czwartek, 10 sierpnia 2017

"Valerian i Miasto Tysiąca Planet" / "Valerian and the City of a Thousand Planets"

Valerian i Miasto Tysiąca Planet to letni film z dwóch powodów.  Po pierwsze idealnie wpasowuje się w obecny od lat trend wprowadzania na ekrany w okresie wakacyjnym lekkich, a zarazem widowiskowych produkcji, zapewniających rozrywkę dla odpoczywających od nauki i pracy. Po drugie, nie budzi gwałtownych uczuć: nie zachwyca, ani specjalnie nie rozczarowuje (mówiąc wprost: ani ziębi, ani grzeje). 


Film będący adaptacją bestsellerowego francuskiego komiksu "Valerian i Laureline" zapewnia imponujące wrażenia wizualne, ale nie wciąga w przedstawione światy i zawsze pozostawia niemożliwy do pokonania efekt obcości. Problem z zanurzeniem wynika między innymi z decyzji obsadowych. Dane DeHaan i Cara Delevingne mimo wielu starań nie są w stanie przekonać nas do rodzącego się między nimi trudnego uczucia, komplikującego codzienną pracę rządowych agentów. Osobno każdy z aktorów wywiązuje się ze swoich obowiązków, tworzy niejednoznaczne postacie z charakterem, jednak we wszystkich wspólnych scenach unosi się nad nimi duch zakłopotania i niezręczności, a wszelkie dowody uczucia wypadają kuriozalnie. 


Rozgrywająca się na międzygatunkowej stacji kosmicznej Alfa, wymarzona produkcja Luca Bessona, to ewidentnie przenoszona ciąża. Reżyser Piątego elementu marzył o filmowej wersji swojego ulubionego komiksu właściwie od początku kariery i szkoda, że nie zabrał się nią wcześniej. W wywiadach tłumaczy, że było to niemożliwe ze względów technicznych i rzeczywiście - dzisiejsze komputerowe efekty specjalne dają zupełnie nowe możliwości i ułatwiają kreowanie sztucznych światów. Jednak przecież także epoka analogowa na to pozwalała, choć wymagała zdecydowanie większej ilości analogowej pracy na planie oraz zastosowania innych filmowych środków.  


Z długim czasem oczekiwania na adaptację "Valeriana" wiąże się poważny problem: większość rozwiązań, wcześniej być może nowatorskich, już gdzieś widzieliśmy. Statek tytułowego bohatera jak żywo przypomina Sokoła Milennium, kosmiczne potyczki także wyglądają jak te z Gwiezdnych wojen, a żyjąca w zgodzie z naturą perłowa rasa przywodzi na myśl lud Na'vi z Avatara. Możemy oczywiście powiedzieć, że francuski komiks był pierwszy i to raczej on stanowił inspirację dla wspomnianych produkcji. Jednak co z tego, skoro wrażenie wtórności pozostaje. 


Zakupy na wielowymiarowym Wielkim Targu, bieg przez ściany, zadziwiająco dobry epizodyczny występ Rihanny czy brawurowe nurkowanie w meduzie to sceny potrafiące przysłonić wspomniane powyżej wady filmu. Dlatego też nie należy od razu skreślać "dzieła życia" (jak informuje nas zwiastun) Luca Bessona, lecz raczej zastanowić się, jak mogłoby wyglądać i oddziaływać, gdyby zostało zrealizowane nieco wcześniej. 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

"Dunkierka" / "Dunkirk"

Reżyser Dunkierki, Christopher Nolan, skutecznie przekonuje, że wojna nie ma sensu i jest w istocie skazanym na klęskę zmaganiem z przypadkowością. Utknięci na francuskiej plaży brytyjscy żołnierze, otoczeni zewsząd przez siły wroga, nie walczą z odczłowieczonymi potworami, lecz przede wszystkim z pozbawionym twarzy fatum, wspieranym przez niezmienny i obojętny żywioł.  


Przebieg gigantycznej drugowojennej klęski, będącej zarazem jedną z największych operacji logistycznych w dziejach, oglądamy z kilku perspektyw, o czym informują nas napisami twórcy filmu. Porządkują opowieść, równocześnie sygnalizując różne plany czasowe i wzajemne relacje między wydarzeniami. Tego typu struktura rozbija deklarowaną przez Nolana chęć stworzenia całkowicie immersyjnej, wirtualnej rzeczywistości i stanowi znaczące utrudnienie odbioru. To jednak nie wada, lecz bardzo przydatna furtka zostawiona widzowi: daje możliwość odpoczynku i wyjścia poza opowiadają historię. Dunkierka trwa jedynie 106 minut, co jest miernym i zaskakująco słabym wynikiem jak na film wojenny czy wysokobudżetową produkcję w ogóle. Jednak intensywność filmu i nieustanne napięcie nieznikające nawet w finale powoduje, że trudniej byłoby wytrzymać dłużej.


Brytyjscy żołnierze, pozbawieni właściwie cech indywidualnych (choć posiadający czasem znane twarze, np. Cilliana Murphy’ego czy Harry’ego Stylesa) utykają w przerażającym ciągu niefortunnych zdarzeń. Każde małe zwycięstwo jest tu równoważone przez klęskę, a jednym, czym można się wykazać na tym przedziwnym polu bitwy, jest wola przetrwania. Także widzów oblepia dominująca w filmie ciężka, przepełniona nerwowym milczeniem atmosfera oczekiwania, która szybko zostaje przerwana przez przerażająco głośne wybuchy i odgłosy strzałów. Pojawiającemu się zawieszeniu sprzyjają ograniczone do minimum dialogi – dla mnie wielka zaleta filmu, bo redukująca nadęte nolanowskie wyrokowanie o naturze rzeczywistości.



Dunkierka nie jest pozbawiona nadziei, tkwiącej przede wszystkim w zaangażowaniu cywilów wyruszających na swoich małych, turystycznych łódkach na ratunek uwięzionym żołnierzom. Niestety, także oni zbliżając się do francuskiego brzegu, stopniowo są wciągani w tragiczne w skutkach zbiegi okoliczności, choć przetykane małymi zwycięstwami. I to właśnie w tych fragmentach ujawnia się głęboko skrywana przez twórców fascynacja tradycyjnym kinem wojennym, które potrafili wzbogacić o niezwykłą, poruszającą formę i bardzo racjonalną wymowę. W silnie obecnym bezkrytycznym kulcie militaryzmu i uwikłanych ideologicznie symboli, Dunkierka to głos rozsądku, w który wsłuchać powinien się każdy marzący o zbrojnym konflikcie i uważający go za okazję do wykazania się bohaterstwem czy niezłomnością charakteru.  

wtorek, 1 sierpnia 2017

Filmowy Paryż

Planując wakacyjny wyjazd do Paryża szybko nauczyliśmy się ignorować żarty na temat ewentualnych zaręczyn na wieży Eiffla/Łuku Triumfalnym/Champs-Elysees (niepotrzebne skreślić). Na wszelki wypadek od razu na wstępie zaznaczę, że nic takiego nie miało miejsca, a jedynym wywołującym łzy zdarzeniem był ból kręgosłupa po dziewięciogodzinnym zwiedzaniu Luwru. 


Stereotypowo Paryż kojarzy się oczywiście jako miasto miłości i zakochanych. Mnie jednak, przez zawodowe skrzywienie, przywodził na myśl przede wszystkim pierwszą projekcję filmową, Filmotekę Francuską rządzoną latami przez Henri Langloisa oraz nowofalowe eksperymenty. Dlatego też oprócz zwiedzania obowiązkowych punktów w rodzaju Luwru, Muzeum d'Orsay czy Pałacu Inwalidów, z determinacją szukałam w stolicy Francji miejsc filmowych. 


Z skserowanym artykułem Tadeusza Lubelskiego "Kinofil w Paryżu" ("EKRANy" 3-4/2015) w dłoni, uporczywie rozglądałam się za tablicą upamiętniającą miejsce pierwszego w historii publicznego pokazu filmowego. Mgliście z zajęć z Historii Kina pamiętałam, że było to gdzieś na Bulwarze Kapucynów, znajdującym się w bezpośrednim sąsiedztwie imponującej Opery Garnier. Biegałam więc tam i z powrotem, z minuty na minutę tracąc nadzieję. Na całe szczęście mój towarzysz ma znacznie więcej cierpliwości ode mnie (którą nawet puzzle doprowadzają do szewskiej pasji) i ignorując miotane przede mnie przekleństwa nakłaniał mnie do kontynuowania poszukiwań. Wkrótce okazało się co było przyczyną trudności: przyzwyczajenie do szukania tego typu oznaczeń mniej więcej na poziomie wzroku. Tymczasem napis znajduje się około 3 metry nad ziemią, zaraz obok szyldu sklepu GAP. 



Filmoteka Francuska to instytucja legendarna. Nie wdając się w szczegóły, to jednostka od lat gromadząca i archiwizująca filmy, zajmująca się także edukacją oraz prowadząca regularne projekcje filmowe. Legendarnym dyrektorem Filmoteki był przez lata Henri Langlois, i to właśnie za czasu jego rządów instytucja stała się nieformalną szkołą filmową, w której reżyserzy tacy jak Robert Bresson, Alain Resnais, Jacques Rivette, Francois Truffaut czy Jean-Luc Godard zapoznawali się z filmową klasyką. Filmoteka przyczyniła się także do powstania francuskiej Nowej Fali, a szczególną rolę odegrała w trakcie maja 1968 roku, kiedy to protesty wokół zwolnienia Langloisa z posady dyrektora stały się istotnym elementem legendarnej studenckiej rewolty. 


Po kilkukrotnych zmianach, Filmoteka Francuska mieści się obecnie w XII dzielnicy Paryża, przy Rue de Bercy, w specjalnie zaprojektowanym przez Franka Gehry'ego budynku. To miejsce oddalone od centrum, w którym na próżno szukać typowo paryskich zabudowań (jest za to stadion, fontanna w formie schodów, przedziwna dwupoziomowa kładka i imponujące budynki Biblioteki Narodowej Francji). W nowej siedzibie Filmoteki mieści się kino, biblioteka, archiwum, sklep z pamiątkami oraz dwie wystawy: stała, zawierająca zbiory z kolekcji Henri Langlois oraz czasowa. Wystawa stała, choć nie imponuje rozmiarami, zawiera sporą ilość ciekawych eksponatów, skupiających się przede wszystkim na początkach kina, nie tylko francuskiego. I tak można  zobaczyć tam oryginalną strzelbę fotograficzną Eadwearda Muybridge'a, kinematoskop Thomasa Edisona, szkice do filmów Metropolis i Gabinet doktora Kaligari czy pamiątki z planu Iwana Groźnego. Na wystawę czasową niestety nie udało nam się wejść. 










Trudno chyba o bardziej filmową dzielnicę niż Montmartre. To właśnie tu tańczył Gene Kelly w Amerykaninie w Paryżu, Amelia żyła we własnym świecie, a Owen Wilson w O północy w Paryżu udawał Woody'ego Allena. Rzeczywiście, to gotowy filmowy plener, pełny wąskich uliczek, różnic poziomów, tajemniczych przejść, zarośniętych bluszczem domów. I jeszcze ta góra, na szczycie której bieli się wyjątkowo kiczowaty kościół Sacre Coeur, zbudowany w stylu romańsko-bizantyńskim-niewiadomojakim. 



Nasz spacer po tej romantycznej okolicy został dość szybko przerwany przez ulewny deszcz, który postanowiliśmy przeczekać (jakżeby inaczej) w muzeum, co okazało się zupełnie przypadkowym strzałem w dziesiątkę. Musee de Montmartre mieści się w siedemnastowiecznym domu z przepięknym ogrodem, w którym Auguste Renoir namalował "Huśtawkę". Oprócz kolekcji obrazów i plakatów związanych z Montmartre, muzeum mieści także wystawy czasowe - obecnie znajduje się tam ekspozycja "Decor de cinema" gromadząca filmowe pamiątki związane z okolicą. To gratka dla miłośników francuskiego kina, choć także i ci mniej obeznani w tej kinematografii (np. ja) znajdą tam coś dla siebie. 



A na koniec - filmowy drobiazg, który uradował mnie chyba najbardziej. Po powrocie oglądałam nowelowy film Zakochany Paryż, składający się z 20 historii zrealizowanych przez reżyserów takich jak Gus Van Sant, Joel Coen, Wes Craven czy Olivier Assayas. Całość podobała mi się średnio, ale zachwycił mnie segment 14th arrondissement z Margo Martindale w roli głównej. Powód był prosty: historia zakochanej w Paryżu Amerykanki rozgrywała się dokładnie pod naszym hotelem, przy piekarni w której zaopatrywaliśmy się w chrupiące bagietki i barze, gdzie piliśmy pyszne belgijskie piwo za miliony euro. Ot, taka mała filmowo-życiowa ciekawostka.




niedziela, 30 lipca 2017

Transatlantyk Festival 2017

Urlopy mają to do siebie, że jakiekolwiek obowiązki, choćby te najmniejsze, skutecznie spychamy na "po urlopie". Złośliwi wytkną mi zapewne, że praca na etacie jest mi całkowicie opcja, tak więc koncepcja "urlopu" także powinna pozostać mi nieznana. Ale ponieważ moim zdaniem urlopować może każdy, sporą część czerwca i lipca udało mi się spędzić poza Krakowem na różnego rodzaju formach wypoczynku. Aha - spychanym obowiązkiem było oczywiście pisanie. Jeśli słyszelibyście gdzieś o konkursie na Najbardziej Niesystematycznego Blogera Roku, zgłaszajcie mnie śmiało. Wyjazdy zaczęłam od Łodzi (wcześniej był uroczy pobyt w podkieleckiej Sielpi, jednak ponieważ składał się głównie z pracy wychowawcy kolonijnego nie włączam go w poczet tegorocznych "urlopów"), gdzie po raz pierwszy wzięłam udział w Festiwalu "Transatlantyk".


To zaiste bardzo nietypowe wydarzenie. Z pompą, bogatym programem, sporą ilością imponujących eventów towarzyszących, jednak bez konkretnego pomysłu na swoją formułę. Wstyd się przyznać, ale przez długi czas nie wiedziałam nawet, że jest to festiwal skupiony na kinie. Do tej pory wydawało mi się, że jest to święto sztuk wszelakich i słyszałam jedynie o fenomenie kina łóżkowego. Pewnie nadal tkwiłabym w tym stanie nieświadomości, gdyby nie zaproszenie od innego łódzkiego wydarzenia filmowego, Festiwalu Krytyków Sztuki Filmowej "Kamera Akcja", który włączył mnie do jury konkursu Young Film Critics Award (dzięki, dzięki, dzięki!). To niezwykłe zadanie pozwoliło mi na zapoznanie się z częścią filmów z sekcji "Panorama", a następnie wybranie spośród nich laureata naszej drobnej nagrody, która ostatecznie powędrowała do solidnie zrealizowanego filmu o właścicielu krowiej farmy Cierpkie mleko. Dzięki organizatorom "Kamery Akcji" miałam także ogromną przyjemność uczestnictwa w dyskusji na temat współczesnej krytyki filmowej, podczas której dałam dowód swoim problemom tożsamościowym (publicznie przyznając się, że nie czuję się ani blogerem ani krytykiem filmowym) i dość stanowczo (jak na mnie) stwierdziłam, że "filmy to przede wszystkim rozrywka". To nieprawdopodobne, że po tylu latach jestem jeszcze w stanie samą siebie zaskoczyć.


Generalnie rzecz biorąc, z "Transatlaktyku" przywiozłam mieszane wrażenia. Podobał mi się zróżnicowany i bogaty program filmowy, zestawiający ze sobą skromne, niezależne filmy oraz wysokobudżetowe produkcje. Udało mi się zobaczyć m.in. przeszywające zimnem Wind River, nieco wtórne Tehran Taboo, szokujące i ohydne Skins oraz przerażająco nudne Żegnaj entuzjazmie. Kompletnie nie przypadło mi za to do gustu kino festiwalowe. Wybrano na nie położony nieopodal ulicy Piotrkowskiej multipleks Silver Screen (to one jeszcze istnieją?), w którym na wejściu witał widzów mocny zapach taniego sosu czosnkowego z pizzerii na parterze. By dostać się do sal kinowych, należało pokonać niekończące się ruchome schody, kilka pięter i grupy widzów czekających na regularne, repertuarowe seanse. Na próżno było szukać wolnych miejsc w malutkiej kawiarni w której rozchodziła się kojąca woń popcornu. 


Nie jestem chyba osamotniona w mojej pofestiwalowej konfuzji: ciekawie daje jej wyraz także Łukasz Najder w "Dwutygodniku". "Transatlantyk" potrzebuje jeszcze trochę czasu na znalezienie swojego własnego stylu i charakteru. Czy będzie przystępnym, pełnym energii wydarzeniem dla Łodzian i wszystkich zainteresowanych kinem? A może egzaltowanym, ekskluzywnym eventem, podczas którego emocje należy wyrażać oszczędnie i z wyrafinowaniem? Czas pokaże!

poniedziałek, 10 lipca 2017

"Okja"

Tegoroczny konkurs filmowy w Cannes zdominował swoisty spór o uniwersalia. O prestiżową Złotą Palmę ubiegały się nie tylko filmy, które prędzej czy później trafią na ekrany kin, lecz także produkcje sygnowane przez platformy streamingowe i dedykowane znacznie mniejszym wyświetlaczom. Narobiły sporo zamieszania, a głosy, co do tego czy mogą w ogóle brać udział w konkursie aż do teraz pozostają podzielone. Mimo że główna nagroda nie powędrowała do żadnego z nich, nie można zaprzeczyć, że otwarcie na nietradycyjne sposoby dystrybucji jest już koniecznością. Nie da się bowiem dłużej ignorować faktu, że także rozprowadzane w ten sposób produkcje coraz częściej są intrygującymi i oryginalnymi tytułami, zasługującymi na (choćby symboliczne) docenienie.


Od 28 czerwca na platformie Netflix dostępny jest jeden ze wspomnianych filmów. Okja Koreańczyka Bong Joon-ho opowiada dość przewidywalną, choć niewątpliwie utrzymaną w pomysłowym sztafażu historię Miji, dziewczynki, która zaprzyjaźnia się z jednym ze zwierząt hodowanych przez swoją rodzinę. Cóż z tego, że jest nim superświnia, stanowiąca skrzyżowanie hipopotama z krową oraz psem. Niestety, stworzenie to nie jest jedynie własnością rodziny Miji, lecz należy do gigantycznej korporacji planującej uczynić z niej swój czołowy produkt wędliniarski. Na domiar złego, tytułowa bohaterka jest nie tylko poczciwym towarzyszem gier i zabaw, lecz także inteligentnym stworzeniem nieustępującym w niczym owczarkowi niemieckiemu czy labradorowi. Jakże więc można przerobić ją na przepyszny kabanos?


Okji trudno dopisać jednoznaczną kategorię gatunkową. Jest to z resztą problem typowy dla filmów Bong Joon-ho, który potrafi w ramach jednego tytułu zmieszać ze sobą czarną komedię, film akcji, dramat rodzinny, monster movie, a całość doprawić subtelną nutką krytyki społecznej. Jak nauczył nas już choćby filmami The Host: Potwór (2006) czy Snowpiercer: Arka przyszłości (2013), koniecznie należy w jego produkcjach zwracać uwagę na szczegóły, bowiem to one czynią dzieła Koreańczyka niezwykłą mozaiką, wprowadzającą widza w przedziwny stan zawieszenia pomiędzy śmiechem, płaczem i przerażeniem. 


Do dziwacznego świata Bong Joon-ho idealne wpasowują się także aktorzy i to zarówno koreańscy, jak i zagraniczni. Cukierkowa Tilda Swinton oraz zmagający się z alkoholowym problemem i wysokimi skarpetami Jake Gylenhaal  przechodzą sami siebie parodiując, wyolbrzymiając oraz przejaskrawiając wszystkie swoje cechy.


Okja to woda na młyn ekologów i wegetarian, więc pewnie im spodoba się najbardziej. Mnie zdecydowanie przeszkadza nadmierna natarczywość ideowa, a nawiązania do obozów koncentracyjnych w finale to zdecydowanie za dużo. Obawiam się więc, że mimo usilnych starań reżysera, nadal będę jeść mięso. 

sobota, 24 czerwca 2017

"Transformers: Ostatni Rycerz" / "Transformers: The Last Knight"

Z tego co widziałam, wielu polskich recenzentów zrezygnowało z zajmowania się najnowszą odsłoną serii o transformujących przybyszach z kosmosu i mówiąc szczerze, wcale im się nie dziwie. Pisanie o filmie Transformers: Ostatni Rycerz to zadanie niemal niewykonalne, bo wymaga nadania temu bałaganowi spójnej narracji, a tego zrobić się po prostu nie da. Pozwolę więc sobie obrać inną strategię: popłynę z nurtem tego bayowskiego strumienia świadomości, choć za pewne nigdzie nie dopłynę, a po drodze zginę w jednym z niezliczonych wybuchów. 


W Transformers: Ostatni Rycerz dzieją się rzeczy niesamowite. Otóż ta powstała na podstawie zabawek Hasbro seria filmowa, której piątą odsłonę właśnie możemy podziwiać na polskich ekranach, przerabia tandetne kawałki plastiku nie tylko w gigantyczne superprodukcje, ale przede wszystkim w dziwaczne uniwersum. Świat ten trzyma się kupy na tej samej zasadzie co przeciętna teoria spiskowa: łączy ze sobą rozsiane po różnych częściach świata i epokach wydarzenia, a następnie skleja je ze sobą używając jako spoiwa tajnych bractw na wzór Iluminatów oraz skomplikowanych relacji rodzinnych rodem z Kodu Da Vinci. Nie wierzycie? Pozwólcie więc, że przywołam początek filmu. 


W piątym wieku angielscy rycerze pod wodzą króla Artura toczą walki z barbarzyńcami i niestety wszystko wskazuje na to, że zmagania zakończą się porażką dzielnych Brytów. Na całe szczęście, mają oni w zanadrzu tajną broń: władającego potężną magią czarnoksiężnika Merlina (to wcale nie jest fabuła filmu Król Artur: legenda miecza, który także gości obecnie na ekranach kin). Legendarny mag (świetny Stanley Tucci) to przede wszystkim pijak i mitoman, ale żyjący w komitywie z ukrywającymi się w starym statku kosmicznym mechanicznymi rycerzami, którzy poproszeni o pomoc zamieniają się w trzygłowego smoka i zmiatają najeźdźców z powierzchni ziemi. Wystarczy? 


Później jest jeszcze ciekawiej. W grę wchodzi bowiem bractwo, którego tajemnic strzeże ujmujący Anthony Hopkins oraz jego mechaniczny lokaj o głosie Carsona z Downton Abbey, pewna atrakcyjna pani profesor z Oxfordu (filmowana tak, by w kadrze zawsze znalazł się jej głęboki dekolt) oraz niezłomny Cade Yeager grany przez mojego ulubionego everymana, Marka Wahlberga. Ciekawe, że na dalszy plan schodzą same tytułowe Transformery. Znane z poprzednich filmów mechaniczne postaci pojawiają się rzadko, wygłaszają gimnazjalne onelinery i szybko ustępują pola ludzkim bohaterom. 


Film Transformers: Ostatni Rycerz nie jest całkowicie pozbawiony zalet: zdecydowanie największą jest świetnie bawiący się Anthony Hopkins, który przewrotnie wychodzi z narzuconej mu chociażby w Westworld roli mędrca. Jednak najnowszy film Michaela Baya to nadal przede wszystkim grubymi nićmi szyta mozaika wybuchów, epickiego slow motion, papierowych postaci i elementów pretekstowej fabuły. Na dodatek stanowczo za długa, bo Transformers: Ostatni Rycerz trwa aż 148 minut, a jego ostatni akt jest rozciągniętą do granic możliwości feerią efektów specjalnych, które niezależnie od swojej jakości, szybko się nudzą. To zdecydowanie nie są najpiękniejsze fajerwerki ever. 

czwartek, 8 czerwca 2017

"Wonder Woman"

Bawiłam się na Wonder Woman jak dziecko i cieszę się, że ten film wreszcie powstał. Jeszcze kilka lat temu w internetowym programie dyskusyjnym W 16 rzędzie* zastanawiałam się wraz z innymi dyskutantkami, kiedy doczekamy się filmu o cudownej kobiecie i jaki będzie tego efekt. Starałam się jednak nie łudzić: Wonder Woman to trochę pozycja wymuszona, stworzona z obowiązku włączenia do filmowo-komiksowego uniwersum wyrazistej, pierwszoplanowej postaci kobiecej. Na całe szczęście w produkcji nie czuć specjalnego przymusu, a dzielna Amazonka skutecznie wymyka się zaklasyfikowaniu jako atrakcyjny token. Przez moją nikłą znajomość komiksowego środowiska narażę się pewnie na krytykę, jednak jestem niemal pewna, że Wonder Woman ratuje nie tylko świat, ale także filmowe uniwersum DC.


Ocena "8" dumnie pręży się już na moim filmwebowym koncie sugerując spore wrażenie jakie zrobiła na mnie Wonder Woman. To oczywiście prawda, jednak dla formalności jestem zmuszona zaznaczyć, że mam świadomość licznych niedociągnięć filmu i snyderowskiej maniery wyzierającej z niektórych scen (slow motion!). Szczególnie irytujące okazały się sekwencje na wyspie Amazonek, rażące źle zrealizowanym CGI, sztucznymi walkami oraz ciężkim akcentem postaci granych przez Connie Nielsen i Robin Wright. Parsknęłam także szyderczym śmiechem przy okazji koszmarnej animowanej sekwencji streszczającej historię walecznych kobiet, w której barokowe malarstwo morfowało płynnie w kiczowatą animację 3D.


Na całe szczęście im dalej, tym lepiej. Pojawienie się dorosłej Diany, granej przez Gal Gadot (na zachwyty nad nią przyjdzie jeszcze czas) oraz dzielnego lotnika w osobie Chrisa Pine'a dodało filmowi nowej energii. Między bohaterami czuć było wyraźną chemię, a ich niezręczności i zakłopotanie w scenach "obyczajowych" były prawdziwą perełką. Uwagę zwracały także postacie drugoplanowe, przede wszystkim zaradna sekretarka Etta (Lucy Davis) oraz niespełniony aktor Sameer (Said Taghmaoui). Trochę brakowało w tym wszystkim wyrazistego złoczyńcy, jednak taka taktyka nie jest pozbawiona sensu, bowiem jak przekonuje film, zło czai się w każdym z nas.


A skoro już o aktorach mowa - Gal Gadot jest zdecydowanie najjaśniejszą gwiazdą na tym filmowym firmamencie. Jej Wonder Woman to z jednej strony doskonała wojowniczka i przepiękna kobieta, której urody nie zepsują nawet okulary (ekhem, ekhem), a z drugiej naiwna Pollyanna przekonana o ludzkiej szlachetności oraz czerpiąca wiedzę o cielesnych przyjemnościach z książek. To zdecydowanie Wonder Woman na miarę naszych oczekiwań. 


* Jeśli ktoś zapragnąłby zapoznać się z jego treścią, zapraszam tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=GPtDkuPpjsw. Na usprawiedliwienie swojej sztuczności i sztywności dodam, że było to dwa lata temu, spóźniłam się na nagranie, bo zaspałam i miałam na sobie pożyczoną ze sklepu bluzkę. 

wtorek, 6 czerwca 2017

"Sieranevada"

W przeciwieństwie do filmu, ja będę się streszczać. Niemal trzy godziny Sieranevady podkopały moje przekonanie, że wytrzymam każdą, nawet najdłuższą projekcję, o ile tylko będę najedzona i wyspana. Kiedy pierwszy raz popatrzyłam na zegarek, do końca została jeszcze ponad godzina, a ja już czułam, że zaraz wybiegnę z kina i sprintem udam się na Plac Centralny. Wszytko, by tylko wyzwolić się od zaduchu Sieranevady


Cristi Puiu, w swoim najnowszym filmie w mistrzowski sposób osiągnął wrażenie duchoty, zamknięcia i oddzielenia. Jest ono tak silne, że trzeba niemal walczyć z podświadomą chęcią przewietrzenia zadymionych dymem papierosowym małych, zagraconych pokoików, ciasnego mieszkania w rumuńskiej stolicy, gdzie w szczytowych momentach stłoczonych jest aż 16 osób. W tych klaustrofobicznych wnętrzach rozgrywa się niezwykły rytuał, którego rytm wybijają nieustannie zamykane za sobą drzwi, będący w istocie stypą po nestorze rodu, Emilu. 


Zmarły nie pojawia się jednak prawie w ogóle w rozmowach gości i domowników. Taka reakcja obronna organizmu oraz próba omijania bolesnego tematu, prowadzi do nawarstwienia się codzienności wraz z jej wszystkimi absurdami. Przebywający w mieszkaniu tłoczą się, odpalają papierosa od papierosa, oblewają zupą, pogrążają w teoriach spiskowych i wywlekają na światło dzienne problemy w związkach. Wszyscy czekają na Godota, którym początkowo wydaje się być utknięty w korku ksiądz, a następnie upragniony przez wszystkich obiad, majaczący u kresu drogi niczym oaza na pustyni. Nieprzypadkowo współtwórca teatru absurdu, Eugene Ionesco pochodził z Rumunii. 


Cristi Puiu, reżyser Śmierci Pana Lazarescu (2005) i Aurory (2010) przez trzy godziny zwodzi nas, obiecując rychły zwrot rozdrobnionej akcji, trzęsienie ziemi, a w ostateczności zakończenie doczesnych mąk. Nic takiego jednak nie następuje. Oczami kamery cierpliwie obserwujemy scenki rodzajowe, kolejne czechowowskie strzelby (w rodzaju półprzytomnej Chorwatki ograniczającej się do wymiotowania poza kadrem) nie wypalają, a my pozostajemy uwięzieni w liminalnej przestrzeni korytarza. Niewykluczone jednak, że znajdujemy się tam w towarzystwie głównego bohatera filmu, zmarłego Emila, czekającego na dopełnienie wszystkich rytuałów pozwalających mu na przejście na drugą stronę. 


Intelektualnie i socjologicznie Sieranevada była dla mnie intrygującym wyzwaniem: jestem szczerze zaskoczona jak bardzo przypominamy Rumunów w swojej mentalności, języku i zachowaniach (vide: scena z parkowaniem). Jednak jako doświadczenie kinowe, najnowszy film Puiu stanowił dla mnie (i moich wytrwałych współwidzów) prawdziwą drogę przez mękę. 

sobota, 13 maja 2017

"Ania" / "Anne With an E"

So, we meet again... "Ania z Zielonego Wzgórza" była przekleństwem mojego dzieciństwa. Mogę śmiało powiedzieć, że nieustannie łypiąc na mnie złym okiem z półki, zyskała status mojego arcywroga. Nie leżała tam bezczynnie - czytałam ją uważnie, wzdychając co pewien czas i przewracając oczami na wszelkie możliwe strony. Przez większość świadomego dzieciństwa oraz cały okres nastoletni, książki Lucy Maud Montgomery kojarzyły mi się ze wszystkim co najgorsze i zajmowały to samo miejsce co znienawidzone przeze mnie sukienki z falbankami, w które moja niestrudzona mama próbowała mnie co pewien czas wtłoczyć. Możecie więc się domyśleć, że decyzja o sięgnięciu po świeży serial Anne With an E, który właśnie pojawił się na Netflixie była bardzo trudna i wymagała sporej odwagi. 


Najwyraźniej jednak warto czasami zebrać siły i wyjść ze swojej strefy komfortu. Ilość łez wzruszenia jakie wylałam nad Anne równa się jedynie z najlepszymi odcinkami Downton Abbey, a takiego binge-watchingu nie uskuteczniałam od dawnych czasów mojego pierwszego zauroczenia braćmi Winchester, które zaowocowało pochłonięciem na raz trzech sezonów Supernatural. Czyżbym więc nareszcie dorosła do Ani, wyzbyła się dziwacznego uprzedzenia i zrozumiała jej niezwykły urok? 


Niestety wygląda na to, że przyczyna mojego zachwytu serialem jest zupełnie inna. Jak słusznie podpowiadają recenzje, Anne With an E niewiele ma wspólnego z radosną atmosferą książek Montgomery. Serialowa Ania to dziewczynka po przejściach, dręczona przez demony przeszłości, które przypominają jej się co pewien czas w formie ponurych flashbacków. Bujanie w obłokach i wielka wyobraźnia wydają się sposobem ucieczki od doznanych krzywd, reakcją obronną organizmu, który pod wpływem traum zamyka się w bezpiecznym, wykreowanym przez siebie świecie. Serialowa bohaterka to Ania Shirley z PTSD, której ekscentryzm wcale nie miał pozytywnej genezy. Nieco zbyt mroczne jak na ujmujące krajobrazy kanadyjskiej Wyspy Księcia Edwarda, prawda? 


Ponadto niemal wszystkie zamieszkujące serialowe Avonlea kobiety to (w mniejszym lub większym stopniu) feministki. Z emancypacją flirtują zrzeszone w klubie książki młode matki, sama Ania niejednokrotnie daje wyraz swojej niezależności i nowoczesnego myślenia, a nawet konserwatywna Maryla przychyla się do niektórych postępowych pomysłów. 


Nawet najwięksi przeciwnicy takiej wizji życia na Zielonym Wzgórzu, zgodzą się jednak ze mną, że twórcy serialu poczynili bardzo dobre decyzje obsadowe. Amybeth McNulty idealnie pasuje do niezwykłej tytułowej bohaterki, nie tylko ze względu na uderzające podobieństwo zewnętrzne. Ania w tym wydaniu potrafi być równocześnie irytująca i ujmująca, piękna i brzydka, inteligentna i kompletnie głupia. Jest oceanem niejednoznaczności, zachwycającym charyzmą i energią. Bardzo dobrze sprawdza się także R.H. Thomson w roli Mateusza (choć motywacje jego postaci pozostają czasami zagadką) oraz Geraldine James jako jego oschła siostra, Maryla. A mogło być znacznie gorzej: w tym miejscu należy przypomnieć ubiegłoroczny film telewizyjny o Ani, w którym w roli Mateusza wystąpił Martin Sheen (załączam dowód). 

Warto wspomnieć także o niezłym Lucasie Jade Zumannie w roli zawadiackiego Gilberta. 
Podejrzewam, że dla fanów rudowłosej Ani i oddanych czytelników książek opisujących jej losy serial będzie bolesnym rozczarowaniem. Dla mnie jednak to jedyna forma Ani jaką nadal jestem w stanie przyjąć. Zaczęłam po angielsku, więc po angielsku skończę: one man's trash is another man's treasure.


niedziela, 23 kwietnia 2017

#10 filmów z tegorocznej OFF CAMERY

Już 28 kwietnia startuje 10. edycja festiwalu NETIA OFF CAMERA. Większość z was pewnie wie, że jestem związana z tym wydarzeniem poniekąd zawodowo: moje teksty pojawiają się czasem na ich oficjalnej stronie. Ostatnio zdarzyło mi się pisać m.in. o modernizmie, kosmosie, a także komentować program festiwalu w Cannes.  Jednak dzisiejszy post ma charakter całkowicie prywatny i nie był w żaden sposób przez nikogo zamawiany (czyt. opłacany). Jego cel jest prosty (i mam nadzieję pożyteczny). Z ogromu prezentowanych na festiwalu filmów wybieram dokładnie 10 wartych zobaczenia. Powody ku temu są różne, tak samo jak i moje oczekiwania wobec poszczególnych produkcji. Szczegóły poniżej. 

#1. "Free Fire", reż. Ben Wheatley


Poprzedni film Wheatleya, High-Rise, był niewątpliwym objawieniem. Hipnotyzująca stylistyka futuro-retro, piękny Tom Hiddleston oraz Jeremy Irons "będący z zawodu modernistą" wprawiały w zachwyt, a sam film stawał się wdzięcznym podmiotem do analizy (której ja sama się niestety nigdy nie podjęłam, pewnie z powodu nieznajomości książkowego oryginału). Nowy film reżysera, Free Fire to zupełnie inna bajka: krwawa, komediowa i z doborową obsadą (Sharlto Copley, Brie Larson, Cillian Murphy, Armie Hammer). Jak sugeruje zwiastun, akcji i brytyjskiego humoru zdecydowanie tu nie zabraknie. 

#2. "Jutro będziemy szczęśliwi" / "Demain tout commence", reż. Hugo Gelin


Przyznaję - współczesne francuskie komedie pozostają dla mnie zagadką (może zmieni to planowana wycieczka nad Loarę), choć zdecydowanie doceniam ich pożyteczność i poprawiające nastrój działanie. Nie jestem wielką fanką Nietykalnych, ale za to wypłakałam morze łez na sentymentalnym Rozumiemy się bez słów, więc sądzę, że zniosę też Omara Sy w roli zaskoczonego, samotnego ojca. 

#3. "Miss Sloane", reż. John Madden


Jessica Chastain walczy z systemem zarówno na ekranie, jak i poza nim. W Miss Slone wciela się w rolę lobbystki, zmagającej się z amerykańskimi producentami broni, natomiast w życiu domaga się zrównania płac aktorów i aktorek. Imponujący idealizm, wart zobaczenia. 

#4. "Młodzi przebojowi" / "Sing Street", reż. John Carney


"No women can tuely love a man, who listens to Phil Collins". Możemy spierać się co do prawdziwości tego padającego w Sing Street stwierdzenia, jednak nie możemy zaprzeczyć, że muzyka stanowi dobrą drogę do serca ukochanej. Po ten sprawdzony sposób sięga irlandzki nastolatek będący głównym bohaterem Sing Street. Czy film rzeczywiście jest hitem na miarę ujmującego Once? Najwyższa pora się przekonać. 

#5. "Monstrum" / "Colossal", reż. Nacho Vigalondo


Monstrum to jeden z najdziwniejszych monster-movies ostatnich lat. Najwyraźniej chodzi w nim o to, że zmagająca się z alkoholizmem i chronicznym bezrobociem Anne Hathaway, posiada swoje gigantyczne alter ego, które kroczy ulicami koreańskiego Seulu, niszcząc wszytko na swojej drodze. Ten opis to chyba wystarczająca zachęta, by zobaczyć film.
  
#6. "Other People", reż. Chris Kelly



Czarne komedie o poważnych chorobach (w tym nowotworach) to kontrowersyjny sposób na polepszenie sobie humoru. Trudno powiedzieć do kogo są adresowane i jakie mają przełożenie na rzeczywisty proces zmagania się z chorobą. Jednakże ponieważ często są okazją do katartycznego wręcz łkania lub uronienia kilku łez, mają swoich zwolenników. Other People wydaje się w oszczędny sposób dysponować irytującym dla wielu sentymentalizmem, ponadto był filmem otwarcia festiwalu w Sundance. Może więc warto po niego sięgnąć?

#7. "Szatan kazał tańczyć", reż. Katarzyna Rosłaniec



Polski rodzynek w zestawieniu. Świat prezentowany przez Katarzynę Rosłaniec (np. Galerianki, Bejbi blues) jest mi dość obcy, podobnie jak jej ekscentryczni bohaterowie. Wydaje mi się jednak, że rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Polscy młodzi są nie tylko gniewni, ale też cholernie zagubieni w nowoczesności wymagającej sukcesów, modnych, nietuzinkowych ubrań, relaksującego hobby, czasu na imprezy i szaleństwa, a także wiecznego bycia online. Instagram to nie moja aplikacja, ale zdarza mi się jej używać by poczuć przynależność do tej równoległej rzeczywistości. Z podobnych powodów zobaczę Szatan kazał tańczyć

#8. "The Edge of Seventeen", reż. Kelly Fremon Craig 


Nie wiem jak wy, ale ja stęskniłam się za charyzmatyczną Hailee Steinfeld, która zachwyciła widownię w 2010 roku rolą w Prawdziwym męstwie braci Coen. The Edge of Seventeen to znacznie weselsza wizja dorastania niż ta zaserwowana nam niedawno przez Netflix w serialu Trzynaście powodów. Tu główna bohaterka nie zostaje sama ze swoimi problemami, a z samobójczymi myślami pomaga jej się mierzyć Woody Harrelson. Oczywiście ekscentryczny i zachwycający jak zwykle. 

#9. "Zaginione miasto Z" / "The Lost City of Z", reż. James Gray 


Historia z (niezwykłego) życia wzięta. Brytyjski podróżnik Percy Fawcett, mimo szyderstw ze strony naukowców i odkrywców, wierzy w istnienie zaginionej cywilizacji w samym środku brazylijskiej dżungli. Jej ukrytą w buszu stolicę nazywa "Z" i uważa, że została zbudowana na ruinach legendarnego El Dorado. Co stało się z Fawcettem? Tego niestety nie dowiemy się z Wikipedii, gdyż podróżnik (grany w filmie przez Charlie'go Hunnama) zaginął w 1925 roku podczas jednej z wypraw, wraz ze swoim synem (Tom Holland). Kto wie, może Zaginione miasto Z uchyli przed nami rąbka tej tajemnicy... 

#10. "Zwyczajna dziewczyna" / "Their Finest", reż. Lone Scherfig


Lone Scherfig kiedyś kolegowała się z von Trierem, a nawet nakręciła film zgodny z zasadami Dogmy (Włoski dla początkujących). Po jakimś czasie porzuciła jednak charcząco-gardłowy duński by zamienić go na znacznie łatwiejszy fonetycznie angielski. Zwyczajna dziewczyna to nie jej pierwsza, z ducha brytyjska opowieść z kobietą w roli głównej - wszak w 2002 roku Scherfig zrealizowała film Była sobie dziewczyna. Jednak w przypadku najnowszego tytułu, nostalgiczna historia z czasów II wojny światowej została wzbogacona o silny wątek filmowy: główna bohaterka (grana przez Gemmę Arterton) jest scenarzystką na planie propagandowej, wojennej produkcji. Autotematyzm w filmie? Lubimy to!