środa, 12 czerwca 2019

"Godzilla II: Król potworów" / "Godzilla: King of the Monsters" - recenzja filmu

Gareth Edwards w Godzilli (2014) przyjął ryzykowną, lecz oryginalną strategię. Długo nie pokazywał nam tytułowego monstrum, osnuwał je mgłą, zasłaniał budynkami. Dobrze rozumiejąc prawdziwą naturę potwora, będącego nie tyle wizualną atrakcją, co raczej kolejnym, niedającym się okiełznać żywiołem, budował napięcie i ostrzegał przed zbytnim pokładaniem nadziei w rozwoju technologicznym i ludzkiej sprawczości. Niestety Godzilla II: Król potworów to już zupełnie inny przypadek. 

W filmie Michaela Dougherty'ego nie liczy się kontekst, aura czy choćby przesłanie jakie od lat pięćdziesiątych niesie ze sobą przerośnięty jaszczur. Na dalszy (zdecydowanie zbyt daleki) plan schodzi także fabuła, ludzcy bohaterowie oraz ich motywacje. Liczą się tylko pełne rozmachu sceny, w których starannie dopracowane potwory zastygają w efektownych pozach i przeradzają się w imponujące grafiki koncepcyjne. Piękne, lecz puste i pozbawione życia. 



Kolejne, oblane efektem wow kadry, połączone są wątłą, pełną skomplikowanych zwrotów akcji fabułą, w której pierwsze skrzypce gra rodzina Russelów. Mark (Kyle Chandler) przygnębiony utratą syna zaszywa się w leśnych ostępach, gdzie obserwuje stadne zachowania wilków. Emma (Vera Farmiga) stara się żyć dalej, choć niepokojąco dużo czasu spędza w samotności w ciemnej sypialni gdzie, jak dowiemy się później, snuje ryzykowne plany naprawy świata. Rozpadającą się rodzinę stara się połączyć na nowo córka Madison (Millie Bobby Brown), co sprowadza się ostatecznie głównie do bycia w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. 


Nietrudno stracić zainteresowanie opowiadaną przez film chaotyczną historią, która utyka w przeraźliwej plątaninie niezrozumiałych motywacji, zdrad, intryg oraz fabularnych twistów. Właściwie trudno nawet powiedzieć, o co chodzi w Godzilli II. To rodzaj niezwykle skomplikowanego i zupełnie zbędnego wstępu, który połączyć ma losy japońskiego dinozaura z innym przerośniętym zwierzęciem roszczącym sobie prawa do tytułu królewskiego. 

sobota, 25 maja 2019

Japonia: o czym warto wiedzieć przed wyjazdem?

Japonia to drugi koniec świata - dosłownie i w przenośni. Zafascynowani japońską kulturą z pewnością są doskonale przygotowani do podróży do kraju swoich marzeń, ja jednak, jako osoba znacznie bardziej ameryko- i europocentryczna, nigdy specjalnie nie interesowałam się Krajem Kwitnącej Wiśni. Stąd też, podczas mojej pierwszej podróży w tym kierunku, spotkało mnie sporo zaskoczeń (niekoniecznie pozytywnych). O czym warto wiedzieć przed wyjazdem do Japonii (a o czym ja zupełnie nie miałam pojęcia)?


Po pierwsze, wycieczka do Japonii jest sporym wyzwaniem i dobrze poprzedzić ją pogłębionym researchem. Również dlatego, że część atrakcji należy rezerwować ze sporym wyprzedzeniem (np. zwiedzanie legendarnego studia Ghibli), a niektóre bilety (np. horrendalnie drogi, choć opłacalny JR Rail Pass) dostępne są tylko zza granicy. Poza tym, bez odpowiedniego przygotowania, w Kraju Kwitnące Wiśni wiele rzeczy może dziwić. Co na przykład?

JAPOŃCZYCY NIE MÓWIĄ PO ANGIELSKU

Kwestie językowe w Japonii mogą sprawiać spory problem. Japończycy rzadko kiedy mówią po angielsku, choć na szczęście kluczowe miejsca, takie jak stacje metra czy instytucje publiczne, są najczęściej podpisane w dwóch alfabetach. Należy jednak zaznaczyć, że alfabet łaciński zawsze jest znacznie mniejszy, a w przypadku komunikatów na stacji kolejowej lubi pojawiać się tylko na chwilę by błyskawicznie zostać zastąpionym przez krzaczki. Japończycy mają też problem z angielskimi-międzynarodowymi słowami, które bardzo mocno zniekształcają.

Klasyczny przykład z życia wzięty:
Ja: Toilet?
Kelner: (po dłuższym zastanowieniu) Toireto?

Więcej śmieszków z "japanglish" znajdziecie w piosence: https://www.youtube.com/watch?v=cTSBqT4Jt2o oraz oczywiście w samej Japonii, która nieustannie śmieje się (pewnie przez łzy) ze swojej nieznajomości języka angielskiego.

Przykładowy opis. Taras widokowy w Tokyo Metropolitan Government Building. 
Tokyo Metropolitan Government Building

JAPONIA JEST DROGA

Zacznijmy od tego, że drogi jest sam transport do Japonii - ale można się tego spodziewać, bo to w przecież, jak już pisałam, drugi koniec świata. Niestety na miejscu też jest dość drogo, a bardzo wiele atrakcji (muzeów, ogrodów, świątyń) jest płatnych, choć czasem informacja na nich umieszczona jest w taki sposób (czyt. jedynie po japońsku), że nawet nieświadomie możemy się prześlizgnąć bez płacenia. Nam zdarzyło się to np. w Toji Temple w Kyoto. Przed podróżą warto sprawdzić w jakie dni wstęp jest darmowy, na przykład z okazji nietypowych świąt, takich jak Dzień Ogrodów. My mieliśmy sporo szczęścia, bo z powodu długiego weekendu z okazji koronacji nowego Cesarza (tzw. Golden Week) wiele miejsc nie pobierało opłat za wstęp.

Japońskie ogrody. Przepiękne niezależnie od pory roku, oferujące chwilę odpoczynku od miejskiej dżungli. 

JEDZENIE W JAPONII JEST WSPANIAŁE!

Świat (i Polska) zakochał się w Ramenie. I nic dziwnego. Ta esencjonalna japońska zupa, która ma nieskończoną ilość typów i odmian, jest nieprzemijająco moim kulinarnym hitem. Ramen występuje w różnych wariantach. Może być tani, kupiony w galerii handlowej przy dworcu. Może być fancy, nabyty za miliony monet w drogiej restauracji. Wreszcie, może być też tajemnicą znaną tylko wytrzymałym lokalsom, którzy nie zważając na ulewny deszcz stoją w długiej kolejce przed najsłynniejszymi, mikroskopijnymi lokalami, w których mieści się około pięć osób na raz. Trudno je znaleźć - otwierają się o nietypowych porach, nie mają absolutnie żadnych napisów w naszym alfabecie, więc najlepiej do ich znalezienia zapewnić sobie pomoc kogoś mówiącego po japońsku.

JEDYNY napis nad drzwiami do kultowej ramenowni

Oprócz ramenu, warto wspomnieć jeszcze o Shabu Shabu, do którego również jest zaangażowany rosół. Danie to wykupuje się na godziny i robi samemu na małej płycie grzewczej, wbudowanej w stolik, na której stoi garnek z wrzącą zupą. Za pomocą długich pałeczek zanurza się w niej surowe mięso, warzywa czy grzyby, które po kilku sekundach są gotowe do spożycia. Genialne!

JAPOŃCZYCY RZECZYWIŚCIE SIĘ KŁANIAJĄ, ALE NIE SMARKAJĄ NOSA

Legendarne ukłony są obecne w Japonii na każdym kroku. Kłaniają się wszyscy wszystkim - ja w ten sposób skutecznie maskowałam problemy z wymową zwrotu "dziękuję".

Młode Japonki w tradycyjnych strojach zakładanych np. z okazji pierwszej wizyty w świątyni w danym roku.

Największym problemem dla mnie - czyt. osoby mającej wieczny katar - był zwyczajowy zakaz smarkania nosa. Japończycy nosa nie wydmuchują, tylko bardzo agresywnie nim pociągają, co moim zdaniem kłóci się z ideą kataru i jest po prostu OBRZYDLIWE. Dodatkowo, często chowają twarz za jednorazową maseczką chirurgiczną. Jak wyczytaliśmy, nie zawsze chodzi o względy zdrowotne, ale również o to, by ukrywać przed postronnymi swój wyraz twarzy. 

PLASTIK, PLASTIK, WSZĘDZIE PLASTIK!

Muszę przyznać, że miałam w głowie wizerunek Japonii jako kraju bardzo ekologicznego, który skutecznie walczy o lepsze jutro dla naszej planety. Nic bardziej mylnego - zużycie plastiku należy tam do jednego z najwyższych na świecie, a śmieci segreguje się na dwie kategorie: palne i niepalne. W Japonii zapakowane w plastik jest absolutnie wszystko, a każde, nawet najmniejsze zakupy wkładane są przez obsługę sklepu do darmowej plastikowej torby. 


Dodatkową trudnością jest pozbycie się zgromadzonych śmieci. Na japońskich ulicach prawie nie ma koszy. Wszystko trzeba więc pakować do kieszeni i wyrzucać u siebie w domu. Jedynym wyjątkiem są automaty z napojami, które wyposażone są zwykle w pojemniki na zużyte plastikowe butelki. 


JAPOŃSKA TELEWIZJA TO STRASZNE DZIWACTWO

Będąc w Kyoto mieliśmy dostęp do japońskiej telewizji - i oglądaliśmy ją z szeroko otwartymi oczami. Programy rozrywkowe pełne są nadekspresyjnych, na siłę śmiesznych ludzi, a w reklamach często pojawiają się nieporadni, głupawi biali. Ponadto niemal każdy materiał komentowany jest na żywo (głównie minami) przez zgromadzonych w studiu ekspertów-celebrytów, którzy pojawiają się na ekranie w małym okienku w prawym górnym rogu. 

Prawdziwym wyjściem poza strefę komfortu były relacje z potwornego wypadku samochodowego, jaki miał miejsce w okolicach Kyoto. Samochód prowadzony przez kobietę w średnim wieku zderzył się z drugim i wjechał w grupę wracających ze spaceru przedszkolaków. Lokalna telewizja była na miejscu wypadku niemal przez całą dobę, pokazywała je ze wszystkich stron i w różnym oświetleniu. Szczególnie nietypowa była jednak konferencja prasowa dotycząca wypadku, na której w otoczeniu prawników, policji i prasy wystąpiła zapłakana kobieta (kierowca samochodu? Matka jednego z zabitych dzieci?) i publicznie przepraszała za wypadek lub opowiadała o swoich przeżyciach (trudno było się zorientować, wybaczcie). Bardzo dziwny i niepokojący widok. 

JAPOŃCZYCY SAMI SIĘ PRZEBODŹCOWUJĄ

W Japonii wszystko wydaje jakiś dźwięk. Każda z tokijskich stacji metra ma własną melodię, która grana jest przed zamknięciem drzwi, na przystankach pociągów podmiejskich odzywają się z głośników głosy ptaków, a każda tablica informacyjna czy wyświetlacz również wydaje własne, bezsensowne "bing" lub "ding". Będąc w Tokio trudno się opędzić od dźwięków - najczęściej nieprzydatnych i skrajnie denerwujących. 

Skrzyżowanie w Shibui - podobno w godzinach szczytu podczas jednej zmiany świateł przewala się tu aż 2500 osób!

JAPOŃSKIE TOALETY SĄ JAK STATKI KOSMICZNE


Muszę przyznać, że o tym akurat słyszałam przed wyjazdem, ale jak zwykle moje oczekiwania okazały się niewspółmierne do rzeczywistości. Japońskie toalety bywają często prawdziwym centrum dowodzenia wszechświatem. Wyposażone są w podgrzewaną deskę, bidet z natryskiem z dwóch stron (że tak powiem, od przodu i od tyłu) a także tajemniczy przycisk "privacy", którego rozszyfrowanie zajęło mi dłuższą chwilę. Otóż guzik ten (opisywany także jako "flushing sound" albo "melody") uruchamia przyjemne dźwięki - np. szumiącej wody, śpiewu ptaków - które mają zagłuszać inne, mniej błogie odgłosy. 

Przepiękna świątynia Kinkaku-ji (Złoty Pawilon) w Kioto. 
I tym, toaletowym akcentem, kończę moją krótką listę japońskich zaskoczeń. Podróż do kraju Czarodziejki z Księżyca i Kapitana Tsubasy to wyjątkowa przygoda, podczas której przenieść się można do świata, który pozornie wygląda jak nasz, lecz w rzeczywistości bardzo się od niego różni. Jednak to właśnie te fascynujące różnice sprawiają, że opowieści z Japonii zdecydowanie nie należą do nudnych!

czwartek, 25 kwietnia 2019

"Avengers: Koniec gry" / "Avengers: Endgame" - recenzja filmu

Monumentalna saga, której rozwój mogliśmy obserwować przez ostatnią dekadę, doczekała się godnego zwieńczenia. Pełen rozmachu i epickości film Avengers: Koniec gry znajduje doskonały sposób na pożegnanie ze znanymi i lubianymi bohaterami, do których nieustającej obecności w popkulturze zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Nostalgicznie cofając się w przeszłość i czerpiąc całymi garściami z dotychczasowych produkcji mieszczących się w ramach Marvel Cinematic Universe (MCU), film Avengers: Koniec gry opowiada starą jak kino superbohaterskie historię o ratowaniu świata. Robi to jednak z niespotykanym dotąd rozmachem i zaangażowaniem, wyraźnie przejęty powierzonym mu karkołomnym zadaniem podsumowania dotychczasowych, niezliczonych wątków. Każdy, kto przewinął się przez MCU otrzyma tu swój (choćby króciutki) moment. Być może nie znajdzie się dla niego miejsce w scenariuszu, niewykluczone, że jego rola ograniczy się do jednej błyskotliwej odzywki lub chwilowej obecności w kadrze w pełnej godności pozie. Ale miejsce znajdzie się na pewno. 


Kto po Kapitan Marvel spodziewał się, że rzutka Carol Denvers zadziała w Avengers: Koniec gry na zasadzie deus ex machina i samodzielnie przeważy szalę na korzyść ziemskich superbohaterów, miło się rozczaruje. Ewentualny sukces będzie wymagał współpracy wszystkich: dotychczasowych wrogów i przyjaciół, wielkich gwiazd i postaci epizodycznych. Bo tylko ich wzajemna zgoda może naprawić wyrządzone przez Thanosa krzywdy. Jednak osiągnięcie jej nie będzie łatwe, bo przeszłe konflikty z Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów wcale nie zostały zapomniane i nadal mocno wpływają na wzajemne relacje herosów. 


Avengers: Koniec gry trwa ponad trzy godziny i jest to czas wypełniony aż po brzegi. Nie oznacza to na szczęście, że akcja pędzi na łeb na szyję i zalewa nas nieokiełznany potop wizualnego nadmiaru. Znalazły się tu sekwencje zdecydowanie wolniejsze, zapewniające oddech i sprawnie uzupełniające ewentualne fabularne braki czy tłumaczące pozorne nieścisłości. To momenty bardzo potrzebne, również dlatego, że także w fabule nowych Avengersów mamy do czynienia ze sporym przeskokiem czasowym, który wprowadza niemałe zamieszanie. W ciągu tej pięcioletniej elipsy wiele się zmienia: załamani, podzieleni bohaterowie usuwają się w cień i choć niektórzy nadal próbują chronić świat oraz pomagać pozostawionym, to większość zajmuje się własnymi sprawami. 


Avengers: Koniec gry pierwsze skrzypce grają zdecydowanie Iron Man i Kapitan Ameryka, od zawsze reprezentujący różne postawy wobec świata i zupełnie odmienne wizje globalnego bezpieczeństwa. Świadomi zbliżającego się końca kontraktów, Robert Downey Jr. i Chris Evans dają z siebie wszystko: są autoironiczni, zdystansowani, ale kiedy trzeba, scalają się w jedno z graną postacią i bez zająknięcia wygłaszają emocjonujące monologi. Dzielnie wtórują im pozostali aktorzy, przede wszystkim wcielający się w załamanego Thora Chris Hemsworth czy Paul Rudd jako Ant-Man, szukający dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości. 


Pierwszy film MCU, Iron Man, wkroczył niepewnie na ekrany w 2008 roku. Przez dziesięć kolejnych lat, Marvel skrupulatnie budował swoją pozycję, by ostatecznie stać się wszechpotężnym władcą powszechnej wyobraźni i stworzyć przebogatą galerię rozpoznawalnych postaci o wielkim potencjalne (także finansowym i marketingowym). Avengers: Koniec gry to rewelacyjne ukoronowanie działań rozrywkowego giganta, który dobitnie udowodnił, że współczesne kino, choć wspierane kosztownymi komputerowymi efektami specjalnymi, potrafi nadal fascynować, współtworzyć współczesną mitologię i jest pełne nieprzemijającej magii. 

środa, 17 kwietnia 2019

"Vox Lux" - recenzja filmu

Pod względem wizualnym Vox Lux to film absolutnie przepiękny. Reżyser, Brady Corbet (Dzieciństwo wodza), z wielką pieczołowitością inscenizuje, stylizuje i filmuje swoją opowieść, sprawnie kontrastując ze sobą pełne problemów życie prywatne głównej bohaterki z mieniącą się od brokatu, piór i złota jej obecnością na scenie. Za pomocą wizualnych środków, Vox Lux trafnie oddaje rozdźwięk między tymi dwoma, równoległymi rzeczywistościami, z których jedna wyraźnie pasożytuje na drugiej. Świat wielkich gwiazd jest zdecydowanie inny, dziwny, odlepiony od codzienności - choć równocześnie w intrygujący sposób od niej zależny. Pokręconą naturę tej relacji Vox Lux zapowiada już w pierwszych swoich minutach, komentowanych dobrze znanym głosem narratora, Willema Dafoe


Są miejsca, w których aż chciałoby się wyłączyć Vox Lux, wystawiając filmowi najwyższą z możliwych ocen. To momenty niezwykle satysfakcjonujące, estetycznie spełnione i całkowicie wystarczające, którym niestety nie towarzyszy równie udany scenariusz. Im dalej, tym dobitniej okazuje się, że historia głównej bohaterki wcale nie jest wyjątkowa. Intrygujący i mocny początek, szybko rozmywa się w dobrze znaną historię o problematycznych relacjach rodzinnych, używkach, zmęczeniu oraz fasadowości świata rozrywki.  


Mimo wad, Vox Lux ogląda się dobrze, co jest sporą zasługą aktorek, wcielających się w kluczową dla filmu postać Celeste. Młodziutka Raffey Cassidy, początkowo niewinna i nieśmiała, na naszych oczach zmienia się w sceniczne zwierze. Mimo bólu, w pocie czoła trenuje pozbawione sensu kroki, godzi się na wyzywające stroje i kierunek, jaki zaprawieni w bojach producenci nadają jej karierze. Karierze, która ma swoje korzenie zupełnie gdzie indziej, bo w silnie emocjonalnej reakcji na wydarzenie wymykające się zwykłym słowom. Celeste zaistniała bowiem jako ofiara szkolnej strzelaniny, która na uroczystości ku czci zabitych kolegów i koleżanek zaśpiewała wzruszającą piosenkę "Wrapped Up". Dorosła Celeste, grana z powodzeniem przez Natalie Portman, to już właściwie wyłącznie zbiór manier, ostentacyjnych gestów, prowokujących wypowiedzi i nieprzystających do rzeczywistości strojów. To osoba pożarta przez swoją sceniczną personę, a przez to zagubiona we własnej tożsamości i relacjach z innymi. 


Vox Lux należy smakować i oglądać na dużym ekranie. Jego piękne kadry trzeba jednak wypełnić treścią już we własnym zakresie, bo Brady Corbet jest zdecydowanie lepszym stylistą, niż scenarzystą.  

sobota, 30 marca 2019

"Przedszkolanka" / "The Kindergarten Teacher" - recenzja filmu

Przedszkolanka to mały, lecz frapujący film. Lisa, odrobinę wypalona zawodowo przedszkolanka, skutecznie ukrywa znużenie za fasadą pedagogicznego zaangażowania i świetnego, zindywidualizowanego podejścia do dzieci. Jest doświadczoną opiekunką (a prywatnie także matką dwojga nastoletnich dzieci), której każdy z nas bez wahania oddałby swoje (istniejące lub hipotetyczne) pociechy. 


Lisa ma jednak ukrytą pasję, nieszczególnie mroczną, nie obawiajcie się. Realizuje ją przede wszystkim podczas przydługich podróży promem i wieczornych zajęć z pisania poezji. Kobietę fascynuje pełen magii świat rymowanych, zrytmizowanych lub po prostu pięknych strof, którymi można opisać wszystkie subtelności otaczającej nas rzeczywistości, często przeoczane w codziennej bieganinie. Niestety brak jej wielkiego talentu: pisane przez nią utwory są banalne i niesatysfakcjonujące, a wiara w siłę poezji stopniowo słabnie. Wszystko jednak zmienia się, gdy kobieta spostrzega w swojej klasie obdarzonego fenomenalnym talentem sześciolatka, organicznie wyrzucającego z siebie ocierające się o geniusz frazy. Wybaczcie nieszczególnie wyszukane fizjologiczne skojarzenie, ale mały Justin wołający "Mam wiersz!" i oczekujący za każdym razem szybkiego działania, przypominał mi malucha krzyczącego "Chcę siku!". Co również wymaga refleksu i natychmiastowej reakcji.  


Przedszkolanka przez pryzmat utalentowanego chłopca i jego opiekunki, zdeterminowanej by mimo przeciwności losu zapewnić mu przestrzeń do rozwoju, opowiada w subtelny sposób o świecie, w którym nie ma już miejsca na poezję. Dawne ideały zagubiły się w pogoni za dobrobytem, deklaratywna postępowość i luz wtłoczone są w ryzy społecznych konwenansów, a najważniejszy staje się sukces finansowy i słynne "dorobienie się". Film Sary Colangelo, reżyserki Drobnych wpadek z 2014 roku (który według Filmwebu widziałam, oceniłam na 5/10, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć) prowokuje do zadawania licznych, choć raczej pozbawionych właściwej odpowiedzi pytań: o stopnień dozwolonej ingerencji w życie innego, modele wychowania i losy wybitnych jednostek, których potencjał bywa trwoniony przez niesprzyjające okoliczności.


Ten krótki i zgrabny eksperyment myślowy, zdecydowanie zyskuje na atrakcyjności dzięki odtwórczyni roli Lisy, Maggie Gyllenhaal - jednocześnie wyzwolonej i zniewolonej, liberalnej i konserwatywnej, kochającej dzieci i mającej ich serdecznie dość. Przedszkolanka to przede wszystkim  zapis jej niezwykłych aktorskich umiejętności, które chyba nie mają granic. I proszę tam w Hollywood o tym pamiętać!

niedziela, 24 marca 2019

"To my" / "Us" - recenzja filmu

To my, najnowszy film Jordana Peele'a, twórcy Uciekaj! daje wiele satysfakcji. Po pierwsze, jest świetnym horrorem, od początku sprawnie rozbijającym obrazki rodzinnego szczęścia niepokojącą atmosferą. Wykorzystuje do tego celu bardzo klasyczne zabiegi znane z kina grozy, lecz równocześnie rozbija je humorem i wpadającymi w ucho dialogami ("It''s vodka o'clock" - należy do moich ulubionych). Po drugie, To my jest także zręcznym komentarzem do amerykańskiej sytuacji społecznej. Jordan Peele, sięgając po niepokojącą figurę sobowtóra, pragnie obnażyć trudne prawdy o Amerykanach, którzy sami bywają dla siebie największymi wrogami. Kontekst rasowy, znany z Uciekaj!, schodzi tu na dalszy plan na rzecz nierówności ekonomicznych i społecznych czy wręcz walki klas, którą będziemy mogli obserwować na własne oczy. Mniej uprzywilejowani, ukryci przed spojrzeniem dostatnio żyjących, dostaną w To my szansę na zemstę i definitywne zakończenie swojej niedoli. 

Jordan Peele wieńczy swój nowy film zręcznym twistem, którego nie powstydziłby się w swoich najlepszych latach M. Night Shyamalan (Znaki, Szósty zmysł). Widz nie jest jednak wobec niego bezbronny. Twórca już od samego początku rozsiewa po filmie szereg podpowiedzi na wszystkich możliwych poziomach: języka, zachowania, a nawet menu bohaterów.  Osobiście zauważyłam je dopiero po fakcie, jako że w czasie seansu byłam zbyt zajęta ukrywaniem się przed ekranowymi strachami pod kurtką. 


To my jest znakomitym materiałem do refleksji po wyjściu z kina, który dostarcza wiele radości z odkrywania wskazówek, ukrytych tropów, a także intertekstualnych nawiązań. Peele wypełnia film licznymi popkulturowymi obniesieniami, a mimo to udaje mu się nie skręcić w stronę popkulturowej papki. Nawiązuje inteligentnie, z przekąsem i niejednoznacznie, dzięki czemu otwiera To my na szereg możliwych odczytań i interpretacji. To my przywodzi na myśl całą galerię tekstów kultury począwszy od Alicji w Krainie Czarów, Funny Games Michaela Haneke, Kevina samego w domu, a na teoriach spiskowych skończywszy. Bardziej uporządkowany i precyzyjniej skonstruowany od Uciekaj! nowy film Peela potwierdza, że jest on ważnym nazwiskiem amerykańskiego kina, którego kolejne prace warto śledzić z uwagą. Nawet jeśli miejscami przypominają stuknięty performance. 

czwartek, 21 marca 2019

"Girl" - recenzja filmu

Nazywanie filmu Girl Lukasa Dhonta subtelnym, to zdecydowany błąd. Reżyser-debiutant rzeczywiście opowiada historię nastoletniej Lary z dużym wyczuciem, ale niemal od początku zapowiada mocny i wstrząsający finał. Robi to, dyskretnie przeplatając delikatne sekwencje z dosadnymi uderzeniami, wśród których nie brak fizycznych cierpień. Dhont właściwie od początku podpowiada, jak skończy się historia tytułowej bohaterki oraz co jest jej największym, a właściwie nawet jedynym, przewinieniem. 


Blondwłosa Lara jest bowiem niecierpliwa. By udowodnić swoją przynależność do prestiżowej szkoły baletowej, każdą wolną chwilę poświęca na wycieńczające ćwiczenia, nawet jeśli jej ciało mówi wprost: dość. Dziewczyna niecierpliwie wypatruje także efektów starannie kontrolowanej przez lekarzy tranzycji, którą zwieńczyć mają operacje korekcji płci. Lara chciałaby opuścić zajmowaną przez siebie przestrzeń "pomiędzy" i stać się prawdziwą, młodą kobietą, taką jak jej szkolne koleżanki. 


Dhont po mistrzowsku łączy ze sobą sceny o diametralnie różnej intensywności. Umieszcza główny filmowy konflikt nie w relacjach dziewczyny z rodziną, lecz po prostu w niej samej. Lara ma kochającego, wyrozumiałego ojca, uroczego młodszego brata, który również radzi sobie zaskakująco dobrze z przemianą rodzeństwa oraz wielu serdecznych krewnych i przyjaciół rodziny, którzy zjawiają się od czasu do czasu na różnego rodzaju uroczystościach. Wewnętrzny konflikt, jaki odczuwa Lara doprowadzi ostatecznie do przejmującego finału, który zwłaszcza w zestawieniu z ostatnią sceną filmu może mieć wręcz szkodliwe działanie. Szczęśliwe, rozpromienione oblicze dziewczyny zamykające film wpędza w konsternację i podważa wiele interpretacji. 


Mimo wszystko, Girl to fascynujący film, rzucający wyzwanie naszym schematom myślenia i postrzegania płci. Fenomenalny Victor Polster, wcielający się w postać Lary, jest aktorskim kameleonem, który w jednej sekundzie potrafi przemienić się z udręczonego chłopaka w piękną dziewczynę o rozświetlonej twarzy. To właśnie dla niego warto zobaczyć Girl, nawet jeśli oznacza to wyjście poza zwyczajową strefę komfortu.