czwartek, 19 kwietnia 2018

"Ciche miejsce" / "A Quiet Place"

Aktor John Krasinski jest znany przede wszystkim z serialu The Office (2005-2013) oraz lekkiego komediowego repertuaru. Mimo postawnej sylwetki jest chodzącą poczciwością o serdecznym uśmiechu. Ostatnio jednak zaczął występować także w pełnych akcji produkcjach, gdzie prezentował zgoła inne oblicze: zdeterminowanego i niecofającego się przed niczym lumberseksualnego brodacza (np. 13 godzin: Tajna misja w Benghazi oraz oczekujący na swoją premierę serial Jack Ryan). W Cichym miejscu Krasinski dopisuje kolejny rozdział do swojej aktorskiej przemiany i dokłada do niej  kolejną, niezwykle udaną rolę: reżysera filmowego.


Ciche miejsce to jego reżyserski debiut. Zaskakująco dojrzały, wyważony, pozbawiony zwyczajowych grzechów aktorów stających po drugiej stronie kamery. Krasinski swoje świetne wyczucie kina demonstruje w ramach horrorowej historii o postapokaliptycznym świecie, w którym niedobitkom ludzkiego gatunku zagrażają krwiożercze potwory.


Choć na pierwszy rzut oka przytoczona historia brzmi wyjątkowo banalnie, Ciche miejsce opowiada ją w wyjątkowo oryginalny, a zarazem prosty sposób. Grasujące po świecie monstra są niemal pozbawione zmysłu wzroku i w polowaniach posługują się wyłącznie słuchem. Przeżycie jest więc możliwe pod jednym warunkiem - zachowania absolutnej ciszy. W milczeniu pogrąża się ekranowy świat, jego mieszkańcy, a także kinowa widownia, która skupia się na rozszyfrowywaniu tajemnic filmowej rzeczywistości oraz przygotowuje się na kolejne, typowo horrorowe jump scary, które w Cichym miejscu nabierają wyjątkowego sensu i przybierają na sile.


Ciche miejsce wpisuje się w szersze zjawisko odświeżenia amerykańskiego horroru, które możemy obserwować w ostatnich latach za sprawą filmów takich jak Coś za mną chodzi (2014), Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015), Uciekaj! (2015) czy To przychodzi po zmroku (2017), a które ma swoje korzenie przede wszystkim w kinie niezależnym. Ciche miejsce miało co prawda większy budżet (i pojawiły się w nim gwiazdy), ale nadal pod względem nastroju i oryginalnego podejścia do wyświechtanej konwencji horrorowej przypomina wymienione powyżej produkcje.* A tak swoją drogą, jeśli w filmach grozy irytuje was zwyczajowa bezmyślność bohaterów, Ciche miejsce będzie dla was miłym rozczarowaniem. Filmowa rodzina zamiast irytować głupotą zachwycają zaradnością, a jej pomysły na pogodzenie bezwzględnej ciszy z rytmem codzienności są zaiste imponujące. 


Ciche miejsce ma szereg zalet. Oprócz sprawnej reżyserii i znakomitej koncepcji wyjściowej, warto wspomnieć jeszcze o wyjątkowo twórczo potraktowanym dźwięku, którego funkcja nie ogranicza się wyłącznie do kreowania atmosfery grozy lecz służy pogłębieniu i "uzmysłowieniu" tego przerażającego, pogrążonego w ciszy świata. Ponadto ogromnym walorem filmu jest także rola Emily Blunt (prywatnie żony Krasinskiego), która zwinnie balansuje pomiędzy dziewczęcą niewinnością, matczynym ciepłem a byciem absolutnym badassem. 


Takie horrory to ja mogę oglądać.

*Więcej o współczesnych przemianach horroru możecie przeczytać w artykule Grzegorza Fortuny "Nowe życie amerykańskiego horroru" ("Ekrany" nr 6, 2017) dostępnym w całości TU

wtorek, 10 kwietnia 2018

"Twarz"

To trochę ryzykowne porównanie, ale co mi tam: Małgorzata Szumowska jest pod pewnymi względami Patrykiem Vegą polskiego kina artystycznego. Jej filmy sprzedają się nieźle i można je lubić, choć są szytymi wyjątkowo grubymi nićmi opowieściami o Polsce. Trudno odmówić im trafności - mają w sobie co najmniej kilka ziaren prawdy oraz słusznych obserwacji. Równocześnie prezentują jednak ogromnie jednowymiarowy portret Polski i Polaków. Rozszerzają jednostkowe historie na całą narodową mentalność w ramach przekonania, że jeśli coś gdzieś takiego się stało, może stać się wszędzie i każdemu. Ja tego nie kupuję - i to zarówno w wydaniu Vegi, jak i wersji prezentowanej przez Szumowską. 


Twarz, czyli najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej, to szereg miniatur o naszym pięknym kraju i rodzimej mentalności, luźnie powiązanych historią o przeszczepie twarzy. Otwierająca sekwencja filmu, w której to tłum golasów pędzi przez wyludnione centrum handlowe by dopaść telewizor na promocji jest bardzo myląca. Klasyfikuje nas bowiem do światka zgniłego, zachodniego  kapitalizmu, a tymczasem, jak dosadnie udowadnia cały film, jesteśmy raczej prowincjonalnym środkowych wschodem, zakompleksionym, zawistnym i trzymanym na krótkiej smyczy przez kościół. 


Myląca jest też historia głównego bohatera, Jacka, granego z powodzeniem przez Mateusza Kościuszkiewicza, który zostaje poddany pionierskiej operacji przeszczepu twarzy. Wielki sukces, zaawansowana medycyna, wysoce rozwinięta technologia znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po powrocie na bezlitosną prowincję żyjącą według reguły 3xK: kościół, konserwatyzm i ku**a pół litra. Ułuda zachodu trwa tylko przez krótką chwilę, bo zaraz na powrót wciąga nas polskie błoto i zaściankowość.  


Twarz to rzeczywiście baśń: z jednowymiarowymi postaciami, zeszpeconym bohaterem o szlachetnym sercu, wygnaniem, odrzuceniem i morałem. To jednak równocześnie grubo ciosana publicystyka ubrana w kostium kina artystycznego, z której niewiele wynika poza dość oczywistym stwierdzeniem, że transformacja poszła w Polsce jakoś nie tak. Nowa rzeczywistość, zabudowana supernowoczesnymi apartamentowcami bez dróg dojazdowych i infrastruktury jest karykaturą samego siebie. Szkoda, że Szumowska patrzy na nią z góry, bez cienia sympatii i właściwie nie próbuje jej zrozumieć. 


niedziela, 4 marca 2018

Oscary 2018

To była wyjątkowo nudna i przewidywalna gala. Niewiele było na niej zaskakujących werdyktów, a okołofilmowych atrakcji - jeszcze mniej. Gdyby nie doborowe towarzystwo, w którym miałam okazję oglądać 90. galę rozdania Oscarów, za pewne już po dwóch pierwszych kategoriach drzemałabym błogo pod stołem.


Hollywood miała wstrząsnąć rewolucja: ruch #metoo oraz Time's Up mogły na zawsze odmienić oblicze przemysłu filmowego. Jednak patrząc na tegoroczną galę, tak zapewne się nie stanie. Prowadzący Jimmy Kimmel bardzo ostrożnie dobierał słowa, rzadko rzucał dowcipami i właściwie nie pozwalał sobie na swobodę czy improwizację. Ceremonia była wyliczona, idealnie zaplanowana i nie było na niej miejsca na rewolucję. Właściwie gdyby nie krótkie wystąpienie trzech aktorek (m.in. Ashley Judd i Salmy Hayek) można by w ogóle przeoczyć rzekome feministyczne przebudzenie. Manifestowało się ono jedynie w małych gestach takich jak trzymające się za ręce prezenterki kolejnych nagród czy kąśliwa uwaga Emmy Stone podczas prezentacji nominowanych w kategorii "Najlepszy reżyser". Odrobiny charakteru dodała ceremonii odbierająca nagrodę za rolę w Trzech billboardach Frances McDormand, która we właściwym sobie nonszalanckim stylu starała się przypomnieć obecnym na sali kobietom o ich sile i znaczeniu w Hollywood. 

Frances McDormand
Ogromnie smuci mnie nagroda w kategorii "najlepszy film". Zamiast precyzyjności, profesjonalizmu i oryginalności jaką reprezentują Trzy billboardy wygrała naiwna bajkowość, wtórność i umowność w postaci Kształtu wody. Droga Akademio, liczyłam na więcej! 

Guillermo del Toro
Co więcej? Roger Deakins nareszcie otrzymał upragnionego Oscara (przypomnijmy: był nominowany już aż 13 razy), podobnie jak Gary Oldman, który nie posiadał jeszcze w swojej kolekcji statuetki mimo szeregu niezapomnianych ról. Nagrody nie dostała za to Meryl Streep (no paczcie państwo). Okazuje się, że w Hollywood jest jeszcze sporo innych utalentowanych aktorek w dojrzałym wieku - takich jak choćby wspaniała Allison Janney, wyróżniona w kategorii "Najlepsza aktorska drugoplanowa".

Allison Janney (w najpiękniejszej sukience!)
I to będzie na tyle, bo muszę wreszcie iść spać. 
Po więcej komentarzy zapraszam np. na:

A poniżej pełna lista tegorocznych zwycięzców: 

NAJLEPSZY FILM: "Kształt wody" 
NAJLEPSZY REŻYSER: Guillermo Del Toro "Kształt wody" 
NAJLEPSZY AKTOR: Gary Oldman 
NAJLEPSZA AKTORKA: Frances McDormand 
NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA Allison Janney 
NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY: Sam Rockwell 
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY: "Tamte dni, tamte noce" 
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY: "Uciekaj!" 
NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY "Coco" 
NAJLEPSZE KOSTIUMY: "Nić widmo" 
NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY: "Ikar" 
NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY: "Heaven Is a Traffic Jam on the 405" 
NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY "Dear Basketball" 
NAJLEPSZY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY: "The Silent Child" 
NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY "Fantastyczna kobieta" 
NAJLEPSZA CHARAKTERYZACJA: "Czas mroku" 
NAJLEPSZA MUZYKA: Alexandre Desplat "Kształt wody" 
NAJLEPSZA PIOSENKA: "Remeber me" z filmu "Coco" 
NAJLEPSZY MONTAŻ DŹWIĘKU: "Dunkierka" 
NAJLEPSZY DŹWIĘK: "Dunkierka" 
NAJLEPSZY MONTAŻ: "Dunkierka" 
NAJLEPSZA SCENOGRAFIA: "Kształt wody" 
NAJLEPSZE ZDJĘCIA: Roger A. Deakins "Blade Runner 2049" 
NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE "Blade Runner 2049"

środa, 28 lutego 2018

[Oscarowo] "Kształt wody" / "The Shape of Water"

Bohaterowie patrzący na świat wielkimi, naiwnymi oczami, dostrzegający jego magię i niesamowitość zwykle z łatwością zyskują moją sympatię. Lubię proste, niemal przypowieściowe historie z ekscentrykami w rolach głównych bo dobitnie udowadniają, że wszyscy  jesteśmy trochę dziwni i to właśnie w tych dziwactwach tkwi nasz urok. 


Tym bardziej jestem zaskoczona, że najnowszy film meksykańskiego prestidigitatora, Guillermo del Toro, zupełnie do mnie nie trafił. Nawet więcej - mam szczerą nadzieję, że przepadnie w oscarowym wyścigu, przede wszystkim ze względu na swoją nieuczciwość. Kształt wody składa widzowi szereg obietnic, jednak prawie żadnej z nich nie dotrzymuje i zamiast kunsztownie ozdobionej baśni serwuje niewiarygodną opowieść miłosną na emocjonalnym poziomie kiepskiego fanfiku. 


Z całego zestawu niedotrzymanych obietnic, najbardziej bolą trzy. Pierwsza z nich związana jest z galerią niezwykłych postaci, jakie zaludniają Kształt wody. Wycofany podstarzały rysownik, zdeterminowany, lecz niezwykle pechowy rządowy agent, niema sprzątaczka czy naukowiec o dziwnym akcencie to właściwie jednowymiarowe ludzkie typy, których złożoność psychologicznych motywacji nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla twórców filmu. Druga obietnica, to pozorna bezpruderyjność. Choć w Kształcie wody o seksie mówi się (lub myśli) niemal nieustannie, to kamera zamiast scen erotycznych woli pokazywać rozbryzgującą się wodę i świetlne miraże. Ani to magiczne, ani specjalnie odkrywcze.


Jednak najgorszą z niespełnionych obietnic jest historia miłosna. Nie jestem w stanie uwierzyć w uczucie rodzące się pomiędzy głównymi bohaterami: zbyt szybko przechodzą oni od dzielenia się śniadaniowym jajkiem do wielkiej, ponadgatunkowej miłości. Proces przemiany pary głównych kochanków, ich stopniowe zbliżenie, przezwyciężenie różnic oraz odnalezienie nieoczywistych podobieństw jest potraktowana po macoszemu, skrótowo i zupełnie niewiarygodnie. I proszę mi tego nie tłumaczyć elipsą czasową czy sekwencją montażową - nawet w jej ramach dało się bardziej przekonująco pokazać zakochiwanie.


Kształt wody to niespójna kopalnia zapożyczeń i motywów. Sporo tu z filmów francuskiego reżysera Jean-Pierre Jeuneta (Amelia, Delicatessen), trochę z kina zimnowojennego, realizmu magicznego i ikonicznych ekranowych oryginałów w rodzaju Forresta Gumpa. Wszystkie te elementy zupełnie ze sobą nie współgrają i wspólnymi siłami rozrywają od środka film del Toro czyniąc go niespójną, pozbawioną magii podróbką. 

środa, 7 lutego 2018

[Oscarowo] "Dusza i ciało" / "Testről és Lélekről" oraz kinowe doświadczenie z Kijowa

Jeszcze do wczoraj wydawało mi się, że to Niemiłość, najnowszy film Andreja Zwiagincewa, jest murowanym kandydatem do Oscarem w kategorii "najlepszy film nieanglojęzyczny". Teraz nie jestem tego już taka pewna. Da się jeszcze w Krakowie na kilku pojedynczych seansach zobaczyć Duszę i ciało, przedziwny film Ildiko Enyedi opowiadający subtelną historię miłosną rozgrywającą się w rzeźni, miejscu całkowicie pozbawionym subtelności. I zdecydowanie warto skorzystać z tej okazji. 


Jednak zanim o samym filmie, muszę podzielić się pewnym kinowym doświadczeniem. Dusza i ciało dogorywa już (sic!) na naszych ekranach, dlatego by ją zobaczyć musiałam udać się do Kina Kijów, które odwiedzam raczej rzadko. Ostatni raz byłam tam kiedy przygotowywałam się do audycji radiowej o amerykańskim filmie religijnym. Kijów oferuje bowiem około południa "seans z duszą", podczas którego wyświetla produkcje o mocno duchowym i kościelnym zabarwieniu. Oglądanie Zerwanego kłosa generalnie jest doświadczeniem granicznym i mocno niepokojącym, lecz towarzystwo pięciu zakonnic oraz dwóch pań obracających w dłoniach różaniec, tylko to potęguje. 

Kadr z filmu Zerwany kłos
W każdym razie – pokaz Duszy i ciała odbywał się w sali kameralnej. Wiedziałam, że Kino Kijów posiada dwie małe sale. Przekonałam się o tym dość boleśnie, kiedy chciałam zobaczyć już bliżej nieokreślony film w największej sali kinowej w Krakowie, a zaoferowano mi ekran wielkości chustki do nosa. Jednak sala kameralna brzmiała tajemniczo, nieznanie. I słusznie –  jest to nowo stworzona przestrzeń projekcyjna, ukryta, niczym traumatyzujący pokoik Harry'ego Pottera, pod schodami. Pamiętacie dawną kasę kina, na prawo od wejścia? Już jej nie ma, zastąpiła ją sala kameralna. 

Imponująca mozaika w foyer kina Kijów autorstwa Krystyny Zgud-Strachockiej i Bolesława Książka
Absolutnie nie krytykuję strategii Kijowa (o, jak politycznie to zabrzmiało!), jestem jednak pod wrażeniem ich pomysłu przekształcenia jednoekranowego kina z gigantyczną widownią w konglomerat małych pokoików do niemal indywidualnego odbioru. Wliczając salę klubową w podziemiach (w której oglądałam kiedyś w samotności Obcego: Przymierze), Kijów dysponuje już pięcioma salami projekcyjnymi. Zaiste niezwykłe!

Kadr z filmu Dusza i ciało
Wróćmy jednak do meritum. Dusza i ciało to budowana z niezwykłą delikatnością opowieść o miłości pomiędzy dwojgiem pracowników zakładów mięsnych. Endre jest kierownikiem – mężczyzną dojrzałym, który już stracił zainteresowanie płcią przeciwną. Romanse i związki to dla niego pieśń przeszłości, przyjemny, lecz kłopotliwy okres w życiu, który z ulga zakończył. Maria jest nowo zatrudnioną kontrolerką jakości, obsesyjnie przestrzegającą regulaminów i przepisów. Nie potrafi odnaleźć się w sytuacjach towarzyskich, ma obsesję czystości i lubi, kiedy wszystkie otaczające ją przedmioty znajdują się w idealnym porządku. 

Kadr z filmu Dusza i ciało
Opisaną dwójkę bohaterów łączy uczucie niezwykłe – także pod względem sposobu jego portretowania na ekranie. Zamiast nieustannych ukradkowych spojrzeń, skradzionych wspólnych chwil i dyskretnych muśnięć dłoni, ich miłość kwitnie we wspólnie śnionym śnie, w którym oboje są jeleniami szukającymi pożywienia. Śnie daleko wykraczającym poza wyznawane przez Marię uporządkowanie oraz nudną biurokrację dominującą w życiu Endre. 

Kadr z filmu Dusza i ciało
Dusza i ciało to film skoncentrowany na oddawaniu wrażeń, odczuć, faktur i materiałów. Obdzierane ze skóry zwierzęta w rzeźni (pokazane na szczęście bez nadmiernego epatowania okrucieństwem) przypominają o fizycznym wymiarze naszego świata, ale już ich miękkie futro, za pośrednictwem którego Maria uczy się bliskości z żywymi istotami, jest odmaterializowane, pochłaniające, wciągające w świat pozaintelektualnych przyjemności. Podobnie sami bohaterowie zawieszeni są gdzieś w sferze pomiędzy, momencie niezdecydowania, splątani swoimi przyzwyczajeniami, niedoskonałościami i uprzedzeniami. Dusza i ciało to film bardzo prosty, którego metafory jesteśmy w stanie bez problemu rozczytać w czasie projekcji, jednak równocześnie pozostawiający po sobie uczucie niepokoju. Czy spowodowane jest ono niezrozumiałymi meandrami węgierskiej duszy, czy może niekonwencjonalnym podejściem do naszej ludzkiej cielesności –  to musicie ocenić już sami. 

czwartek, 1 lutego 2018

[Oscarowo] "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" / "Three Billboards Outside Ebbing, Missouri"

Trzy billboardy to momentami groteskowy dramat, korespondujący ze współczesnym zamieszaniem wokół akcji #metoo i demaskowaniem kolejnych sprawców molestowania czy przestępstw seksualnych. Główna bohaterka, Mildred Hayes, nie publikuje jednak postów w social mediach, lecz sięga po znacznie bardziej tradycyjny sposób zwrócenia uwagi społeczeństwa. Wynajmuje trzy tytułowe plansze reklamowe i wielkimi, czarnymi literami na czerwonym tle zarzuca na nich bezczynność policji, której funkcjonariusze, zamiast szukać wszelkimi możliwymi sposobami gwałciciela i mordercy jej córki, prześladują czarnoskórych zatrzymanych. 


To zdecydowanie lepszy sposób. Ebbing, Missouri to miasteczko znajdujące się właściwie poza czasem. Współczesność sugerują pojawiające się tu i ówdzie smartfony, jednak równie dobrze historia ta mogłaby się wydarzać kilka, kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat wcześniej. Główna ulica w Ebbing jest tak wąska, że z powodzeniem można zaglądnąć w okna sąsiadowi z naprzeciwka, a każdy zna się tu z każdym. Przerażająca zbrodnia jaka zostanie dokonana na nastoletniej Angeli (Kathryn Newton) wstrząsa tą małą społecznością, lecz szybko przechodzi do lokalnej historii. Mildred i jej bijące w oczy billboardy nie mogą na to pozwolić. 


Grana przez Frances McDormand bohaterka jest bezkompromisowa, oschła i ogromnie niesympatyczna. Uprzejmości i społeczne konwencje zeszły dla niej na dalszy plan - pozostała tylko rozpacz po stracie dziecka, której daje wyraz poprzez nieustanną złość i wiązanki przekleństw. McDormand powtarza swoją rolę z genialnego miniserialu Olive Kitteridge (2014), choć idzie w swojej antypatyczności jeszcze o krok dalej. Znacznie większą sympatię budzą postacie teoretycznie "winne": przede wszystkim Szeryf Bill Willoughby grany przez Woody'ego Harrelsona. Ogromnym zaskoczeniem jest także Sam Rockwell, który bawi się w Trzech billboardach swoim zwyczajowym wizerunkiem szaleńca, udowadniając, że każdy może się zmienić.


Reżyser Martin McDonagh kojarzony z takimi tytułami jak Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008) czy 7 psychopatów (2012) znakomicie wyczuwa klimat amerykańskiej prowincji. Choć sam jest Brytyjczykiem z krwi i kości, świetnie oddaje nastrój zawieszenia, braku perspektyw i specyficznego utknięcia w tym samowystarczalnym mikrokosmosie. Warto zwrócić uwagę na przykład na prace głównej bohaterki, która jest zatrudniona w sklepie z pamiątkami. Souveniry z Ebbing, Missouri? Czy jest coś równie przygnębiającego? 


Choć ciężar jaki noszą na swoich barkach bohaterowie filmu (a przez to także widzowie) jest wielki, reżyser sprawnie rozbija go czarnym humorem, w czym przypomina nieco Kennetha Lonergana i jego zeszłoroczne Manchester by the Sea. Nie przygnębia, lecz raczej próbuje odwrócić nasze utrwalone schematy myślenia i przekonania. Nie usprawiedliwia zła, ale stara się pokazać jego daleko idące konsekwencje i wszystkie możliwe komplikacje jakie ze sobą przynosi. 


wtorek, 30 stycznia 2018

[Oscarowo] "Czas mroku" / "Darkest Hour"

Zaczynam uważnie przyglądać się oscarowym kandydatom. Każdy z nich będę (a co tam, użyjmy modnego słowa) tagować w sposób następujący: [Oscarowo]. Let's go!   

W Czasie mroku wojna zostaje sprowadzona do rangi widowiskowej cut-scenki. Przypominające fajerwerki bomby wybuchają w takt muzyki, a kamera oddala się od nich na tyle szybko, by odpowiednio zdystansować widza od cierpienia rannych. W nowym filmie Joe Wrighta, na wskroś brytyjskiego reżysera Pokuty (2007) oraz Dumy i uprzedzenia (2005), nie chodzi o oddanie atmosfery wojny, jej okrucieństwa, absurdu czy przypadkowości. To zadanie Anglik zostawia Dunkierce, podobnemu pod względem tematu arcydziełu Christophera Nolana. W Czasie mroku wojna jest dokładnie taka, jak przyzwyczailiśmy się przez lata oglądając pompatyczne kino wojenne: zwycięstwo zależy przede wszystkich od charyzmatycznych przywódców, a równie ważną rolę co działania militarne, pełnią wysokie morale i porywające przemówienia. 


Z tego standardowego, choć bardzo sprawnie zorkiestrowanego wojennego teatru wybija się jeden aktor. Gary Oldman i grany przez niego brytyjski premier Winston Churchill zespalają się w jedno w zachwycającym popisie aktorskich umiejętności. Ogromna w tym zasługa także charakteryzatorów, którym udało się ukryć pod grubymi warstwami makijażu jego specyficzne, ostre rysy i zastąpić je zwalistością słynnego polityka. 


Churchill Oldmana to jedna z najlepszych ról męskich ostatnich lat i mam nadzieję, że zostanie wyróżniona nagrodą Akademii. Także dlatego, że Oldman potrzebuje Oscara. Mimo wielu świetnych ról nigdy go nie dostał, a teraz, po latach przewijania się na dalszym planie dużych produkcji, przydałby mu się zastrzyk nowej energii. Wielki comeback, przepchnięcie się z powrotem na pierwszy plan  co z tego, że w charakterystycznym pochyleniu i z nieodłącznym cygarem w ustach.