sobota, 30 czerwca 2018

Wolf Warrior: Władca chińskiego box office

Przez lata na chińskich listach przebojów filmowych królowały produkcje z Hollywood. Do dzisiaj amerykańskie tytuły osiągają niezłe wyniki w tamtejszym box-office i to mimo szeregu utrudnień jakie sprawia rynek Państwa Środka. Na tamtejsze ekrany można wprowadzić rocznie jedynie 34 zagraniczne filmy, a wszystkie muszą zostać uprzednio zatwierdzone przez podlegające Ministerstwu Propagandy biuro. Ale Chińczycy nie gęsi i swoje blockbustery też już mają, więc nie muszą opierać swojego repertuaru wyłącznie o produkcje z zagranicy. Co więcej, to właśnie rodzime tytuły królują teraz na liście najlepiej zarabiających filmów w Chinach – szczegóły poniżej:

Wolf Warrior 2 (5.679 mld yuanów)
Operation Red Sea (3.647 mld yuanów)
Detective Chinatown 2 (3.397 mld yuanów)
The Mermaid (3.392 mld yuanów)
Szybcy i wściekli 8 (2.671 mld yuanów)

Mówiąc szczerze, jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o istnieniu pierwszych czterech tytułów. Jednakże ponieważ uwielbiam zajmować się (relatywnie) mało znanymi fenomenami filmowymi, postanowiłam wziąć na warsztat także chińskie kino popularne. Swoją przygodę zaczęłam od lidera box-office’u, filmu Wolf Warrior 2 oraz jego pierwszej części zatytułowanej po prostu Wolf Warrior.


Reżyserem oraz główną gwiazdą serii Wolf Warrior jest Wu Jing, który w filmach wciela się w postać Leng Fenga – niezłomnego żołnierza jednostek specjalnych. W pierwszej części serii poznajemy bohatera jako nieznającego kompromisów idealistę, a za razem najlepszego snajpera w Chinach, który sprzeciwia się rozkazowi dowódców i zabija brata potężnego biznesmena. Przedsiębiorca para się oczywiście brudnymi interesami w rodzaju handlu bronią i narkotykami, a jego najnowszy produkt to genetyczny wirus, atakujący wyłącznie Chińczyków (sic!). Feng nie zostaje za swój czyn wyrzucony z armii, lecz po bardzo nietypowej rozmowie kwalifikacyjnej (przeprowadzonej przez późniejszą ukochaną) zostaje członkiem najlepszej jednostki specjalnej - Wolf Warriors. Niestety już podczas pierwszych ćwiczeń jakie odbywa z nowymi towarzyszami, zostaje zaatakowany przez oddział najemników (dowodzony przez Scotta Adkinsa) przysłany przez żądnego zemsty biznesmena.


W drugiej części filmu, twórcy wykraczają daleko poza granice Chin. Tym razem Feng zostaje ukarany więzieniem za zabicie lokalnego watażki, zagrażającego rodzinie dawnego towarzysza broni. Mężczyzna, choć tęskni za armią i swoją ukochaną, po odbyciu kary najmuje się jako ochroniarz  na chińskich statkach handlowych, stacjonujących w bliżej nieokreślonym afrykańskim państwie. Jego stosunkowo beztroskie życie przerywa jednak przewrót wojskowy, w którym lokalnych agresorów wspierają także najemnicy z Europy. Feng bierze sprawy w swoje ręce i postanawia uratować nie tylko licznych Chińczyków przebywających w kraju, ale także wszystkich potrzebujących jego pomocy.


Wolf Warrior 2 to film, który z chęcią oglądnęłabym z moim Tatą w czasach, gdy oboje zachwycaliśmy się do granic możliwości hitami amerykańskiego kina akcji, a bohaterami naszej wyobraźni byli Jean Claude-Van Damme, Steven Seagal i Michael Dudikoff. Chińska produkcja bardzo silnie czepie z kina akcji lat 80 i 90, a szlachetny, choć równocześnie mający skłonność do przemocy główny bohater do złudzenia przypomina Rambo, Cobrę, Samotnego Wilka McQuade’a czy Amerykańskiego Ninję. Hollywood może i traci popularność w Państwie Środka, ale nadal stanowi silną inspirację dla tamtejszych twórców. Wolf Warrior to nie dziedzic chińskiego kina sztuk walki, lecz bliżej mu do produkcji akcji z Hong Kongu (ironia losu?) oraz wspomnianych już bestsellerów wypożyczalni video. Jedyna różnica polega na tym, że zamiast Zielonych Beretów, Marines czy Navy Seals, musimy zaznajomić się z innym oddziałem specjalnym, czyli Wolf Warriors.


Seria nie jest oczywiście tylko niewinną rozrywką. Już po opisie fabuł obu filmów widać, że mają one za zadanie przede wszystkim budować dumę z przynależności do dzielnego i szlachetnego narodu chińskiego, który nie cofnie się przed niczym by ratować swoich obywateli i uciśnione ludy całego świata. W Wolf Warrior 2 to właśnie Chiny zastępują Amerykę na stanowisku „world police” i wygląda na to, że znacznie lepiej nadają się do tej roboty, bowiem uważają wszystkich potrzebujących za równych sobie partnerów. Chińscy naukowcy nie tylko budują szpital w opanowanym przez śmiertelną zarazę bezimiennym afrykańskim kraju, ale także traktują lokalnych mieszkańców z szacunkiem, obserwując z podziwem ich kulturę, optymizm oraz… (jak wielokrotnie powtarzają chińscy protagoniści) piękne kobiety. Wolf Warrior oprócz zdobycia szturmem chińskiego box office’u z pewnością także pomoże wielu małym Chińczykom w wyborze odpowiedniej ścieżki (wojskowej) kariery. Nie ma bowiem bardziej zaszczytnego i godnego podziwu zawodu od zawodu żołnierza, a Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza to najpotężniejsze i najnowocześniejsze wojsko na świecie. A przynajmniej taką wizję rzeczywistości proponuje nam seria Wolf Warrior


Zakochałam się w tym kadrze. Pamiętacie chińskie/radzieckie plakaty propagandowe? 
Chińczycy odrobili swoją lekcję w amerykańskiej fabryce snów, od zarania dziejów rozbudzającej dumę z bycia obywatelem USA. Azjatyccy twórcy filmowi zdają sobie sprawę z siły rażenia scen bohaterskiego poświęcenia przy dźwiękach epickiej muzyki, doskonale wiedzą, że nic nie wygląda lepiej, niż łopocząca na wietrze chorągiew. Dlatego też często i gęsto wykorzystują dobrze znane nam z Hollywood motywy, zabiegi formalne i typy bohaterów, równocześnie zastępując Gwiaździsty Sztandar flagą o zdecydowanie mniejszej ilości gwiazdek, ale podobnej sile propagandowego rażenia. Oglądając Wolf Warrior 2 aż czuje się dumę z bycia Chińczykiem.

Coś w tym jest, prawda?

środa, 27 czerwca 2018

"Dziedzictwo. Hereditary"


Niewykluczone, że należę do grupy najlepszych odbiorców filmów grozy, bowiem boję się na wszystkich i na dodatek wszystkiego. Nawet lata filmoznawczej praktyki nie uodporniły mnie na jumpscary oraz czające się w mroku (i rażące sztucznością) potwory. Dlatego nieszczególnie chętnie sięgam po horrory, choć powoli zmieniam zdanie za sprawą ewidentnej rewolucji, jaka w tym gatunku ma obecnie miejsce. Uciekaj!, Coś za mną chodzi, To przychodzi po zmroku czy Ciche miejsce to filmy oryginalne, zaskakujące, przetwarzające utarte motywy i fabularne schematy. Nie przedłużając: Dziedzictwo. Hereditary jest kolejnym dowodem na odrodzenie amerykańskiego horroru.


Zaczyna się klasycznie: amerykańska rodzina mieszkająca w malowniczym domu na odludziu musi poradzić sobie ze śmiercią babci. Nestorka rodu nie była jednak typową, przekarmiającą dzieci staruszką, lecz skrytą i chłodną osobą, ukrywającą niejedną tajemnice. Kluczem do ich rozwiązania są pozostawione przez nią rzeczy (między innymi spora ilość książek o opętaniach i okultyzmie), a także osobliwe uczucie, jakim darzyła swoją wnuczkę.


Twórca filmu, Ari Aster, zdecydował się na nadanie Dziedzictwu wyjątkowego wizualnego charakteru. Rozgrywające się w domu sceny rażą teatralnością. Pokoje są wyraźnie zbyt duże, za mało zagracone, a kamera obserwuje je przede wszystkim z punktu widzenia widza. Ten niezwykły zabieg wizualny, w prosty, lecz efektowny sposób sugeruje, że obserwowany przez nas świat nie jest autonomiczny i ktoś wyraźnie nim steruje. Ponadto, jest także pomysłowym nawiązaniem do pracy głównej bohaterki (z pewnością zorientujecie się o co chodzi). Jednak Dziedzictwo swój sukces zawdzięcza nie tylko wyszukanej perspektywie czy zaskakującym zwrotom akcji, lecz aktorkom, które nadają mu kolejno: charakteru ciężkiego dramatu rodzinnego oraz niepokojącej opowieści o niezwykłym dziecku.


Wcielająca się w postać Annie Toni Collette, prezentuje cały wachlarz aktorskich umiejętności, nie rezygnując równocześnie ze swojego emploi typowej amerykańskiej matki. Jej relacje ze zmarłą rodzicielką są niezwykle złożone i emanują na życie całej rodziny. Annie kondensuje swoje traumy, sprowadza je do malowanych w skupieniu miniatur, które zamiast leczyć, wpędzają ją jeszcze głębiej w poczucie winy. Na osobny akapit zasługuje także wcielająca się w rolę nastoletniej Charlie debiutantka Milly Shapiro. Obdarzona niezwykłą urodą (moja babcia nazwałaby ją eufemistycznie „oryginalną”) hipnotyzuje i jest źródłem prawdziwej grozy.


Właściwie jedynym rozczarowaniem w Dziedzictwie był dla mnie finał filmu – zbyt typowy i odrobinę zbyt hochsztaplerski. Jednak muszę przyznać, że pod względem kreowania atmosfery film Astera zasługuje na najwyższe laury. Napięcie towarzyszące zwłaszcza ostatnim sekwencjom jest gigantyczne, a uaktywnienie drugiego planu spowodowało, że zwinęłam się w kłębek w sali niebieskiej Kina Pod Baranami i miałam poważne wątpliwości czy uda mi się wyplątać z tej pozycji. Nie umiem w horrory, ale jeśli mają wyglądać tak, jak Dziedzictwo, poświęcę się dla nich jeszcze niejeden raz.

czwartek, 7 czerwca 2018

"Zimna wojna"

Paweł Pawlikowski znów uwodzi widzów swoją wizją kina. W melodramatycznych ramach kondensuje zdobycze wielu filmowych nurtów i epok, prezentuje obrazy anachroniczne, zanurzone w polskiej historii i ludowości, choć równocześnie nadaje im ponadnarodowego i ponadczasowego charakteru. Zimnej wojny nie powstydziłaby się Nowa Fala, włoscy moderniści, Szkoła Polska ani słynni autorzy kina.


Reżyser z wielką subtelnością opowiada rozciągniętą w czasie historię o miłości niemożliwej. Kochankowie nie potrafią bez siebie żyć, jednak równocześnie współdzielona codzienność jest dla nich czystą udręką. Za sprawą niezwykłej muzyki, urastającej do rangi trzeciego, zdecydowanie najbardziej cierpliwego bohatera, Zimna wojna wprawia widownię w pełen wyciszenia trans. Film opowiada bowiem także historię powstania i rozwoju fikcyjnego zespołu ludowego "Mazurek" (w dużym stopniu inspirowanego Państwowym Zespołem Ludowym "Mazowsze"), w którym spotkają się utalentowany dyrygent i kompozytor Wiktor (Tomasz Kot) oraz intrygująca kobieta z przeszłością Zula (Joanna Kulig). Obdarzona muzycznym talentem dziewczyna jest właściwie femme fatale, ściągającą na zainteresowanych mężczyzn szereg trudności i nieszczęść. Wybuchowa, wyszczekana mistrzyni ciętej riposty wyróżnia się wśród innych członkiń zespołu wyrazistym charakterem oraz pewnym szczególnym rodzajem oportunizmu, który pozwala jej osiągać kolejne sukcesy, choć bez przekonania czy satysfakcji.


Swoją wyrazistość Zula zawdzięcza oczywiście grającej ją Joannie Kulig, potrafiącej płynnie przechodzić pomiędzy intrygującą bywalczynią salonów, oczarowującą słuchaczy swoim aksamitnym głosem a grubiańską dziewczyną ze społecznych nizin, gęsto sypiącą wulgaryzmami. Na ekranie sekunduje jej Tomasz Kot, którego rola była dla mnie prawdziwym objawieniem. Aktor tworzy zajmujący portret udręczonego amanta, w rozchełstanej koszuli i o włosach w wiecznym nieładzie, który spode łba obserwuje świat i z pokorą przygotowuje się na kolejne rozczarowania. Jego przeciągłe, nieruchome spojrzenia hipnotyzują i zawierają w sobie nieoczekiwaną dawkę erotyzmu. 


Zimna wojna to także popis scenariuszowych i operatorskich umiejętności. Nad tekstem Pawlikowski pracował wspólnie ze zmarłym niedawno Januszem Głowackim, co zdecydowanie pomogło w zbudowaniu wiarygodnego obrazu życia Polaków na obczyźnie, a także dodało dialogom ironii i dynamizmu. Pawlikowski oraz operator Łukasz Żal po raz kolejny sięgnęli po intrygujący format 4:3, niezwykle użyteczny z praktycznego punktu widzenia (bo pozwalający na zawężenie kadru i oszczędzenie na berlińskich, paryskich i jugosłowiańskich plenerach), ale też rozbijający widzowskie przyzwyczajenia, potęgujący wrażenie fragmentaryczności i braku swobody. Złośliwi dodadzą za pewne także, że jest to format wyjątkowo modny, bo większość kadrów wygląda dzięki niemu jak wystylizowane instagramowe zdjęcia z czarno-białym filtrem. Jednak nawet złośliwi przyznają, że Zimna Wojna jest jednym z najpiękniej nakręconych polskich filmów, zasługującym na wszystkie przyznawane mu wyróżnienia. 

wtorek, 22 maja 2018

"Ładunek" / "Cargo" [Netflix]

O tym, że Australia jest właściwie gotową scenerią do filmów postapokaliptycznych, wiemy już od czasów Mad Maxa. Netflix postanowił wykorzystać tą niezwykłą właściwość i właśnie tu osadził akcję rozgrywającego się w trakcie zombie apokalipsy Ładunku. Dziwna to jednak zagłada: prowincjonalna, rozgrywająca się w rozległych przestrzeniach australijskiej sawanny, gdzie zombie jest jak na lekarstwo. Choć nieliczne, stanowią jednak śmiertelne zagrożenie dla ocalałych, między innymi rodziny Andy'ego, podróżującego łodzią w poszukiwaniu bezpiecznej przystani. 


Ładunek to rozwinięcie pomysłów zawartych w krótkim metrażu pod tym samym tytułem (można go zobaczyć TU, jednak polecam zrobić to dopiero po zobaczeniu pełnego filmu), ale z pewnymi istotnymi dodatkami. W sygnowanej przez Netflixa produkcji pojawia się podobny nastrój, przeniesiona zostaje nawet ta sama, kluczowa scena oraz puenta. Dodano natomiast wyższy budżet, pełny metraż, znacznie lepszą charakteryzację, kilka znanych nazwisk (np. Martin Freeman w roli ojca rodziny) oraz temat ludności rdzennej, zaprezentowany w sposób, którego nie powstydziłby się nawet piewca australijskich bezdroży, Peter Weir. 


Spadająca na ludzi choroba, zamieniająca ich w 48 godzin w spragnione mięsa, bezmyślne potwory wydaje się karą za zbytnią ingerencję w świat przyrody. Biali, którzy przybyli do Australii, zaburzyli odwieczną równowagę wykorzystując ukryte we wnętrzu kontynentu bogactwa naturalne i obudzili tym samym siłę, która ostatecznie ich pokonała. Wskazuje na to między innymi sposób, w jaki ludzie zamieniają się w zombie: wkładają głowę do własnoręcznie wykopanego w ziemi otworu, by tam, w otoczeniu pustynnej gleby, transformować się w monstrum. Z tych mechanizmów doskonale zdają sobie sprawę Aborygeni, organizujący się w plemienne oddziały tropiące zombie. Wracając do swoich rytuałów i tradycyjnych strojów bronią się przez zarazą, którą rozumieją na zupełnie innym poziomie niż poszukujący pomocy w opuszczonych szpitalach biali Australijczycy. 


48 godzin jakie dzielą ludzi od stania się krwiożerczym potworem sugerują wyścig z czasem, nieustanne zmaganie się z uciekającymi minutami oraz kurczowe trzymanie się ostatków człowieczeństwa. Ładunek jest jednak zupełnie inny. Choć czas ucieka, całość rozgrywa się w powolnym tempie, trudno bowiem przyśpieszyć przemierzanie bezkresnych równin. Film dopisuje ciekawy podrozdział do przerobionego na wszystkie możliwe sposoby tematu zombie i może zaciekawić znacznie szerszą widownię, niż tylko fanów nieumarłych mięsożerców. 


środa, 16 maja 2018

"The Rain" / "Regnen" [Netflix]

Duński serial The Rain, sygnowany i rozpowszechniany przez platformę Netflix, niestety nie dorównuje pokrewnej europejskiej produkcji, jaką był niemiecki Dark. Choć w jednym i drugim przypadku większość akcji dzieje się w mrocznym lesie, bohaterami są przede wszystkim nastolatkowie (lub przynajmniej ludzie młodzi), a całość rozgrywa się w świecie o wyraźnie zaburzonej równowadze, to wycyzelowany, zrealizowany z ogromną dbałością o wizualne, dźwiękowe i fabularne szczegóły Dark zostawia daleko z tyłu swojego duńskiego konkurenta. 


The Rain zapowiada się nieźle przez pierwsze dwa odcinki, podczas których poznajemy większość bohaterów i orientujemy się w serialowej rzeczywistości. Na świat, a dokładnie rzecz biorąc na Danię, spada kataklizm w formie toksycznego deszczu, powodującego tajemniczą, śmiertelną chorobę. Para głównych bohaterów: nastoletnia Simone i dziesięcioletni Rasmus, w panice uciekają wraz z rodzicami do ukrytego w lesie bunkra. Niestety, ich ucieczka nie przebiega według planu, a dzieci zostają ostatecznie same w futurystycznym schronieniu. Po pewnym czasie rodzeństwo dołącza jednak do większej grupy ocalonych, przemierzających opustoszałe duńskie krajobrazy. 


Niestety, od trzeciego odcinka serial zaczyna się nie tylko komplikować, ale także znacząco traci na wiarygodności, wytraca swoją intrygującą atmosferę i nieubłaganie stacza się w kierunku średnio udanej teen dramy o zbyt wygórowanych ambicjach. Związki bohaterów, ich wzajemne konflikty i buzujące hormony, choć mają stanowić namiastkę normalności w opanowanym przez szaleństwo świecie, są w większości  nieprzekonujące, a czasem wręcz żenujące (vide scena prysznica). Również napotkane po drodze przeszkody sprawiają wrażenie przewidywalnych i schematycznych. Dla równowagi należy jednak przyznać, że stworzone na potrzeby serialu lokacje wyglądają bardzo wiarygodnie mimo ograniczonych środków, a zrujnowana Kopenhaga prezentuje się zaskakująco dobrze. 


The Rain zawiera w sobie niespełniony potencjał, który wyraźnie widać w naprawdę dobrych i trzymających w napięciu pierwszych dwóch odcinkach. Niestety większość zalet serialu ulatnia się później w nieznanym kierunku. Może zmywa je deszcz? 

niedziela, 13 maja 2018

"Avengers: Wojna bez granic" / "Avengers: Infinity War"


Widziałam nowych Avengersów chyba jako ostatnia osoba we wszechświecie. Prawdziwym wyzwaniem było jednak nie czekanie na możliwość dotarcia wreszcie do kina, ale lawirowanie w gąszczu spoilerów pojawiających się w rozmowach znajomych, ukochanych stronach ze śmiesznymi obrazkami i facebookowych postach. Muszę powiedzieć, że odniosłam niemal całkowite zwycięstwo. Uchroniłam się przed wszystkimi, z wyjątkiem ucznia podstawówki, który podczas jednej z prowadzonych przede mnie akademii filmowych postanowił podzielić się pewnym istotnym fabularnym twistem. No, ale niech mu już będzie, rozumiem potrzebę dzielenia się i opowiadania, więc wybaczam. Aha, i ostrzegam, choć to już chyba niepotrzebne: u mnie też będą spoilery.


Zawsze traktowałam superbohaterskie uniwersa jako źródło czystej rozrywki i przez lata obecności na ekranie kolejnych herosów zdążyłam się do nich przyzwyczaić. Skoro są maszynką do robienia pieniędzy, w najbliższej przyszłości nie znikną z ekranu – myślałam. Jednak w najnowszych Avengersach superbohaterskie szeregi zostają znacząco przetrzebione, a z wieloma postaciami możemy się już w przyszłości nie spotkać. To zdecydowane zaskoczenie: po finale filmu spodziewałam się raczej patosu i wzruszeń, a nie smutku i pustki.  Avengers: Wojna bez granic będzie miała swoją kontynuację (wstępna data premiery to maj 2019) i w tym kontekście rzeczywiście nasuwają się skojarzenia z niedawnym serialem Pozostawieni (2014-17). Jak poradzą sobie osieroceni bohaterzy, pozbawieni wsparcia wiernych druhów?


Niepokojący nastrój filmu wzmaga sprawca całego zamieszania – Thanos. Chyba po raz pierwszy w całym MCU mamy do czynienia z tak ludzkim i wielowymiarowym złoczyńcą, którego bestialstwo kryje w sobie ziarnko racjonalizmu. Tym bardziej przerażające, że momentami prześladowało mnie przeczucie, że w przemowach tego planującego wymordować połowę wszechświata potwora jest sporo sensu.


Psychologiczną wiarygodność Thanos zawdzięcza scenariuszowi, który pozwala mu pojawiać się nie tylko na zasadzie błyskawicznego kontrapunktu, lecz w statusie pełnowymiarowego bohatera, którego zrozumienie i poznanie jest kluczowe dla całej historii. Ogromną zaletą jest też (z roku na rok coraz lepsza) cyfrowa charakteryzacja, która nadała aktorowi Joshowi Brolinowi wygląd największego zbrodniarza galaktyki. Avengers: Wojna bez granic, mówiąc nieco enigmatycznie, to zamknięcie, ale też nowe otwarcie. Niebanalne zwieńczenie budowanej od dekady filmowej serii, w którym niczego nie można być pewnym i należy przygotować się na niespodziewane.

poniedziałek, 7 maja 2018

Podsumowanie Netia Off Camera 2018

Skończyła się majówka, a tym samym już definitywnie mogę odtrąbić koniec Festiwalu Netia Off Camera. To wydarzenie bardzo dużo nadrabia atmosferą, promocją, sugestywną identyfikacją wizualną i na prawdę mocną obecnością w przestrzeni miejskiej. Standardowe kina to tylko początek, bo oprócz nich filmy pokazywane są także na dachach, bulwarach, barkach, a sam Festiwal rozprzestrzenia się właściwie po całym Krakowie. Jeśli jednak chodzi o filmy, to przynajmniej ja w tym roku nie miałam specjalnego szczęścia. Po pierwsze, przez dłuższy czas zajmowałam się siostrzanym wydarzeniem, Canal+ SerialCon i z tego powodu ominęło mnie kilka ciekawych filmów (żeby nie było - nie żałuję, serialowo jestem spełniona). Po drugie, filmy które udało mi się zobaczyć, w znacznej większości mnie nie zachwyciły. Dlatego zamiast pierwotnie planowanych jedenastu tytułów, ostatecznie wybieram siedem filmowych propozycji, wyciągniętych z programu tegorocznej Netia Off Camery. A zainteresowanych moją pracą na samym Festiwalu odsyłam na sam dół tego posta - znajdziecie tam linki do większości tekstów, nad którymi pracowałam. Enjoy!

#1. "Utoya - 22 lipca" (reż. Erik Poppe, 2018)


Sugestywny portret zamachu terrorystycznego sprzed siedmiu lat, który oprócz Oslo objął także malowniczą norweską wyspę Utoya i to właśnie tam przyjął najkrwawszą formę. Erik Poppe ani razu nie wspomina nazwiska zamachowca, a większość faktów prezentuje w lakonicznej formie białych napisów na czarnym tle. Jednak równocześnie w sugestywny sposób, z niemal dokumentalną dokładnością, odtwarza nastrój i charakter owych traumatyzujących 72 minut. Znajdujemy się wraz z bohaterami w samym środku wyspowego lasu, czujemy się zagrożeni, zaszczuci i bezsilni. Z nadzieją oczekujemy pomocy, która być może nigdy nie nadejdzie. W zanurzeniu się w walce o przetrwanie pomagają wysiłki operatora: kamera meandruje pomiędzy dokumentalizmem a uczestnictwem w wydarzeniach, z bezstronnego obserwatora przechodzi w kolejnego, bezimiennego bohatera. 

#2. "Fits and Starts" (reż. Laura Terruso, 2017)


Autentycznie zabawna satyra na środowisko nowojorskiej elity, które pod płaszczykiem wysublimowania i  intelektu kryje mommy issues, pretensjonalność oraz niską samoocenę. Prawda wychodzi na jaw przy okazji rywalizacji głównych bohaterów: młodego pisarskiego małżeństwa, w którym nierównomiernie rozłożona sława i zapomniane butelki wina doprowadzają do serii przepychanek. I wyjątkowo absurdalnego finału. 

#3. "Pan Roosevelt" (reż. Noël Wells, 2017)


Możecie kojarzyć Noël Wells z roli Rachel w serialu Master of None. Pan Roosevent to jej pierwszy autorski film, który wyreżyserowała, napisała i aktorsko zdominowała. Ekscentryczna (oj podobałoby jej się to określenie) bohaterka, rozstanie, ponowne spotkanie, opalanie topless i martwy kot - mówiąc krótko, kino niezależne w świetnym wydaniu. 

#4. "Supergirl" (reż. Jessie Auritt, 2016)


Tym filmem zaczęłam tegoroczną Off Camerę i zdecydowanie nie mogłam trafić lepiej. Znakomity dokument o najsilniejszej dziewczynce świata, która w wieku dziesięciu lat potrafiła podnieść swój trzykrotny ciężar. Dokumentaliści nie stronią od trudnych, choć oczywistych pytań: jak ten nadludzki wysiłek wpłynie na dalsze życie bohaterki? Jak oddziałuje na jej zdrowie? Czy nie jest przypadkiem wynikiem ambicji rodziców? Jednak równocześnie widzą w młodej sportowczyni prawdziwą superbohaterkę. Na co dzień szczuplutką i skromną ortodoksyjną Żydówkę, która przy sztandze zamienia się w, obdarzoną wielką siłą i jeszcze większą charyzmą, wojowniczkę. 

#5. "Serce miłości" (reż. Łukasz Ronduda, 2017)


Nie zdążyłam zobaczyć filmu Łukasza Rondudy w kinach i ogromnie się cieszę, że wreszcie udało mi się nadrobić tą paskudną zaległość. Ta opowieść o przedziwnej miłości, inspirowana życiem artystów Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek, w pewnym stopniu przypomina niedawne The Square. Także portretuje środowisko współczesnej sztuki, tym samym podkreślając jej nieprzystawalność do rzeczywistości. Więcej tu jednak życzliwości i tytułowego uczucia, które spaja ze sobą te dwie osobliwe jednostki niemogące odnaleźć równowagi między twórczością a prywatnością. 

#6. "Uwodziciel" (reż. Milad Alami, 2017)


To film o trudach emigracji, o których na własnej skórze przekonuje się pochodzący z Iranu tytułowy bohater, próbujący za wszelką cenę pozostać na dostatnim Zachodzie. W tym celu nie cofnie się przed niczym – nawet uwodzeniem samotnych Dunek i nawiązywaniem pełnych pasji romansów. Sercowe rozterki bohatera mimo szeregu zabawnych sytuacji, posiadają jednak tragiczny rys. Jego nostalgiczne spojrzenie wyraża nieustanną tęsknotę za pozostawionymi w ojczyźnie bliskimi, a kolejne związki przynoszą niespodziewane konsekwencje, w których Eros splata się w miłosnym uścisku z Tanatosem.

#7. "Śmierć Stalina" (reż. Armando Iannucci, 2017)


Sporo już pisano o filmie otwarcia Off Camery, który jest także dostępny obecnie w kinach. Ale dorzucę coś od siebie, bo to rzeczywiście wyjątkowy przypadek: faktycznie zabawna farsa przedstawiająca tragiczne czasy pełne inwigilacji, aresztowań i politycznych morderstw. Śmierć Stalina wprowadza zamęt w Związku Radzieckim, ale jeszcze większe zamieszanie panowało za zapewne wówczas na szczytach władzy. Potraktowanie tej sytuacji z absurdalnym humorem jest zaskakująco adekwatne, a spora w tym zasługa świetnego Steve'a Buscemi jako Chruszczowa oraz imponującego orderami Jasona Isaacsa w roli generała Żukowa. 

A na zakończenie - obiecane teksty 😉

Canal+ SerialCon: 
https://offcamera.pl/news/serialova-majowka/198
https://offcamera.pl/news/polski-krajobraz-serialowy/251
https://offcamera.pl/news/kobiety-i-rytm-muzyki-pierwszy-dzien-canal-serialcon/217
https://offcamera.pl/news/serial-od-kuchni-drugi-dzien-canal-serialcon/229
https://offcamera.pl/news/serial-vs-rzeczywistosc-trzeci-dzien-canal-serialcon/248
https://offcamera.pl/article/oni-wiedza-co-slychac/127

Wyjazd do Alvernia Planet: 
https://offcamera.pl/news/kosmos-pod-krakowem/159
https://offcamera.pl/article/niedzielna-kosmo-turystyka-dzien-w-alvernia-planet/182

Wywiad z Dree Hemingway: 
https://offcamera.pl/article/dree-hemingway-wywiad/230