czwartek, 6 października 2016

Tłuste podróże: Holandia

Nieoczekiwany sukces moich wynurzeń na temat krajów nadbałtyckich dostarczył mi motywacji do opisania spontanicznej wizyty w Holandii. Tak na prawdę to bzdura - alternatywą jest  przecież przygotowywanie artykułu o postsekularyzmie, a jak wiemy prokrastynacja to jedno z najbardziej niezwykłych wynalazków ludzkości. Ale i tak dziękuję, że czytacie! 

Nigdy nie chciałam pojechać do Holandii. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu krajowi, ani jego mieszkańcom, ale zawsze zdawało mi się, że istnieje wiele ciekawszych miejsc, które wolę zobaczyć w pierwszej kolejności. A jak starczy mi życia, to może kiedyś odwiedzę Niderlandy. Rzeczywistość okazała się jednak jak zwykle zaskakująca i kiedy koleżanka zaproponowała mi wyjazd do krainy tulipanów, nie zastanawiałam się długo nad odpowiedzią. 


Wylądowałyśmy na lotnisku w Einhoven, 30km od miasteczka 's-Hertogenbosch będącego celem naszej podróży. To liczące 143 tysiące mieszkańców miasto w skrócie nazywane Den Bosch (co znacznie ułatwia sprawę turystom) znane jest przede wszystkim jako miejsce urodzenia Hieronima Boscha. Podczas spacerów z łatwością można natknąć się na powiększone i wyeksponowane detale z jego dzieł.



Muzeum dzieł Boscha niestety w mieście nie ma. Jest co prawda multimedialne show inspirowane jego twórczością i możliwość podziwiania jej w VRze, ale same prace rozrzucone są po całym świecie przez co niestety nie można ich zobaczyć w rodzinnym mieście artysty. Szkoda. Dem Bosch posiada jednak inne zalety, wśród których przoduje odrestaurowana sieć kanałów przepływających pod miastem. Można je zwiedzić dzięki lokalnemu stowarzyszeniu organizującemu godzinne podziemne rejsy, wzbogacane zabawnymi komentarzami przewodnika - niestety całkowicie w języku holenderskim. 



Ponadto Dem Bosch zachwyca katedrą (można ją zwiedzać "z powietrza" czyli z poziomu dachu), uroczymi starymi kamieniczkami i nocnym życiem. Z powodu rychłego zamążpójścia jednej z moich towarzyszek (gratulacje!) miałam okazję zobaczyć jak wygląda typowe holenderskie "party". Część kawiarni w weekendowe wieczory opróżniana jest z krzeseł i stolików, co pozwala na stworzenie w ich wnętrzu wielkiego danceflooru. Ludzie przechadzają się po ulicy z piwem i drinkami, a mijający ich policjanci uważnie przyglądają się lokalom o awanturniczej renomie. We wnętrzu klubów panuje przeraźliwy ścisk, a piwo sprzedaje się w szklankach o mikroskopijnej pojemności (0,2l?), z którymi rzekomo łatwiej jest tańczyć. 


Akurat podczas naszego pobytu zabytkowy rynek miasta zajęty był przez wesołe miasteczko - odważnie wciśnięte pomiędzy kamienice. Imponującej wielkości wahadło zdawało się na centymetry mijać z oknem jednego z hoteli. 


Korzystając z okazji pojechaliśmy do Amsterdamu, gdzie udało nam się nie zginąć pod kołami tryliona rozpędzonych rowerów. Bez większego problemu znaleźliśmy miejsce parkingowe i rozpoczęliśmy zwiedzanie, polegające na krążeniu po uliczkach miasta i raczeniu się najróżniejszymi miejscowymi specjałami. Zakochaliśmy się przede wszystkim w stroopwaflach - podawanych na ciepło korzennych waflach przekładanych kremem karmelowym. 


Pełni obaw udaliśmy się też do dzielnicy czerwonych latarni (De Wallen), gdzie ze zdumieniem przyglądaliśmy się wystawionym na sklepowych wystawach paniach wszystkich kolorów i rozmiarów. Weszliśmy też do sklepu oferującego niezwykły wybór prezerwatyw. Ponownie - we wszystkich kolorach i rozmiarach. 


Zupełnie innym doświadczeniem była jednodniowa wycieczka do Rotterdamu będącego istnym wet dreamem szalonego architekta. Miasto to zostało niemal całkowicie zburzone podczas II wojny światowej, jednak w przeciwieństwie do Warszawy, odbudowano je w zupełnie nowym i oryginalnym stylu. Uwagę przykuwa postmodernistyczna biblioteka, imponująca hala targowa, nowoczesny dworzec kolejowy i zaprojektowane przez Pieta Bloma kubistyczne domki. 





A teraz jak w bajce - morał i nauki. Czego nauczyła mnie wycieczka do Holandii? Z pewnością tego, że nie w każdym kraju seks stanowi temat tabu. Że można w centrum zabytkowego miasta wystawić pomnik ciężko pracującym prostytutkom, którym tak samo jak każdemu należy się szacunek. No i oczywiście tego, że holenderski syrop karmelowy idealnie pasuje do naleśników z bekonem.


poniedziałek, 3 października 2016

Tłuste podróże: Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia

Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Holandia, Węgry, Rumunia i Bułgaria. Tegoroczne wakacje wypadły wyjątkowo międzynarodowo i jedynie odrobinę filmowo. Może jest to próba poradzenia sobie z definitywnie kończącym się beztroskim okresem studiów, a może po prostu wynik oportunistycznego sposobu myślenia.


Pomysł na pierwszą z wycieczek narodził się z okazji Światowych Dni Młodzieży, które postanowiliśmy obchodzić szerokim łukiem. Niestety, po wstępnych kalkulacjach szybko doszliśmy do wniosku, że nasze kieszenie nie są jeszcze wystarczająco głębokie by sprostać finansowym wymaganiom krajów skandynawskich. Dlatego ostatecznie wybraliśmy opcję bardziej "budżetową" - wycieczkę po byłych radzieckich republikach nadbałtyckich czyli Litwie, Łotwie i Estonii.

Nie odcięliśmy się całkowicie: relacje z ŚDMu śledziliśmy w Tallinie. 
Pomiędzy krajami poruszaliśmy się autobusami (LuxBus, Eurolines, Ecolines) i niestety mieliśmy jedynie czas na zwiedzenie stolic. Pierwsza z nich, Wilno, zrobiła na nas najmniejsze wrażenie. Być może była to zasługa deszczowej pogody, a może kiepskiego hostelu o oknach wychodzących na nieformalną bazę wileńskich prostytutek, które mieliśmy możliwość podglądać przy pracy. Ze wszystkich obowiązkowych punktów wizyty w mieście Ostrej Bramy, polecam szczególnie wyjście (lub wyjazd kolejką) na Górę Giedymina zwaną również Zamkową. Przy dobrej pogodzie Wilno prezentuje się z niej nadzwyczaj dumnie i nowocześnie.


Dzięki wspaniałej przewodniczce (będącej również kandydatką do litewskiego parlamentu - powodzenia w nadchodzących wyborach!) doświadczyliśmy również odrobiny nocnego życia Wilna. W dotychczas opuszczonych i zaniedbanych lokalach młodzi Wileńczycy otwierają modne, hipsterskie bary i kawiarnie, które pod wieloma względami przypominają te znane z ojczystego podwórka. Ponadto wszędzie można wypić rozmaite piwa z małych browarów - piwna rewolucja panuje również tu!


Byliśmy też w karaimskich Trokach, których główną atrakcją jest malowniczo położony zamek. To piękne miejsce nadaje się przede wszystkim do fotografowania i spacerowania - wystawa w samym (zrekonstruowanym) zamku jest średnio interesująca i z czystym sumieniem można sobie ją odpuścić.


Drogę do Rygi okupiliśmy licznymi stanami przedzawałowymi. Zasady ruchu drogowego zdają się jedynie drobną sugestią dla łotewskich kierowców, wprost uwielbiających wyprzedzanie na trzeciego, a nawet czwartego. Pobocze traktowane jest jako dodatkowy pas, co pozwala na wykonywanie niezwykle ryzykownych manewrów. Mało brakowało, a nasze "pojechanie do Rygi" nabrałoby także powszechnie przyjętego, metaforycznego znaczenia.


Samo miasto było bardzo miłym zaskoczeniem. Śliczne stare centrum, w dużej mierze odrestaurowane po wojnie, otaczają ruchliwe ulice pełne niezwykłej urody kamienic - przede wszystkim secesyjnych. Szczególnie wrażenie robią budynki na ulicy Alberta (łot. Alberta iela) zaprojektowane przez ojca Siergieja Eisensteina, niegdyś głównego architekta miasta Rygi.



Po przeciwnej stronie przepływającej przez Rygę Dźwiny, znajdują się nieco inne budowle. Przede wszystkim monumentalna i odrobinę przerażająca Biblioteka Narodowa Łotwy, mieszcząca się w nowiutkim gmachu (2014) zaprojektowanym przez Gunnara Birkertsa.


Sama Dźwina wydaje się być czysta i zdatna do kąpieli. Jest przy niej regularna plaża z ratownikiem, przebieralniami i prysznicami. Jednak choć temperatura zachęcała do skorzystania z tej infrastruktury, wyraźnie rdzawy kolor wody odwiódł nas od tego pomysłu. 


Nieco dalej trafiliśmy na kolejnego kolosa: 79-metrowy pomnik zwycięstwa Armii Czerwonej. Dla podkreślenia jego rozmiarów, wykonałam zdjęcie poglądowe. Ta mała niebieska kropka po lewej stronie to Janek. Można się zżymać, ale nie da się zaprzeczyć, że Związek Radziecki potrafił tworzyć konstrukcje budzące respekt oraz wywołujące dziwną mieszankę podziwu, obrzydzenia i strachu. Dodam jeszcze, że pomnik otacza zaniedbany, ale niezwykle przemyślany park oraz sztuczne jezioro.


W poszukiwaniu czystej wody i plaży (niezbędnego elementu wakacji) pojechaliśmy podmiejskim pociągiem do Jurmały, słynnego radzieckiego kurortu, gdzie swoje brzuchy wystawiali do słońca Chruszczow i Breżniew. Malownicze wybrzeże, słoneczna pogoda i pomysłowo zamontowane na plaży ławki były znakomitą okazją do odpoczynku po miejskiej bieganinie.


Wstyd się przyznać, ale nasza wiedza o Łotwie ograniczała się dotychczas do internetowych memów o halucynacjach z niedożywienia i mglistym przekonaniu o niechlubnej roli odegranej przez Łotyszy podczas II wojny światowej. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Ryga jest przepięknym miastem, zdecydowanie wartym naszego cennego czasu, a Łotysze to dumny mały naród, z którym łączy nas niejedno. Koniecznie jeźdźcie do Rygi!


Tallinn miał być najbardziej egzotycznym miastem na naszej trasie. O Estonii wiedzieliśmy tylko tyle, że jest bardzo zaawansowaną technologicznie ojczyzną Skype'a, a jej prezydent nosi śmieszną muchę. Niestety plotka o darmowym internecie wszędzie się nie sprawdziła. Sprawdziło się natomiast przekonanie o ogromnej mniejszości rosyjskiej, którą mieliśmy okazję oglądać codziennie rano - nasza mikroskopijna kawalerka znajdowała się, w co tu dużo mówić, rosyjskiej pato-dzielnicy. Nieustannie śledziły nas oczy lokalsów, podniesione leniwie znad porannego kufla taniego piwa. Po Tallinnie poruszaliśmy się komunikacją miejską - za 6 euro kupiliśmy pięciodniową kartę miejską, pozwalającą nam na korzystanie z rozbudowanej sieci tramwajów, autobusów i trolejbusów.


Samo miasto pod wieloma względami przypomina Rygę - oba należały wszak do obszaru działalności słynnej Hanzy. Widoczna na zdjęciu poniżej średniowieczna wieża jest pozostałością po dawnym zamku (na miejscu którego stoi obecnie estoński parlament) oraz narodowym symbolem Estonii. Codziennie rano, przy dźwiękach hymnu, uroczyście wciąga się na nią sztandar, by wieczorem ściągnąć go przy dźwiękach innej narodowej pieśni.


Nie zastanawialiśmy się długo, kiedy zaoferowano nam darmową wycieczkę po estońskim parlamencie. Oprowadzający nas Przewodnik z wielką swadą przekonywał o zaletach mieszkania w Estonii, opowiadał o systemie wyborczym, problemach społecznych (nie chcąca się asymilować mniejszość rosyjska) i informatyzacji. Wprowadził nas też do sali obrad, która ku naszemu zdziwieniu okazała się być świetnym przykładem ekspresjonizmu w architekturze.



Miejscem nieco oddalonym od centrum jest dzielnica Kadriorg, znana przede wszystkim za sprawą barokowego pałacu, zbudowanego przez Piotra Wielkiego. Jego krzykliwe kolory i niewątpliwa kiczowatość skutecznie odstraszyły nas od zwiedzania wnętrz, mieszczących obecnie Muzeum Sztuki. Ale zdjęcie (#nofilter) powędrowało na Instagrama.



Chroniąc się przed nadchodzącym deszczem, swoje kroki skierowaliśmy do pobliskiego muzeum sztuki nowoczesnej - KUMU, w którym najciekawszym elementem jest sam budynek, bardzo pomysłowo wtopiony w pobliskie wzgórze.


Ostatnim etapem naszej podróży była jednodniowa wycieczka do Helsinek. Z Talllinna codziennie odchodzi niezliczona ilość promów w kierunku fińskiej stolicy (my wybraliśmy ofertę giganta branży, firmy Tallink). Trudno zwiedzić lub nawet pobieżnie ogarnąć tak wielkie miasto jak Helsinki w kilka godzin. Mogę powiedzieć jedynie bardzo ogólnie, że nasze wrażenia były zdecydowanie pozytywne. Podobała nam się zadbana Esplanada, klasycystyczna katedra, dworzec kolejowy w stylu Art Deco, szerokie ulice i place. Muszę jednak przyznać, że powstały na niegdysiejszym cmentarzu park, obecnie służący głównie jako arena walk Pokemonów, wykroczył nieco poza moje polskie możliwości poznawcze.




Tak wyglądała podróż pierwsza. Podróż druga (Holandia) i trzecia (Węgry, Rumunia, Bułgaria) zostanie opisana wkrótce, jak tylko zbiorę potrzebną ku temu motywację.




środa, 24 sierpnia 2016

"Śmietanka towarzyska" / "Sausage Party"

To zaskakujące połączenie WCALE nie wynika z lenistwa (Obama, help!), lecz stanowi moje małe podsumowanie dwóch, najgłośniejszych komedii tegorocznych wakacji, które są od siebie tak różne, jak tylko jest to możliwe.

"Śmietanka towarzyska" / "Cafe Society"

Zapowiedź najnowszego filmu Woody'ego Allena, pewnie niejeden skwitował wzruszeniem ramion i głośnym westchnięciem. Nie ma się co dziwić - ostatnie produkcje Nowojorczyka były ogromnym rozczarowaniem, a Nieracjonalnego mężczyznę (2015) właściwie nie dało się oglądać. Dlatego też Śmietanka towarzyska jest miłym zaskoczeniem, potwierdzającym, że Allen mimo 80 lat na karku nadal kocha filmy i chce je kręcić. Jego miłość do kina jest tu manifestowana podwójnie, również poprzez osadzenie akcji filmu w klasycznym Hollywood lat 30. 


Młody Bobby (neurotyczny jak zawsze Jesse Eisenberg) wyjeżdża z rodzinnego Nowego Jorku, gdzie jedyną drogą życiową jest dla niego pomaganie ojcu, zgryźliwemu złotnikowi lub praca z bratem gangsterem. Przyjeżdża więc do słonecznej Kalifornii, by tam zatrudnić się firmie wuja (Steve Carell), agenta najsłynniejszych gwiazd Hollywood. Zagubiony w Fabryce Snów zyskuje ujmującego przewodnika w osobie sekretarki Vonnie (zaskakująco dobra Kristen Stewart), która odkrywa przed chłopakiem niejedną tajemnicę skąpanego w słońcu Miasta Aniołów. 


Można się zżymać, że Śmietanka towarzyska jest cukierkowym wyrazem tęsknoty za klasycznym Hollywood, co podkreślają miękkie jak puchowa poduszka zdjęcia Vittorio Storaro. Jednak nawet jeśli to prawda, to najnowsza produkcja Allena, zbudowana jak Bóg przykazał, wciąga nas do reszty w świat blichtru i wdzięku oraz skutecznie oczarowuje na 96 minut projekcji. 



"Sausage Party" 

Tłumacząc fabułę filmu kilku zainteresowanym, sięgałam najczęściej do następującej analogii:"to takie Toy Story dla dorosłych, tylko, że o jedzeniu". Koncept Sausage Party rzeczywiście jest intrygujący, choć brzmi nieco jak narkotyczna wizja bandy spalonych nastolatków: a co jeśli jedzenie czuje (a kamienie są tak na prawdę miękkie, tylko się stresują i twardnieją jak je dotykamy)? 


Akcja Sausage Party rozgrywa się w supermarkecie, zamieszkiwanym przez szczęśliwe produkty (nie tylko spożywcze - wśród bohaterów znajdują się również papier toaletowy i żel intymny), które marzą o byciu zakupionym i przejściu do innego, lepszego świata. Nie spodziewają się, że zamiast krainy wiecznej szczęśliwości czeka na nie jedynie bezwzględny konsumpcjonizm, który wyciśnie z ich opakowań/tubek/paczek ostatnie soki, a następnie wyśle na cmentarne wysypisko. Niekoherentność światopoglądu hurraoptymistycznego asortymentu sklepowego 
odczuwa wyraźnie parówka Frank i postanawia za wszelką cenę poznać straszną prawdę. 


Sausage Party pewnie dałoby się traktować jako przypowieść o naszej bezmyślnej i nieograniczonej konsumpcji lub nawet metaforę zwodzących naiwnych wiernych wielkich systemów religijnych. Tego rodzaju potencjał jednak gubi się w gąszczu międzyproduktowych orgii, przekleństw chętnie wypowiadanych przez Franka i jego kompanów oraz seksualno-fizjologicznych żartów, które (jak stwierdziłam ku własnemu zaskoczeniu) są w większości dość udane. 


Dlatego choć trudno uznać Sausage Party za komedię dla całej rodziny lub wyrafinowaną rozrywkę dla wymagających, przy sporej dozie dystansu i tolerancji można się na tym seansie całkiem nieźle bawić. Choć awersja do parówek gwarantowana!  


wtorek, 16 sierpnia 2016

Letnia Akademia Filmowa 2016

Nieprzerwanie wszem i wobec będę promować ideę jedynego w swoim rodzaju festiwalu filmowego czyli Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu. To event iście wakacyjny - chodzenie na filmy można przeplatać goframi, pływaniem w jeziorze, piciem piwa z lokalnego browaru oraz wycieczkami pieszymi i rowerowymi po pobliskim Roztoczańskim Parku Narodowym. Mimo to filmy nie schodzą tu na dalszy plan - organizatorzy co roku ściągają do serca Roztocza festiwalowych laureatów, warte nadrobienia klasyki, a także kinowe hity.


W tym roku moje możliwości widzowskie były nieco ograniczone z powodu zasiadania w Jury Ogólnopolskiego Konkursu Prelegentów Filmowych. Ocenianie okazało się być równie stresującym wyzwaniem jak samo prelegowanie, jednak na całe szczęście zadanie ułatwiali sami prelegenci, w znacznej większości prezentując imponujące umiejętności retoryczne. Pozwolę sobie po raz enty pogratulować tegorocznym zwyciężczyniom: laureatce głównej nagrody Jury, Karolinie Przeklasie oraz ulubienicy tłumów i zdobywczyni nagrody publiczności, Joannie Łuniewicz. Biada szowinistom, twierdzącym, że kobiety nie potrafią mówić o filmach!


Jeśli chodzi o filmowe perełki, udało mi się wytropić w Zwierzyńcu koreański dokument Nie opuszczaj mnie (2014, reż. Mo-young Jin), który doprowadził do rzewnego płaczu niemal całą salę kinową (włączenie ze mną). Ze względu na ograniczoną ilość chusteczek w pobliżu oraz możliwe zarzuty nieprofesjonalizmu, nie będę się zbytnio rozpływać i powiem jedynie, że film w przejmujący sposób opowiada o małżeństwie staruszków, któremu przychodzi się zmierzyć z ciężką chorobą. Szczególne wrażenie wywołuje dociekliwość twórców oraz ich bliskość z bohaterami: filmowcy towarzyszą im w codziennych czynnościach, nie odstępując ani na krok, nawet w najtrudniejszych i najbardziej intymnych chwilach. To robi wrażenie. 


Drugim zwierzynieckim hitem jest dla mnie Ragtime (1981) Milosa Formana, w którym po mistrzowsku przeplatają się wątki czarnego muzyka, arystokratycznej rodziny, młodej aktorki (w tej roli młodziutka Elizabeth McGovern) i żydowskiego emigranta, składające się na niezwykły portret amerykańskiego społeczeństwa na samym początku XX wieku. 

Elizabeth McGovern
Udało mi się też dostać na niezwykle oblegany seans Kampera, który okazał się być przyzwoitym, choć nieco niezdecydowanym filmem. Miejscami mocno nijaki, wydaje się dzielić wiele wad ze swoich głównym bohaterem - zwłaszcza nieumiejętność podejmowania decyzji. Trzeba jednak przyznać, że twórcy Kampera mają świetne ucho do dialogów, które są niezwykle naturalne i codzienne, potrafią też trafnie oddać nierzadko wydumane problemy pokolenia +/- współczesnych 30latków. Jest to umiejętność (obok wielu innych), której zdecydowanie brakuje Przemysławowi Wojcieszkowi, reżyserowi prezentowanego w Zwierzyńcu filmu Knives Out


Przed Wojcieszkiem ostrzegał mnie już niejeden, mimo to zdecydowałam się pójść i na własne oczy przekonać, czy rzeczywiście może on zostać uznany za jednego z najgorszych polskich reżyserów. Odpowiedź na to pytanie jest zdecydowanie twierdząca.


Knives Out opowiada o grupie młodych ludzi, którzy spotykają się na suto zaprawianej alkoholem imprezie, podczas której dają wyraz swoim frustracjom, ksenofobii, nietolerancji i ogólnie rozumianej cebulastości. Film jest źle zmontowany, przeraża dźwiękiem (basy łamiące żebra), zdjęciami, dialogami oraz myślą, że Wojcieszek nadal kręci filmy. Jednak nawet on nie przeszkodzi mi w ponownym przyjeździe do Zwierzyńca. 

Do zobaczenia za rok!


piątek, 5 sierpnia 2016

"Legion samobójców" / "Suicide Squad"

Znacznie bardziej wolałam czasy, kiedy produkcji superbohaterskich było mniej, przez co niemal wszystkie były przemyślane i dopracowane do tego stopnia, że oglądało się je z niekłamaną przyjemnością. Teraz tytułów opartych na komiksach o postaciach z supermocami jest zdecydowanie za dużo i niestety wiele z nich staje się jedynie bezmyślnymi kontynuatorami mody, a niepełnoprawnymi filmami, na który warto poświęcić swój czas. Tak niewątpliwie było w przypadku kuriozalnego i okropnego Batmana v Supermana oraz bezsensownego (choć posiadającego perełki w rodzaju Michaela Fassbendera mówiącego po polsku) X-men: Apocalypse. Niestety wchodzący właśnie na ekrany Legion Samobójców samoczynnie i na własne życzenie wpada do tej samej, niechlubnej kategorii, choć zastrzegam - jest odrobinę lepiej. 


Ryzykowna identyfikacja wizualna i szata graficzna materiałów promocyjnych, skąpana w toksycznych odcieniach fluorescencyjnych laserów i neonów od początku wydawała mi się trudna do zaakceptowania, ale przełknęłam ją, tłumacząc wszystko przyjętą konwencją. Kiedy opowiada się historię specjalnego oddziału stworzonego z najgorszych przestępców, trudno oczekiwać, że wszystko będzie ładne i gładkie. 


Jednak to nie kolory stanowiły problem, lecz (jak to często bywa ostatnimi czasy) scenariusz. Dopisane na siłę gagi, błyskotliwe, ale nie pasujące do aktualnie rozgrywających się na ekranie scen dialogi i łopatologiczne komentarze powodują, że Legion samobójców staje się nieznośnie nierówny, a miejscami wręcz nużący. Sztandarowym przykładem jest zaskakująco długa scena w barze, która zamiast być okazją do słownych utarczek i wyjaśnienia meandrów fabuły, jest zwykłym waleniem przygnębiającej życiówy przy wódce (proszę wybaczyć dosadność). 


Światełkiem w tunelu są aktorzy, którzy próbują zrobić wszystko, aby grane przez nich postacie jakoś wyróżniły się z ogromnego tłumu przewijających się na ekranie bohaterów. Najlepiej udaje się to Margot Robbie, wcielającej się w postać szalonej Harley Queen, która kradnie reszcie obsady niemal każdą scenę. Nieźle wypada też Will Smith jako nieomylny snajper Deadshot, choć jego sceny z córeczką należą do najgorszych w filmie. 


Największym obsadowym rozczarowaniem Legionu Samobójców jest Jared Leto w roli legendarnego Jockera. W tym wydaniu ponury błazen nie jest hipnotyzującym i nieprzewidywalnym psychopatą, ucieleśniającym nasze lęki i obsesje. Ten Jocker jest szczerzącym metalowe zęby wariatem o sztucznym śmiechu, który choć ma na swoje rozkazy większość lokalnych przestępców, woli leżeć na podłodze swojego apartamentu otoczony ostrymi przedmiotami. 


Myślę, że z łatwością znajdziecie coś lepszego do oglądania niż Legion Samobójców