środa, 7 lutego 2018

[Oscarowo] "Dusza i ciało" / "Testről és Lélekről" oraz kinowe doświadczenie z Kijowa

Jeszcze do wczoraj wydawało mi się, że to Niemiłość, najnowszy film Andreja Zwiagincewa, jest murowanym kandydatem do Oscarem w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny". Teraz nie jestem tego już taka pewna. Da się jeszcze w Krakowie na kilku pojedynczych seansach zobaczyć Duszę i ciało, przedziwny film Ildiko Enyedi opowiadający subtelną historię miłosną rozgrywającą się w rzeźni, miejscu całkowicie pozbawionym subtelności. I zdecydowanie warto skorzystać z tej okazji. 


Jednak zanim o samym filmie, muszę podzielić się pewnym kinowym doświadczeniem. Dusza i ciało dogorywa już (sic!) na naszych ekranach, dlatego by ją zobaczyć musiałam udać się do Kina Kijów, które odwiedzam raczej rzadko. Ostatni raz byłam tam kiedy przygotowywałam się do audycji radiowej o amerykańskim filmie religijnym. Kijów oferuje bowiem około południa "seans z duszą", podczas którego wyświetla produkcje o mocno duchowym i kościelnym zabarwieniu. Oglądanie Zerwanego kłosa generalnie jest doświadczeniem granicznym i mocno niepokojącym, lecz towarzystwo pięciu zakonnic oraz dwóch pań obracających w dłoniach różaniec, tylko to potęguje. 

Kadr z filmu Zerwany kłos
W każdym razie – pokaz Duszy i ciała odbywał się w sali kameralnej. Wiedziałam, że Kino Kijów posiada dwie małe sale. Przekonałam się o tym dość boleśnie, kiedy chciałam zobaczyć już bliżej nieokreślony film w największej sali kinowej w Krakowie, a zaoferowano mi ekran wielkości chustki do nosa. Jednak sala kameralna brzmiała tajemniczo, nieznanie. I słusznie –  jest to nowo stworzona przestrzeń projekcyjna, ukryta, niczym traumatyzujący pokoik Harry'ego Pottera, pod schodami. Pamiętacie dawną kasę kina, na prawo od wejścia? Już jej nie ma, zastąpiła ją sala kameralna. 

Imponująca mozaika w foyer kina Kijów autorstwa Krystyny Zgud-Strachockiej i Bolesława Książka
Absolutnie nie krytykuję strategii Kijowa (o, jak politycznie to zabrzmiało!), jestem jednak pod wrażeniem ich pomysłu przekształcenia jednoekranowego kina z gigantyczną widownią w konglomerat małych pokoików do niemal indywidualnego odbioru. Wliczając salę klubową w podziemiach (w której oglądałam kiedyś w samotności Obcego: Przymierze), Kijów dysponuje już pięcioma salami projekcyjnymi. Zaiste niezwykłe!

Kadr z filmu Dusza i ciało
Wróćmy jednak do meritum. Dusza i ciało to budowana z niezwykłą delikatnością opowieść o miłości pomiędzy dwojgiem pracowników zakładów mięsnych. Endre jest kierownikiem – mężczyzną dojrzałym, który już stracił zainteresowanie płcią przeciwną. Romanse i związki to dla niego pieśń przeszłości, przyjemny, lecz kłopotliwy okres w życiu, który z ulga zakończył. Maria jest nowo zatrudnioną kontrolerką jakości, obsesyjnie przestrzegającą regulaminów i przepisów. Nie potrafi odnaleźć się w sytuacjach towarzyskich, ma obsesję czystości i lubi, kiedy wszystkie otaczające ją przedmioty znajdują się w idealnym porządku. 

Kadr z filmu Dusza i ciało
Opisaną dwójkę bohaterów łączy uczucie niezwykłe – także pod względem sposobu jego portretowania na ekranie. Zamiast nieustannych ukradkowych spojrzeń, skradzionych wspólnych chwil i dyskretnych muśnięć dłoni, ich miłość kwitnie we wspólnie śnionym śnie, w którym oboje są jeleniami szukającymi pożywienia. Śnie daleko wykraczającym poza wyznawane przez Marię uporządkowanie oraz nudną biurokrację dominującą w życiu Endre. 

Kadr z filmu Dusza i ciało
Dusza i ciało to film skoncentrowany na oddawaniu wrażeń, odczuć, faktur i materiałów. Obdzierane ze skóry zwierzęta w rzeźni (pokazane na szczęście bez nadmiernego epatowania okrucieństwem) przypominają o fizycznym wymiarze naszego świata, ale już ich miękkie futro, za pośrednictwem którego Maria uczy się bliskości z żywymi istotami, jest odmaterializowane, pochłaniające, wciągające w świat pozaintelektualnych przyjemności. Podobnie sami bohaterowie zawieszeni są gdzieś w sferze pomiędzy, momencie niezdecydowania, splątani swoimi przyzwyczajeniami, niedoskonałościami i uprzedzeniami. Dusza i ciało to film bardzo prosty, którego metafory jesteśmy w stanie bez problemu rozczytać w czasie projekcji, jednak równocześnie pozostawiający po sobie uczucie niepokoju. Czy spowodowane jest ono niezrozumiałymi meandrami węgierskiej duszy, czy może niekonwencjonalnym podejściem do naszej ludzkiej cielesności –  to musicie ocenić już sami. 

czwartek, 1 lutego 2018

[Oscarowo] "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" / "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri"

Trzy billboardy to momentami groteskowy dramat, korespondujący ze współczesnym zamieszaniem wokół akcji #metoo i demaskowaniem kolejnych sprawców molestowania czy przestępstw seksualnych. Główna bohaterka, Mildred Hayes, nie publikuje jednak postów w social mediach, lecz sięga po znacznie bardziej tradycyjny sposób zwrócenia uwagi społeczeństwa. Wynajmuje trzy tytułowe plansze reklamowe i wielkimi, czarnymi literami na czerwonym tle zarzuca na nich bezczynność policji, której funkcjonariusze, zamiast szukać wszelkimi możliwymi sposobami gwałciciela i mordercy jej córki, prześladują czarnoskórych zatrzymanych. 


To zdecydowanie lepszy sposób. Ebbing, Missouri to miasteczko znajdujące się właściwie poza czasem. Współczesność sugerują pojawiające się tu i ówdzie smartfony, jednak równie dobrze historia ta mogłaby się wydarzać kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat wcześniej. Główna ulica w Ebbing jest tak wąska, że z powodzeniem można zaglądnąć w okna sąsiadowi z naprzeciwka, a każdy zna się tu z każdym. Przerażająca zbrodnia jaka zostanie dokonana na nastoletniej Angeli (Kathryn Newton) wstrząsa tą małą społecznością, lecz szybko przechodzi do lokalnej historii. Mildred i jej bijące w oczy billboardy nie mogą na to pozwolić. 


Grana przez Frances McDormand bohaterka jest bezkompromisowa, oschła i ogromnie niesympatyczna. Uprzejmości i społeczne konwencje zeszły dla niej na dalszy plan - pozostała tylko rozpacz po stracie dziecka, której daje wyraz poprzez nieustanną złość i wiązanki przekleństw. McDormand powtarza swoją rolę z genialnego miniserialu Olive Kitteridge (2014), choć idzie w swojej antypatyczności jeszcze o krok dalej. Znacznie większą sympatię budzą postacie teoretycznie "winne": przede wszystkim Szeryf Bill Willoughby grany przez Woody'ego Harrelsona. Ogromnym zaskoczeniem jest także Sam Rockwell, który bawi się w Trzech billboardach swoim zwyczajowym wizerunkiem szaleńca, udowadniając, że każdy może się zmienić.


Reżyser Martin McDonagh kojarzony z takimi tytułami jak Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008) czy 7 psychopatów (2012) znakomicie wyczuwa klimat amerykańskiej prowincji. Choć sam jest Brytyjczykiem z krwi i kości, świetnie oddaje nastrój zawieszenia, braku perspektyw i specyficznego utknięcia w tym samowystarczalnym mikrokosmosie. Warto zwrócić uwagę na przykład na prace głównej bohaterki, która jest zatrudniona w sklepie z pamiątkami. Souveniry z Ebbing, Missouri? Czy jest coś równie przygnębiającego? 


Choć ciężar jaki noszą na swoich barkach bohaterowie filmu (a przez to także widzowie) jest wielki, reżyser sprawnie rozbija go czarnym humorem, w czym przypomina nieco Kennetha Lonergana i jego zeszłoroczne Manchester by the Sea. Nie przygnębia, lecz raczej próbuje odwrócić nasze utrwalone schematy myślenia i przekonania. Nie usprawiedliwia zła, ale stara się pokazać jego daleko idące konsekwencje i wszystkie możliwe komplikacje jakie ze sobą przynosi. 


wtorek, 30 stycznia 2018

[Oscarowo] "Czas mroku" / "Darkest Hour"

Zaczynam uważnie przyglądać się oscarowym kandydatom. Każdy z nich będę (a co tam, użyjmy modnego słowa) tagować w sposób następujący: [Oscarowo]. Let's go!   

W Czasie mroku wojna zostaje sprowadzona do rangi widowiskowej cut-scenki. Przypominające fajerwerki bomby wybuchają w takt muzyki, a kamera oddala się od nich na tyle szybko, by odpowiednio zdystansować widza od cierpienia rannych. W nowym filmie Joe Wrighta, na wskroś brytyjskiego reżysera Pokuty (2007) oraz Dumy i uprzedzenia (2005), nie chodzi o oddanie atmosfery wojny, jej okrucieństwa, absurdu czy przypadkowości. To zadanie Anglik zostawia Dunkierce, podobnemu pod względem tematu arcydziełu Christophera Nolana. W Czasie mroku wojna jest dokładnie taka, jak przyzwyczailiśmy się przez lata oglądając pompatyczne kino wojenne: zwycięstwo zależy przede wszystkich od charyzmatycznych przywódców, a równie ważną rolę co działania militarne, pełnią wysokie morale i porywające przemówienia. 


Z tego standardowego, choć bardzo sprawnie zorkiestrowanego wojennego teatru wybija się jeden aktor. Gary Oldman i grany przez niego brytyjski premier Winston Churchill zespalają się w jedno w zachwycającym popisie aktorskich umiejętności. Ogromna w tym zasługa także charakteryzatorów, którym udało się ukryć pod grubymi warstwami makijażu jego specyficzne, ostre rysy i zastąpić je zwalistością słynnego polityka. 


Churchill Oldmana to jedna z najlepszych ról męskich ostatnich lat i mam nadzieję, że zostanie wyróżniona nagrodą Akademii. Także dlatego, że Oldman potrzebuje Oscara. Mimo wielu świetnych ról nigdy go nie dostał, a teraz, po latach przewijania się na dalszym planie dużych produkcji, przydałby mu się zastrzyk nowej energii. Wielki comeback, przepchnięcie się z powrotem na pierwszy plan  co z tego, że w charakterystycznym pochyleniu i z nieodłącznym cygarem w ustach. 


środa, 27 grudnia 2017

10 najlepszych filmów 2017 roku

To już TEN czas. Pora podsumowań i zestawień, z których niewiele wynika, choć można po nich wyrokować o gustach, fascynacjach i skrzywieniach. Stworzenie osobistego rankingu filmów roku to zawsze trudne doświadczenie. Podczas pisania nieustannie towarzyszy mi przekonanie, że o czymś zapomniałam, a jakaś perełka pozostała ominięta i niedoceniona. Równocześnie jak wyrzut sumienia rzucają mi się w oczy tegoroczne filmy, których jeszcze nie widziałam (tak tak, pamiętam o was). Mimo wszystko zapraszam do zapoznania się z moim osobistym zestawieniem 10 najlepszych filmów, składającym się z dwóch kategorii: polskich premier w 2017 roku oraz filmów, które nie trafiły w tym roku do polskiej dystrybucji. Kolejność przypadkowa!


PREMIERY 2017

#1. "Dunkierka" ("Dunkirk", reż. Christopher Nolan)


#2. "Baby Driver" (reż. Edgar Wright)


#3. "Ptaki śpiewają w Kigali" (reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze)


#4. "The Florida Project" (reż. Sean Baker)


#5. "A Ghost Story" (reż. David Lowery)


#6. "Uciekaj" ("Get Out", reż. Jordan Peele)


#7. "The Square" (reż. Ruben Östlund)


FILMY SPOZA POLSKIEJ DYSTRYBUCJI

#8. "Good Time" (reż. Josh i Benny Safdie)


#9. "Niemiłość" (reż. Andriej Zwiagincew)


#10. "Tamte dni, tamte noce" ("Call Me By Your Name", reż. Luca Guadagnino)



A teraz skoro udało mi się utrzymać wasze zainteresowanie: 
idą zmiany, bo jak się coś robi, to trzeba robić to porządnie. Walczę z blogowaniem już przez siedem lat (aua) i najwyższa pora aby odświeżyć nieco formułę tego zmagania. Szczegóły i pierwsze efekty już w nowym roku.
Stay tuned! 


piątek, 3 listopada 2017

8. American Film Festival

Ósma edycja American Film Festival zakończyła się w ubiegłą niedzielę, nadszedł więc czas na garść pofestiwalowych refleksji. Słabe ze mnie zwierze festiwalowe. Właściwie już od drugiej, najpóźniej trzeciej projekcji danego dnia myślę tylko o tym żeby się położyć (lub wstać i nigdy już nie siadać) i na spokojnie przetrawić wszystkie treści jakie dotarły do mnie z wielkiego ekranu. Chciałabym zachować w sobie dłużej ciepło Tamtych dni, tamtych nocy czy pulsującą energię Good Times., jeszcze chwilę powzdychać do Armiego Hammera czy pogłowić się nad postacią graną przez Joaquina Phoenixa w Nigdy cię tu nie było. Niestety festiwale (zwłaszcza w przypadku kiedy wrodzona zachłanność zmusza do uczestniczenia w pięciu projekcjach dziennie) nie dają takiej możliwości. Są oczywiście znakomitą okazją żeby zobaczyć filmy przed ich oficjalną premierą oraz nadrobić trudno dostępne tytuły. Pytanie jednak jak taki zmasowany zalew treści, powodujący kompletne przebodźcowanie, wpływa na jakość odbioru. 

Party like Armie Hammer (Tamte dni, tamte noce)
Dobrze, ale wystarczy już narzekania, ponieważ najwyższa pora podsumować festiwalowe wrażenia. Spośród zobaczonych 23 filmów (w tym jednego poza Kinem Nowe Horyzonty, w ramach odreagowywania braku biletów na galę otwarcia) wybrałam 6 moim zdaniem najlepszych. Kolejność nieprzypadkowa!

#1. Call Me By Your Name / Tamte dni, tamte noce


Wydaje mi się, że ten film lepiej się ogląda, niż się o nim pisze. W gruncie rzeczy to trochę fabularny bałagan, pełen ponadnarodowej, intelektualnej bufonady. Nikt nie ma tu problemów materialnych, wszyscy doskonale dogadują się w obcych językach, a słoneczna Italia wygląda świetnie nawet w strugach deszczu. Mimo to Tamte dni, tamte noce ogląda się świetnie, a dominującym wrażeniem po projekcji jest rozlewające się po ciele ciepło. Ta delikatna, opowiedziana z wyczuciem i humorem historia wakacyjnych romansów jest całkowicie naturalna i pozbawiona pretensjonalności. Swoboda obyczajowa jest logiczną konsekwencją wakacyjnego odprężenia, a rodzący się gejowski romans, choć pozbawiony spektakularnych wybuchów emocji, przekonuje do siebie bardziej niż niejedna wielka historia miłosna. Pozytywne filmowe wrażenia są zasługą znakomitych aktorów zgromadzonych na planie przez reżysera, Lukę Guadanino (Jestem miłością, Nienasyceni). Od Armiego Hammera balansującego pomiędzy żydowską tożsamością a wizerunkiem aryjskiego, postawnego Skandynawa trudno oderwać wzrok, podobnie jak od pełnego młodzieńczego uroku Timothee Chalameta. Całość dopełniają nieco wycofani Amira Casar oraz Michael Stuhlbarg jako najbardziej wyrozumiali rodzice świata. 

#2. Good Time


Nigdy nie sądziłam, że wystawię tak wysoką ocenę filmowi w którym główną rolę gra Robert Pattinson. Dawny wampir Edward z niesławnej serii Zmierzch (2008-2012) zdołał skutecznie pozbyć się połyskliwego wizerunku romantycznego kochanka - i chwała mu za to! W Good Time, stworzonym przez braci Safdie (ważne postaci amerykańskiego kina niezależnego), Pattinson wciela się w rolę złodzieja, uczestniczącego w napadzie na bank. Przedsięwzięcie nie idzie jednak po jego myśli i rozpoczyna całą serię niefortunnych zdarzeń, rozgrywających się na przestrzeni jednej, wyjątkowo pechowej nocy. Good Time sprawia wrażenie filmu rodem z poprzedniej epoki. Pulsujące światła, iście postmodernistyczny montaż i sposób opowiadania oraz natrętna elektroniczna muzyka przypominają najwcześniejsze filmy Nicolasa Windinga Refna, na czele ze słynnym Pusherem (1996), natomiast fabuła przywodzi na myśl inny film, także pokazywany podczas 8.AFF: Po godzinach Martina Scorsese. 

Od lewej: plakat filmu Po godzinach (1985, reż. M. Scorsese) i Good Time (2017, reż. bracia Safdie)

#3. The Florida Project


The Florida Project to kolejny film Seana Bakera, reżysera fenomenalnej Mandarynki z 2015 roku. Mandarynka zwróciła na siebie uwagę przede wszystkim nietypowym sposobem realizacji (była kręcona iPhonem), a także zupełnie oderwanym od zwyczajowych konwencji potraktowaniem świątecznej atmosfery. Głównymi bohaterkami były transseksualne prostytutki przemierzające Los Angeles w celu wyrównania rachunków ze zdradzieckim byłym chłopakiem jednej z nich. Swój kolejny film, Sean Baker także osadza w znanym nam ze słyszenia i kultury popularnej miejscu, jednak pokazuje je w sposób dalece inny, zdecydowanie pozbawiony uroku. The Florida Project ukazuje środowisko mieszkańców moteli, którzy ze względu na rozliczne problemy nie są w stanie opłacić zwykłego mieszkania. Tkwią więc w małych, anonimowych pokojach, przeznaczonych na krótki pobyt dla przejeżdżających turystów. Choć okoliczności nie są sprzyjające, życie toczy się tam normalnym rytmem pracy, obiadów, wspólnego oglądania telewizji. Beznadzieję sytuacji najmniej odczuwają biegające po motelach dzieci, których wyobraźnia pozwala na beztroską zabawę w nawet najbardziej obskurnych wnętrzach. To własnie one, ze swoimi zabawami i podpatrzonymi u dorosłych zachowaniami są głównymi bohaterami filmu Bakera. Partneruje im jeden z najbrzydszych aktorów Hollywood, Willem Dafoe, grający menadżera motelu, a za razem poczciwego anioła stróża dziecięcej gromadki. 

#4. A Ghost Story


Wszyscy którzy mnie znają, doskonale wiedzą że powolna narracja nie jest tym, co Kaje lubią najbardziej. Atmosfera wyciszenia, pustki i pewnej wszechogarniającej powolności jest jednak doskonałym sposobem do opowiadania o stracie. A Ghost Story w nielineralny i zdecydowanie nieklasyczny sposób przedstawia zmagania młodej dziewczyny (Rooney Mara) z bezsensowną śmiercią ukochanego (Casey Affleck). Choć fizycznie nieobecny, nadal jest jednym z najważniejszych elementów jej życia, co zostało podkreślone za pomocą niezwykle prostego zabiegu. Affleck po śmierci pojawia się w życiu bohaterki jako klasyczny halloweenowy duch - postać, nakryta długim, białym prześcieradłem. To dziecięco proste rozwiązanie rozbija nasze przyzwyczajenia i paradoksalnie nadaje historii prostotę oraz pozbawia ją pretensjonalności. A Ghost Story to przejmujący, przygnębiający i niezwykle smutny film, idealnie pasujący do deszczowego listopada przepełnionego refleksją nad przemijaniem oraz wspomnieniami o bliskich zmarłych. 

#5. Wielka czerwona jedynka / The Big Red One


Program tegorocznego Americana zawierał retrospektywę Samuela Fullera, jednego z najciekawszych amerykańskich reżyserów, który realizując filmy już od lat 50., zawsze stawiał na artystyczną niezależność. Wielka czerwona jedynka to produkcja z 1980 roku, zawierająca przegląd niemal wszystkich najważniejszych wydarzeń II wojny światowej. Tytułowy oddział, dowodzony przez Lee Marvina (wśród jego żołnierzy znajduje się m.in. młodziutki Mark Hamill) zaczyna swoje wojenne zmagania od frontu afrykańskiego, później przez Sycylię dostaje się do Włoch, bierze udział w inwazji na Normandię, a nawet wyzwalaniu obozów koncentracyjnych. Wielka czerwona jedynka nie jest jednak klasyczną wojenną opowieścią o bohaterstwie i wzniosłych ideałach. Wielka historia jest tu przerywana licznymi scenkami rodzajowymi, balansującymi na granicy groteski i grozy. Zaskakujące sekwencje porodu czy wybuchu miny przeciwpiechotnej przypominają, podobnie jak niedawna Dunkierka, że wojna pełna jest absurdów i zbiegów okoliczności, a heroizm to raczej tylko czysto teoretyczny konstrukt. 

#6. The Disaster Artist

"Hi, doggy."

Jak wiadomo najdziwniejsze historie pisze samo życie. Skutecznie przypomina o tym The Disaster Artist opowiadający o najgorszym filmie świata. The Room (2003), bo o nim właśnie mowa, zyskał już status kultowy. Jego pokazy po dziś dzień odbywają się w niektórych kinach, a ludzie z zapamiętaniem rzucają w ekran plastikowe łyżeczki i na głos wypowiadają wybrane kwestie. By dowiedzieć się jak do tego doszło, James Franco, reżyser The Disaster Artist, przedstawia tajemnicze losy samozwańczego filmowca i aktora Tommy'ego Wiseau, który po serii castingowych niepowodzeń decyduje się na zrobienie własnego filmu wspólnie ze znacznie bardziej utalentowanym przyjacielem Gregiem Sestero. 


The Disaster Artist to autotematyczna, kinofilska zabawa, odtwarzająca krok po kroku tworzenie najlepszego-najgorszego filmu wszech czasów. Oprócz Franco w roli ekscentrycznego Tommy'ego Wiseau na ekranie pojawiają się także Dave Franco jako Greg Sestero, a także Alison Brie i Seth Rogen. Ponadto w drobnych epizodycznych rolach można dostrzec wiele innych znanych postaci - czasami zupełnie do siebie niepodobnych. Seans The Disaster Artist najlepiej poprzedzić powtórką The Room, bowiem twórcy filmu odtwarzają kolejne sceny, bezpośrednio cytując dialogi i starają się naśladować zachowanie aktorów. Jak im to wyszło, będziecie mogli się przekonać 8 lutego, bowiem wtedy The Disaster Artist zdecydowanym (być może oscarowym?) krokiem wejdzie na polskie ekrany. 

środa, 4 października 2017

"Botoks"

Najwyższa pora, żebym i ja dorzuciła swoje trzy grosze do dyskusji o Botoksie. Przez wiele lat skutecznie ignorowałam filmy i seriale Patryka Vegi, spotykając się z wykreowanym przez niego światem tylko na kilkadziesiąt minut (dokładniej mówiąc na czas projekcji Służb specjalnych). Jednak nie sposób zignorować rodzimych produkcji osiągających tak niewiarygodny sukces frekwencyjny jak kolejne odsłony reżyserskiej działalności Vegi: Pitbull. Niebezpieczne kobiety i obecny na ekranach Botox


Tkwiąc od lat w światku polskiej policji, Vega stworzył solidną markę. Jego filmy były mocne, pełne przekleństw, obnażające (rzekome?) patologie władzy i służb mających w naszym kraju monopol na stosowanie przemocy. Opowiadały o mafii paliwowej, skorumpowanej policji, seksizmie i beznadziejnie niskich zarobkach. W formie coraz bardziej przypominały hollywoodzkie kino akcji, w którym ważniejsze od fabularnej logiki są imponujące wizualnie ustawki, strzelaniny czy spontaniczne romanse. Wieloletnie doświadczenie sprawiło, że Patryk Vega zaczął być uważany za reżysera odnoszących sukces finansowy filmów rozrywkowych, które choć może nie były przeznaczone dla specjalnie wymagającej publiczności, wprowadzały pewien koloryt do polskiego kina (w którym spektakularne sukcesy kasowe zdarzają się stosunkowo rzadko). Jednak Botox to zupełnie inny przypadek. 


To przede wszystkim film szkodliwy, będący paliwem dla wszystkich czerpiących wiedzę medyczną z filmików w internecie i komentarzy pod artykułami o szkodliwości szczepionek. Mimo sugestii zawartej w tytule, Botox to nie opowieść o próżnych elitach zmieniających swoje życie za pośrednictwem operacji plastycznych, lecz przedziwny wykład o nienaruszalności życia, opakowany w (podobno) atrakcyjną formę, z którego za pewne ucieszy się Ordo Iuris oraz przeciwnicy aborcji dzierżący transparenty z zakrwawionymi płodami. Ten film utwierdzi w przekonaniach wiele osób, ale wierzcie mi, to nie będzie nic dobrego. 


Swój obraz środowiska lekarskiego Vega buduje z miejskich legend i stereotypów. Zamiast prawdziwych ludzi, wprowadza do tego sztucznego świata aktorskie marionetki próbujące grać ze swoimi zwyczajowymi wizerunkami, co przynosi kuriozalne efekty. Najwyraźniej Patryk Vega ma bardzo złe doświadczenia z polską służbą zdrowia, co skłania go do krzywdzących uogólnień (po szczegóły odsyłam do "ASZdziennika"). Skoro mnie potraktowano niewłaściwie, a w prasie co chwile widzi się artykuły o niefrasobliwych lekarzach, bezdusznych pielęgniarkach i zdemoralizowanym personelu, to tak musi być wszędzie! Typowy zabieg propagandowy, czyż nie? Z resztą, co tu dużo mówić, spójrzcie na plakaty promujące film. Tagline "Leczenie grozi śmiercią" czy "Nie idź do lekarza, bo jeszcze ci coś wykryją" to chyba najgłupsze hasła jakie można wymyślić w czasach, w których tak dużą wagę przykłada się do badań profilaktycznych i wczesnego wykrywania chorób (np. nowotworów). 




Najbardziej kuriozalny jest jednak wizerunek firm farmaceutycznych kreowany w Botoxie. Te międzynarodowe korporacje, choć mieszczą się w pięknych przeszklonych wieżowcach, przypominają bezwzględną mafijną organizację, nie cofającą się przed niczym by osiągnąć upragniony zysk. Metody sprzedaży rodem z burdelu czy agencji towarzyskiej? Proszę bardzo! Łapówka w zamian za wymyślenie wyników badań klinicznych? Nie ma sprawy! Ekskluzywna wycieczka dla lekarzy, którzy przepiszą najwięcej opakowań aktualnie promowanego specyfiku? Jasne! Przez wiele lat, w moim rodzinnym domu nie mówiło się o niczym innym jak o firmach farmaceutycznych. Czasy tego rodzaju strategii przeminęły wraz z pierwszym zachłyśnięciem się kapitalizmem, a typowymi rozdawanymi lekarzom gadżetami są raczej karteczki samoprzylepne i kocyki (swoją drogą mam taki i bardzo go sobie chwalę). 


Więc pal sześć, że Botox to film źle zrobiony, chaotyczny, z drewnianym aktorstwem (vide pierwsza sekwencja filmu z patologiczną rodziną na schodach), osadzony w zupełnie wymyślonym świecie, a ponadto nieudolnie korzystający ze schematu female revenge movie. Najbardziej niepokojące jest to,  że ta powszechnie oglądana produkcja pobija rekordy oglądalności i ma potencjał zmiany rzeczywistości. Niestety - na znacznie gorsze. 

środa, 27 września 2017

"Maudie"


Umieszczony w pustej przestrzeni galerii sztuki w Halifaxie, drewniany domek Maud Lewis, kanadyjskiej malarki-prymitywistki może budzić politowanie i rozbawienie. Obrazki, którymi zdobiła wszystkie płaszczyzny, przypominają prace plastyczne małego dziecka, któremu wreszcie pozwolono na malowanie po ścianach. Opowiadający o życiu artystki film Maudie, który właśnie wchodzi na ekrany polskich kin, nie próbuje zmienić naszego postrzegania sztuki prymitywnej i godzi się z sytuacją, w której dla większości z nas dzieła Maud są naiwnymi, dziecięcymi bohomazami.


Zamiast dyskutować o istocie sztuki, film decyduje się na inne podejście. Wyjmuje domek i obrazy Maud z obcej i niegościnnej przestrzeni galerii i przywraca im ich naturalne środowisko pół-dzikiej kanadyjskiej prowincji. Zamiast stricte o sztuce, opowiada przede wszystkim o trudnym życiu tytułowej bohaterki, zmaganiach z postępującą chorobą, trudami codziennego życia w surowym klimacie i oschłym mężem-pracodawcą, stawiającym ją w domowej hierarchii poniżej psów i kur. Nawet wobec tych wszystkich trudności Maud nie traci wrodzonego optymizmu, pełnego zachwytu i uwielbienia podejścia do rzeczywistości, która logicznie rzecz biorąc powinna być dla niej wyłącznie źródłem rozczarowań. Przypomina w tym głównego bohatera Patersona, którego żadne przeciwności losu nie były w stanie ściągnąć ze ścieżki poczciwości i małych radości.


W roli tytułowej bohaterki zachwyca Sally Hawkins, potrafiąca oddać niezwykły błysk w oku posiadany przez malutką Kanadyjkę nawet w chwilach gdy jej oporne ciało odmawiało posłuszeństwa. Pewne zastrzeżenia może budzić sposób przedstawienia relacji Maud z mężem, skłonnym do przemocy gburem, w którego z powodzeniem wciela się Ethan Hawke (równocześnie przekonując wreszcie, że potrafi grać). Romantyczna lub wręcz sentymentalna wersja tego dziwacznego związku nie wynika jednak z naiwności czy nieudolności twórców filmu, lecz raczej próby pełnego oddania światopoglądu artystki, przekonującej, że nawet w brudnej, wilgotnej ruderze da się stworzyć pełen kwiatów i kolorów dom.

premiera filmu: 29 września 2017