poniedziałek, 22 lipca 2019

"Pavarotti" - recenzja filmu

Gwiazdy opery były niegdyś częścią kultury popularnej - stwierdza w filmie Pavarotti gadająca głowa należąca do prominentnej krytyczki operowej. Rzeczywiście, w dalekiej przeszłości śpiewacy cieszyli się estymą współczesnych gwiazd filmowych, mieli grono oddanych fanów, którzy chętnie gromadzili pamiątki związane z ukochanymi artystami i masowo chodzili na przedstawienia z ich udziałem. Z biegiem czasu, opera przemieniła się w snobistyczną sztukę dla wybranych, definitywnie odcinając się od swoich popularnych korzeni. Ekskluzywna i odległa, stała się trudno dostępna dla przeciętnych melomanów. I wtedy pojawił się on, Luciano Pavarotti. Idąc śladami swojego wielkiego idola, Enrico Caruso, słynny Włoch oddał operę z powrotem w ręce ludu, uczynił ją sztuką przystępną, wyszedł z nią z bogato zdobionych budynków operowych na stadiony.


To właśnie o tej przemianie - indywidualnej, dotyczącej kariery samego Pavarottiego i zbiorowej, obejmującej całą muzykę operową - opowiada dokument Pavarotti Rona Howarda. Postać słynnego śpiewaka jest tu przedstawiona w tradycyjny, pozbawiony eksperymentów sposób, przede wszystkim poprzez wypowiedzi bliskich, materiały archiwalne z dzieciństwa oraz nagrania najważniejszych koncertów. Co godne podziwu, Howardowi udało się namówić do wypowiedzi absolutnie każdego: na ekranie pojawiają się obie żony artysty, córki, kochanka, menadżerowie oraz liczni koledzy i koleżanki po fachu. Wszyscy zgodnie odmalowują Pavarottiego jako ikonę, postać większą niż samo życie, której zdawały się nie dotyczyć standardowe zasady życia społecznego. Jowialny, serdeczny, wiecznie uśmiechnięty, zalewał swoją miłością cały świat i tylko czasami "bywał trudny".


Co kryje się pod tym eufemistycznym stwierdzeniem? W Pavarottim właściwie nie padają słowa o mroczniejszej stronie osobowości śpiewaka. Jego skłonności do dziwactw, przesądów, ogromne wymagania czy przedkoncertowe paniki zostają sprowadzone do kilku zabawnych anegdot, przez co Pavarotti staje się jeszcze bardziej nierealny, jeszcze mniej ludzki. Dokument staje właściwie w opozycji do niedawnego filmu Maria Callas (2017), który w znacznym stopniu skupiał się właśnie na "trudnych" stronach osobowości wielkiej operowej divy. Co ciekawe, dzieło Howarda pomija także inne elementy kariery i życia swojego bohatera. Pokazując go jako osobę zdeterminowaną, dążącą ku coraz większym sukcesom, wyrzuca na śmietnik historii na przykład jego nieudany romans z Hollywood, który zaowocował kuriozalnym filmem Yes, Georgio (1982).


Pavarotti zostawia po sobie lekki niedosyt, bo właściwie mało w nim samej opery. Z ekranu rozbrzmiewają niemal wyłącznie najbardziej znane arie, a słynne widowiska autorstwa najznamienitszych artystów są sprowadzone do krótkich streszczeń fabuły. Dokument Howarda wyraźnie nie stara się trafić do miłośników opery, tylko, podobnie jak sam Pavarotti, wychodzi ku pozostałym, bardziej sceptycznym widzom. Mimo to, Pavarottiego ogląda się znakomicie. Ron Howard ani na chwilę nie traci panowania nad historią swojego bohatera. Opowiada ją z werwą, humorem, wyraźnie pokazując nietypową przemianę śpiewaka, który wyszedł z zamkniętych sal do ludzi, zgromadzonych na plenerowych scenach, stadionach, szpitalach czy w parkach. Sekunduje mu w tych wysiłkach sam Pavarotti, który jest tak pełen charyzmy i osobistego uroku, że można godzinami oglądać archiwalne nagrania z jego udziałem.

6 komentarzy:

  1. Świetna recenzja :) Zastanawiałam się, czy obejrzeć ten film w kinie, ale teraz nie mam już żadnych wątpliwości, że warto!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie warto. Arie śpiewane przez Pavarottiego nuci się jeszcze długo po seansie ;)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ile czasu trwa ten dokument?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ponieważ lubię operę i cenię sobie Pavarottiego, to zapewne obejrzę film,ale w kinie.
    Dobra i ciekawa recenzja.Potrafisz zainteresowac.
    Pozdrawiam!
    Irena

    OdpowiedzUsuń