów wnętrz. Franz Maurer, anachroniczny, poruszający się w szarej strefie moralności, choć nadal idealny mężczyzna, który wypowiada niezapomniane dialogi polskiego kina i bez skrupułów jest w stanie zabić swojego najlepszego przyjaciela "w imię zasad, skurwysynie."
Jak to się stało, że polska kinematografia ewoluowała z "Psów" w kierunku "To nie tak jak myślisz kotku", "Wyjazdu integracynego" czy innego niezpomnianego dzieła z Piotrem Adamczykiem i Tomaszem Karolakiem? Czy rzeczywiście posunęliśmy się naprzód? Czy rzeczywiście bardziej zaawansowane technologicznie znaczy lepsze?
Absolutnie bezsensowny post, nie posuwający akcji bloga do przodu. Zaleca się wyciąć podczas montażu.
czwartek, 17 listopada 2011
"Niebezpieczna metoda"
Film uparcie twierdzi, że górskie, szwajcarskie pałacyki generują patologie i seksualne dewiacje, podobnie jak amerykańskie domki na przedmieściach.
Opresyjna seksualność, w naszych czasach, to dość mainstreamowy temat. Dlatego bez zanurzenia w epokę Freuda, nie jesteśmy w stanie zrozumieć skandaliczności (i nowatorstwa) jego teorii. Niestety film nie gwarantuje nam klimatu tamtych czasów. Gwarantuje nam za to lejącą się z ekranu cukierkowość i tyrolską malowniczość. Ma nam uzmysłowić, że każda idylla ma swojego trupa w szafie, którym czasem jest pozamałżenski romans, a czasem analna fiksacja. Film potwierdza też nieśmiałe teorie jakoby to psychiatrzy byli ludźmi z problemami, a każdy aktor (w tym przypadku aktorka) marzy o roli wariata.
W filmie mało się dzieje, ale wiele się mówi, niestety bez specjalnie ciekawej puenty i błyskotliwych dialogów. Michael Fassbender jest kompletnie bezbarwny, Viggo Mortensen próbuje nadać swojej postaci bardziej ludzki wymiar, choć nie odnosi pełnego sukcesu, a u Keiry Knightley najbardziej porusza ekstremalnie wysunięta dolna szczęka i przedziwny akcent. Zniknął gdzieś unikalny styl Cronenberga! Pora umierać.
Opresyjna seksualność, w naszych czasach, to dość mainstreamowy temat. Dlatego bez zanurzenia w epokę Freuda, nie jesteśmy w stanie zrozumieć skandaliczności (i nowatorstwa) jego teorii. Niestety film nie gwarantuje nam klimatu tamtych czasów. Gwarantuje nam za to lejącą się z ekranu cukierkowość i tyrolską malowniczość. Ma nam uzmysłowić, że każda idylla ma swojego trupa w szafie, którym czasem jest pozamałżenski romans, a czasem analna fiksacja. Film potwierdza też nieśmiałe teorie jakoby to psychiatrzy byli ludźmi z problemami, a każdy aktor (w tym przypadku aktorka) marzy o roli wariata.
W filmie mało się dzieje, ale wiele się mówi, niestety bez specjalnie ciekawej puenty i błyskotliwych dialogów. Michael Fassbender jest kompletnie bezbarwny, Viggo Mortensen próbuje nadać swojej postaci bardziej ludzki wymiar, choć nie odnosi pełnego sukcesu, a u Keiry Knightley najbardziej porusza ekstremalnie wysunięta dolna szczęka i przedziwny akcent. Zniknął gdzieś unikalny styl Cronenberga! Pora umierać.
wtorek, 1 listopada 2011
"Służące"
Jak pokazał "Obywatel Milk" da się robić dobre filmy o dyskryminacji i problemach społecznych. "Służącym" sporo do tego wzoru brakuje. Dla wszystkich zrozumiała jest waga przedstawionego problemu, ale filmowi nie zaszkodziłaby odrobina dynamizmu (i nieco krótszy metraż). Zwiastun przekonuje znacznie bardziej. Jedyne wnioski z filmu: autentyczność to cecha czarnych, a nonkonformizm, choć jest trudny, to jest również opłacalny.
Warto sobie jednak uświadomić, że fundamenty amerykańskiego snu są mocno ubrudzone i ten film, szturchając i ciągnąc za rękaw jak upierdliwe dziecko, nam o tym przypomina.
Premiera kinowa: 4.11.2011
Warto sobie jednak uświadomić, że fundamenty amerykańskiego snu są mocno ubrudzone i ten film, szturchając i ciągnąc za rękaw jak upierdliwe dziecko, nam o tym przypomina.
Premiera kinowa: 4.11.2011
Subskrybuj:
Posty (Atom)