premiera: 22 stycznia
Historia pierwszego transseksualisty, duńskiego malarza Einara Wegenera (Eddie Redmayne) rozgrywa się w szalonych latach dwudziestych w Europie, w wyjątkowo wyrozumiałym środowisku artystów, którzy przymykają oko na początkowe przebieranki mężczyzny. Nawet jego żona Gerda (Alicia Vikander), rozbawiona perspektywą posiadania partnera przekraczającego normy społeczne, bierze udział w tym prowokacyjnym przedstawieniu. Z czasem jednak, małżeństwo orientuje się, że powrót do stanu pierwotnego nie jest już możliwy, a Einar znacznie lepiej czuje się jako Lili, swoje kobiece alter ego.
Dziewczyna z portretu, najnowszy film Toma Hoppera, reżysera Jak zostać królem i Nędzników, nie szuka sensacji i pokazuje problem Einara/Lili nie jako dewiację czy przejaw deprawacji, lecz swojego rodzaju chorobę, którą można wyleczyć poprzez naprawienie błędu natury. Niestety ówczesny stan medycyny powodował, że lekarstwo to było niezwykle trudno osiągalne i pionierskie. Film traktuje kontrowersyjny dla wielu temat z ogromną delikatnością, która niestety często powoduje, że prezentowane na ekranie przepiękne kadry nudzą i pozostawiają wrażenie ślizgania się po powierzchni całej sprawy.
Będącemu kwintesencją budzącej się kobiecości Eddiemu Redmayne, show kradnie jego filmowa żona, Alicia Vikander. Ta młoda szwedzka aktorka już od kilku lat zachwyca swoją naturalną urodą i świetną grą, lecz niestety dalej jest niedoceniana i ciągle czeka na wielką rolę. Jej przedsmak dostajemy jednak już w Dziewczynie z portretu, gdzie fenomenalnie wciela się w rolę kochającej (mimo wszystko) żony.
Mimo wielu plusów i kilku znakomitych scen, Dziewczyna z portretu jest przeestetyzowana i przez to niezwykle sztuczna. Jej delikatność wydaje się być jedynie zasługą geniuszu aktorów, a nie wynikiem dobrego scenariusza czy pracy reżysera. I dlatego też, choć jestem zwolennikiem powstawania filmów na każdy, nawet najtrudniejszy temat, uważam, że znacznie lepiej (czytaj: naturalniej i bliżej rzeczywistości) od Dziewczyny z portretu kwestię transpłciowości porusza serial Transparent. Ale oczywiście wszystkie moje zarzuty wobec filmu Toma Hoppera nie przeszkodzą mu w zdobyciu wielu oscarowych nominacji, a być może nawet kilku statuetek.
czwartek, 7 stycznia 2016
czwartek, 31 grudnia 2015
10 subiektywnie najlepszych filmów 2015 roku
Prowadząc bloga (lub przynajmnie udając, że to się robi), nie da się uciec od powszechnej tendencji tworzenia podsumowań i rankingów. Konformistycznie ulegając tej modzie prezentuję 10 subiektywnie najlepszych filmów 2015 roku. Dwie uwagi porządkowe: kolejność filmów jest przypadkowa, a tytuły kwalifikowane były pod względem daty polskiej premiery, a nie roku produkcji.
Choć tytuł filmu kojarzy się z powolną, neomodernistyczną w duchu historią, to Slow West jest pełną akcji i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności (rodem z Fargo) opowieścią o pechu i oporze materii, osadzoną na amerykańskim Dzikim Zachodzie. Obecny ostatnio w co drugim filmie Fassbender daje tu prawdziwy aktorski popis kreując postać szorstkiego awanturnika o złotym sercu.
Już dawno nie widziałam na ekranie tak skomplikowanej i złożonej postaci, jak grany przez Timothy'ego Spalla malarz William Turner, który równocześnie zachwyca talentem, wzbudza współczucie, jak i kompletnie odrzuca grubiańskim zachowaniem.
#1. Slow West, reż. John Maclean
Choć tytuł filmu kojarzy się z powolną, neomodernistyczną w duchu historią, to Slow West jest pełną akcji i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności (rodem z Fargo) opowieścią o pechu i oporze materii, osadzoną na amerykańskim Dzikim Zachodzie. Obecny ostatnio w co drugim filmie Fassbender daje tu prawdziwy aktorski popis kreując postać szorstkiego awanturnika o złotym sercu.
#2. Demon, reż. Marcin Wrona
Zgadzam się, że żydowski wątek w Demonie jest niekonieczny i zdaje się być doczepiony na siłę. Nie przeszkadza mi to jednak w pełnym zachwycie nad ostatnim filmem Marcina Wrony, który nie tylko umiejętnie pokazał polskie przywary, ale również ubrał je w pełen gorzkich żartów kostium gatunkowy.
#3. Sól ziemi, reż. Juliano Ribeiro Salgado, Wim Wenders
#4. Co robimy w ukryciu, reż. Jemaine Clement, Taika Waititi
Wyjątkowo świeża wampiryczna propozycja rodem z Nowej Zelandii. Zrealizowana w formie mockumentu produkcja o skromnym budżecie stanowi skuteczne remedium na traumy po proponowanych przez Hollywood koszmarkach w stylu ekranizacji serii Zmierzch.
#5. Mr. Turner, reż. Mike Leigh
#6. Mad Max: Na drodze gniewu, reż. George Miller
#7. Whiplash, reż. Damien Chazelle
#8. W głowie się nie mieści, reż. Pete Docter
#9. Marsjanin, reż. Ridley Scott
#10. Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy, reż. J.J. Abrams
wtorek, 29 grudnia 2015
"Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" / "Star Wars: The Force Awakens"
Doskonale zdaję sobie sprawę, że jak zwykle nie trafiłam z czasem publikacji posta na temat najnowszych Gwiezdnych wojen. Film widziała już znaczna cześć globu oraz zdecydowanie wszyscy fani, a recenzji, analiz i tekstów publicystycznych pojawiło się całe mnóstwo. Mam jednak jedną przewagę - mogę nie przejmować się specjalnie ogólnoświatowym ruchem antyspoilerowym, jaki rozkwitł przy okazji premiery. Ale mimo to, na wszelki wypadek ostrzegam.
Seans pierwszy, IMAX 3D, bilety zarezerwowane kilka miesięcy wcześniej. Ogólne podniecenie spowodowane wieloletnim oczekiwaniem osiąga poziom dotychczas nieznany ludzkości. Ta niezwykła atmosfera udziela się również mnie, dlatego wybucham nieudawanym płaczem na dźwięk słynnego lejtmotywu Johna Williamsa. Sam film bawi niezłego poziomu żartami, podsyca nostalgiczną naturę oferując ponowne spotkanie z ulubionymi bohaterami i zachwyca wspaniałymi zdjęciami uświadamiającymi nam prawdziwe rozmiary opuszczonych statków.
Nawet młode pokolenie w osobach Rey, Finna i Poe'a sprawuje się nadzwyczaj dobrze, choć tytułowe przebudzenie mocy wychodzi wyjątkowo sztucznie i nieporadnie. Pierwsze miejsce w rankingu kobiet uświadamiających sobie swoją nadnaturalną siłę nadal należy do Elsy z Krainy Lodu. Sorry.
Drugi seans, tym razem w 2D, odsunął na dalszy plan emocje i pozwolił dokładniej przyglądnąć się nowej odsłonie kosmicznej serii. Niestety ujawnił też miałkość i wtórność fabuły - kolejna Gwiazda Śmierci? Serio? Film w standardowej, dwuwymiarowej wersji wizualnie zachwyca znacznie mniej, choć nadal trzyma wysoki poziom, umiejętnie mieszając CGI z plenerami. Również BB-8, powstały na skutek połączenia cech kota, psa i małego dziecka podobnie rozczula kształtem, wiernością oraz zupełnie niemechanicznym poczuciem humoru.
Ale co tu dużo mówić, najnowsze Gwiezdne wojny po prostu trzeba zobaczyć i na własnej skórze poczuć działanie MOCY.
Seans pierwszy, IMAX 3D, bilety zarezerwowane kilka miesięcy wcześniej. Ogólne podniecenie spowodowane wieloletnim oczekiwaniem osiąga poziom dotychczas nieznany ludzkości. Ta niezwykła atmosfera udziela się również mnie, dlatego wybucham nieudawanym płaczem na dźwięk słynnego lejtmotywu Johna Williamsa. Sam film bawi niezłego poziomu żartami, podsyca nostalgiczną naturę oferując ponowne spotkanie z ulubionymi bohaterami i zachwyca wspaniałymi zdjęciami uświadamiającymi nam prawdziwe rozmiary opuszczonych statków.
Nawet młode pokolenie w osobach Rey, Finna i Poe'a sprawuje się nadzwyczaj dobrze, choć tytułowe przebudzenie mocy wychodzi wyjątkowo sztucznie i nieporadnie. Pierwsze miejsce w rankingu kobiet uświadamiających sobie swoją nadnaturalną siłę nadal należy do Elsy z Krainy Lodu. Sorry.
Ale co tu dużo mówić, najnowsze Gwiezdne wojny po prostu trzeba zobaczyć i na własnej skórze poczuć działanie MOCY.
wtorek, 8 grudnia 2015
"W samym sercu morza" / "In the Heart of the Sea"
Nieokiełznana siła żywiołów przeraża i fascynuje człowieka od zarania dziejów. Wzburzone fale oceanu i przecinający je majestatyczny żaglowiec zdają się być jej najlepszym symbolem. Najnowszy film Rona Howarda, W samym sercu morza, funduje nam wiele tego rodzaju obrazów, ale niestety niewiele więcej.
Pochodzący z farmerskiej rodziny Owen Chace (Chris Hemsworth) pragnie zostać kapitanem wielorybniczego statku, jednak marzenie to odbiera mu posiadający szlachecki rodowód żółtodziób Pollard (Benjamin Walker). Konflikt obu mężczyzn szybko schodzi na dalszy plan, gdy okazuje się, że załoga dowodzonego przez nowicjusza okrętu naraża się mściwemu białemu wielorybowi. To właśnie ten bohater, dysponujący szczękami w rozmiarze XXL, o których nie śniło się nawet Spielbergowi i posługujący się metodami wprawiającymi w podziw działaczy Greenpeace'u zainspirował Hermana Mellville'a do napisania "Moby Dicka".
Ron Howard nie broni okrutnych wielorybników, z zimną krwią zabijających potężne morskie ssaki. Pokazuje ich jako ludzi honoru, poważnie traktujących walkę z przyrodą i nie widzących nic zdrożnego w powodowaniu ekologicznej katastrofy. Bardzo wyraziste obrazy oprawiania wielorybów fundowane przez twórcę Pięknego umysłu z pewnością poruszą nawet najbardziej zagorzałych mięsożerców.
Mimo miejscami przejmujących kadrów, W samym sercu morza nuży sflaczałą i rozwleczoną historią, która zamiast zachwycać jak Gniew oceanu, niebezpiecznie zbliża się do intelektualnej mielizny, na której na wieki utknęło Życie Pi. Zrobione na potrzeby wersji 3D zdjęcia, w dwóch wymiarach ujawniają swoją głupawość i tanie efekciarstwo.
W ramach podsumowania, poniżej wymieniam nieliczne zalety filmu:
Pochodzący z farmerskiej rodziny Owen Chace (Chris Hemsworth) pragnie zostać kapitanem wielorybniczego statku, jednak marzenie to odbiera mu posiadający szlachecki rodowód żółtodziób Pollard (Benjamin Walker). Konflikt obu mężczyzn szybko schodzi na dalszy plan, gdy okazuje się, że załoga dowodzonego przez nowicjusza okrętu naraża się mściwemu białemu wielorybowi. To właśnie ten bohater, dysponujący szczękami w rozmiarze XXL, o których nie śniło się nawet Spielbergowi i posługujący się metodami wprawiającymi w podziw działaczy Greenpeace'u zainspirował Hermana Mellville'a do napisania "Moby Dicka".
Ron Howard nie broni okrutnych wielorybników, z zimną krwią zabijających potężne morskie ssaki. Pokazuje ich jako ludzi honoru, poważnie traktujących walkę z przyrodą i nie widzących nic zdrożnego w powodowaniu ekologicznej katastrofy. Bardzo wyraziste obrazy oprawiania wielorybów fundowane przez twórcę Pięknego umysłu z pewnością poruszą nawet najbardziej zagorzałych mięsożerców.
Mimo miejscami przejmujących kadrów, W samym sercu morza nuży sflaczałą i rozwleczoną historią, która zamiast zachwycać jak Gniew oceanu, niebezpiecznie zbliża się do intelektualnej mielizny, na której na wieki utknęło Życie Pi. Zrobione na potrzeby wersji 3D zdjęcia, w dwóch wymiarach ujawniają swoją głupawość i tanie efekciarstwo.
W ramach podsumowania, poniżej wymieniam nieliczne zalety filmu:
Można, ale zdecydowanie nie trzeba. 5/10.
poniedziałek, 30 listopada 2015
"Most szpiegów" / "Bridge of Spies"
Piekielnie nudny, choć historycznie wierny Lincoln? A może kiczowacie rozbuchany i skrajnie naiwny Czas wojny? Most szpiegów, najnowszy film w reżyserii Stevena Spielberga pokazuje, że istnieje trzecia droga.
Owszem, wersja historii prezentowana w filmie osadzonym w mrocznych czasach zimnej wojny jest uproszczona i miejscami sprowadzona do łopatologicznych metafor i porównań. Wrocław, choć z powodzeniem udaje Berlin Wschodni, momentami wygląda tak sztucznie, że aż przypomina teatralną scenografię. (Nawiasem mówiąc, poloników jest w filmie znacznie więcej: autorem zdjęć jest, jak zwykle, Janusz Kamiński, natomiast kostiumy zaprojektowała Kasia Walicka-Maimone)
Jednak, czy to nie są właśnie te elementy, które zawsze u Spielberga kochaliśmy? Słynne zafascynowane oczy osadzone w niewinnych dziecięcych twarzach? Niestety zwłaszcza Czas wojny pokazał jak przerażająco tandetne mogą być spielbergowskie motywy, gdy używa się ich nieumiejętnie i przesadnie.
Zarówno wady Mostu szpiegów jak i poprzednie potknięcia Spielberga stają się zupełnie nieistotne, gdy na ekranie pojawia się nadal porażający swoim naiwnym urokiem Tom Hanks. Tym razem występuje w roli prawnika z USA mającego podobnie mgliste pojęcie na temat realiów życia po drugiej stronie muru, jak przeciętny amerykański widz. Zostaje mianowany naszym przewodnikiem po tym przedziwnym, bilateralnym świecie i po raz kolejny wciela się w bohatera, którego nie da się znielubić - zwykłego, przeciętnego, zajmującego się nudnym tematem ubezpieczeń i odszkodowań, jednak w chwili kryzysu potrafiącego wykazać się niezwykłą determinacją i szlachetnością charakteru.
Most szpiegów cechuje zgrabnie poprowadzona fabuła, która sprawia, że otrzymujemy dwa filmy w jednym, złączone osobą głównego bohatera. W pierwszym, prawnik James Donovan podejmuje się obrony oskarżonego o szpiegostwo na rzecz ZSRR Rudolfa Abla, natomiast w drugim jedzie do Berlina Wschodniego, by tam wynegocjować szczegóły problematycznej wymiany jeńców z komunistami. Warto wspomnieć, że w tworzenie scenariusza zaangażowani byli bracia Coen, co z pewnością wyszło produkcji na zdrowie.
Całość filmu cechuje estetyczna powściągliwość, równowaga, brak jednoznacznych oskarżeń i delikatne sugestie, że obie strony zimnowojennego konfliktu "dały się zwariować". Nawet Zachód w osobie USA oszalał na punkcie prześladowań rzekomych komunistów i szpiegów.
Mądre i proste. Spielberg wraca do formy.
Owszem, wersja historii prezentowana w filmie osadzonym w mrocznych czasach zimnej wojny jest uproszczona i miejscami sprowadzona do łopatologicznych metafor i porównań. Wrocław, choć z powodzeniem udaje Berlin Wschodni, momentami wygląda tak sztucznie, że aż przypomina teatralną scenografię. (Nawiasem mówiąc, poloników jest w filmie znacznie więcej: autorem zdjęć jest, jak zwykle, Janusz Kamiński, natomiast kostiumy zaprojektowała Kasia Walicka-Maimone)
Jednak, czy to nie są właśnie te elementy, które zawsze u Spielberga kochaliśmy? Słynne zafascynowane oczy osadzone w niewinnych dziecięcych twarzach? Niestety zwłaszcza Czas wojny pokazał jak przerażająco tandetne mogą być spielbergowskie motywy, gdy używa się ich nieumiejętnie i przesadnie.
Zarówno wady Mostu szpiegów jak i poprzednie potknięcia Spielberga stają się zupełnie nieistotne, gdy na ekranie pojawia się nadal porażający swoim naiwnym urokiem Tom Hanks. Tym razem występuje w roli prawnika z USA mającego podobnie mgliste pojęcie na temat realiów życia po drugiej stronie muru, jak przeciętny amerykański widz. Zostaje mianowany naszym przewodnikiem po tym przedziwnym, bilateralnym świecie i po raz kolejny wciela się w bohatera, którego nie da się znielubić - zwykłego, przeciętnego, zajmującego się nudnym tematem ubezpieczeń i odszkodowań, jednak w chwili kryzysu potrafiącego wykazać się niezwykłą determinacją i szlachetnością charakteru.
Most szpiegów cechuje zgrabnie poprowadzona fabuła, która sprawia, że otrzymujemy dwa filmy w jednym, złączone osobą głównego bohatera. W pierwszym, prawnik James Donovan podejmuje się obrony oskarżonego o szpiegostwo na rzecz ZSRR Rudolfa Abla, natomiast w drugim jedzie do Berlina Wschodniego, by tam wynegocjować szczegóły problematycznej wymiany jeńców z komunistami. Warto wspomnieć, że w tworzenie scenariusza zaangażowani byli bracia Coen, co z pewnością wyszło produkcji na zdrowie.
Całość filmu cechuje estetyczna powściągliwość, równowaga, brak jednoznacznych oskarżeń i delikatne sugestie, że obie strony zimnowojennego konfliktu "dały się zwariować". Nawet Zachód w osobie USA oszalał na punkcie prześladowań rzekomych komunistów i szpiegów.
Mądre i proste. Spielberg wraca do formy.
wtorek, 24 listopada 2015
Raport z Bydgoszczy. Camerimage 2015
Na takim festiwalu jeszcze nie byłam. Tu ludzie klaszczą na kolejnych reklamach kamer i obiektywów, zupełnie ignorują aktorów na rzecz autorów zdjęć i bardziej niż fabułą, interesują się światłem i użytymi soczewkami. Bydgoskie Camerimage zdecydowanie wyróżnia się na polskiej mapie festiwalowej - zarówno międzynarodową renomą jak i tematem przewodnim. Tu pierwsze skrzypce grają operatorzy.
W przypadku prezentowanych na Camerimage filmów, mówienie "ładne zdjęcia" nie jest rozpaczliwą próbą znalezienia pozytywu w beznadziejnych produkcjach. Tu zdjęcia na prawdę SĄ ŁADNE. A ignorowanie innych elementów składowych filmów stanowi w części przypadków wielki błąd, a w pozostałych znakomity przykład instynktu samozachowawczego.
Poniżej - #6 najbardziej intrygujących i zadziwiających filmów tegorocznego Camerimage. Kolejność przypadkowa!
Wysmakowany, lecz nie naciągany melodramat o irlandzkiej emigrantce przybywającej w latach 50. do Nowego Jorku. Dzięki znakomitej roli Saoirse Ronan, los dziewczyny i jej miłosne perypetie są nie tylko prawdziwie angażujące, ale również nie przekraczają cienkiej granicy naiwnego sentymentalizmu. Ciepłe, wręcz aksamitne zdjęcia przyjemnie otulają widza i wyciskają z niego ocean łez.
Historia rywalizujących ze sobą w hodowli baranów braci to kolejny nietuzinkowy tytuł z dalekiej Islandii. Nawarstwiane przez lata konfliktu i milczenia emocje w chwili prawdziwego kryzysu wybuchają z niesamowitą siłą zachwycając znaczną część kinowej widowni. Zdobywca zasłużonej Srebrnej Żaby - nikt tak jak Islandczycy nie potrafi filmować śniegu.
"The 33" pokazuje jak przekuto chilijską katastrofę górniczą w medialną szopkę, by następnie przemienić ją w okropny, tandetny film o nieporadnej fabule, tandetnej grze aktorskiej rodem z telenoweli i niedorzecznościach czających się na każdym kroku. Niezamierzona komedia, którą ogląda się z niedowierzaniem.
Twórcy "Muhammada" podjęli się karkołomnego, zwłaszcza we współczesnym podzielonym świecie zadania, ukazania prawdziwej, pokojowej twarzy islamu, która niewiele różni się od oblicza innych religii. Ikonografia wydaje się dziwnie znajoma (co widać na załączonym obrazku), a sam Mahomet z pewnością bez problemu dogadałby się z Jezusem. Niestety, w warstwie estetycznej film mocno ociera się o kicz, co jest o tyle pocieszające, że stanowi wspólny problem wszystkich religii.
Ekumenizm kiczu?
Nie będę oryginalna stwierdzając, że takiego filmu o Holokauście jeszcze nie było. Zamiast typowych ujęć bramy obozu i drutu kolczastego, niczym w grze video przechodzimy przez kolejne lokacje na terenie Auschwitz przyglądając im się zza ramienia głównego bohatera. Nietypowa jest również fabuła, koncentrująca się na śmierci w wymiarze jednostkowym i przybierającej absurdalny kształt próbie zachowania człowieczeńtwa w pełni zautomatyzowanej fabryce śmierci. Laureat Brązowej Żaby.
W przypadku prezentowanych na Camerimage filmów, mówienie "ładne zdjęcia" nie jest rozpaczliwą próbą znalezienia pozytywu w beznadziejnych produkcjach. Tu zdjęcia na prawdę SĄ ŁADNE. A ignorowanie innych elementów składowych filmów stanowi w części przypadków wielki błąd, a w pozostałych znakomity przykład instynktu samozachowawczego.
Poniżej - #6 najbardziej intrygujących i zadziwiających filmów tegorocznego Camerimage. Kolejność przypadkowa!
#1. "Brooklyn", reż. John Crowley, zdj. Yves Belanger
Wysmakowany, lecz nie naciągany melodramat o irlandzkiej emigrantce przybywającej w latach 50. do Nowego Jorku. Dzięki znakomitej roli Saoirse Ronan, los dziewczyny i jej miłosne perypetie są nie tylko prawdziwie angażujące, ale również nie przekraczają cienkiej granicy naiwnego sentymentalizmu. Ciepłe, wręcz aksamitne zdjęcia przyjemnie otulają widza i wyciskają z niego ocean łez.
#2. "Rams", reż. Grimur Hokonarson, zdj. Sturla Brandt Grovlen
#3. "The 33", reż. Patricia Riggen, zdj. Checco Varese
#4. "Muhammad: The Messenger of God", reż. Majid Majidi, zdj. Vittorio Storaro
Ekumenizm kiczu?
#5. "Syn Szawła", reż. Laszlo Nemes, zdj. Matyas Erdely
#6. "Sól ziemi", reż. Wim Wenders, Juliano Ribeiro Salgado, zdj. Juliano Ribeiro Salgado, Hugo Barbier
Człowiek rozczarowany ludzkością zwraca się ku przyrodzie. Brzmi trywialnie. Jednak zdjęcia ludzkich tragedii i zwielokrotnionego okrucieństwa z towarzyszącym im zimnym komentarzem fotografa, który w życiu widział już wszystko, powodują, że zapominamy o ironii i cynizmie.
środa, 4 listopada 2015
"Strategia mistrza" / "The Program"
W filmie Strategia mistrza, opowiadającym o wzlocie i upadku sportowca Lance'a Amstronga, częściej niż na rowerze, widzimy głównego bohatera ze strzykawką w ręku czy pod kroplówką.
Tego rodzaju sugestywne obrazy (scena "rozcieńczania krwi" czy kroplówki wiszące na wieszakach do ubrań) mogłyby stać się elementem obrazoburczego filmu o prawdziwym obliczu współczesnego sportu. Gazetowe doniesienia o przekrętach Amstronga i innych sportowców to jedno - ale zobaczenie tego procederu na własne oczy, w tak karykaturalnej formie, mogłoby mieć niesamowitą moc oddziaływania.
Mogłoby, gdyby nie kompletny brak szacunku dla widza, jakim cechuje się Strategia mistrza, a także podstawowe błędy realizatorskie - zła praca kamery, narzucająca się muzyka, tandetne efekty specjalne i wreszcie, scenariusz z wyraźnym rozdwojeniem jaźni. Reżyser filmu - Stephen Frears - wyraźnie kontynuuje złą passę, której sztandarowym przykładem pozostaje niedawna Tajemnica Filomeny (2013).
Strategia mistrza to trochę film o prasie, którego głównym bohaterem jest (jak zwykle) niezłomny dziennikarz, za wszelką cenę dążący do prawdy, a trochę film sportowy o okropnych kulisach męskiej rywalizacji i socjopacie, który nadał dopingowi zupełnie nową formę. Obie linie narracyjne prowadzone są chaotycznie i nierówno co sprawia, że film ogląda się wyjątkowo opornie i bez przyjemności. Sytuacji nie ratuje nawet świetny Ben Foster w roli głównej, znakomicie odtwarzający wszystkie 50 twarzy Lance'a Amstronga.
Strategia mistrza plasuje się jeszcze niżej niż produkcje TVNu w rodzaju Boksera (2012) czy Nad życie (2012) i jest - mówiąc wprost - kompletną stratą czasu.
Tego rodzaju sugestywne obrazy (scena "rozcieńczania krwi" czy kroplówki wiszące na wieszakach do ubrań) mogłyby stać się elementem obrazoburczego filmu o prawdziwym obliczu współczesnego sportu. Gazetowe doniesienia o przekrętach Amstronga i innych sportowców to jedno - ale zobaczenie tego procederu na własne oczy, w tak karykaturalnej formie, mogłoby mieć niesamowitą moc oddziaływania.
Mogłoby, gdyby nie kompletny brak szacunku dla widza, jakim cechuje się Strategia mistrza, a także podstawowe błędy realizatorskie - zła praca kamery, narzucająca się muzyka, tandetne efekty specjalne i wreszcie, scenariusz z wyraźnym rozdwojeniem jaźni. Reżyser filmu - Stephen Frears - wyraźnie kontynuuje złą passę, której sztandarowym przykładem pozostaje niedawna Tajemnica Filomeny (2013).
| Tajemnica Filomeny (2013) |
Strategia mistrza plasuje się jeszcze niżej niż produkcje TVNu w rodzaju Boksera (2012) czy Nad życie (2012) i jest - mówiąc wprost - kompletną stratą czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







