wtorek, 22 maja 2018

"Ładunek" / "Cargo" [Netflix]

O tym, że Australia jest właściwie gotową scenerią do filmów postapokaliptycznych, wiemy już od czasów Mad Maxa. Netflix postanowił wykorzystać tą niezwykłą właściwość i właśnie tu osadził akcję rozgrywającego się w trakcie zombie apokalipsy Ładunku. Dziwna to jednak zagłada: prowincjonalna, rozgrywająca się w rozległych przestrzeniach australijskiej sawanny, gdzie zombie jest jak na lekarstwo. Choć nieliczne, stanowią jednak śmiertelne zagrożenie dla ocalałych, między innymi rodziny Andy'ego, podróżującego łodzią w poszukiwaniu bezpiecznej przystani. 


Ładunek to rozwinięcie pomysłów zawartych w krótkim metrażu pod tym samym tytułem (można go zobaczyć TU, jednak polecam zrobić to dopiero po zobaczeniu pełnego filmu), ale z pewnymi istotnymi dodatkami. W sygnowanej przez Netflixa produkcji pojawia się podobny nastrój, przeniesiona zostaje nawet ta sama, kluczowa scena oraz puenta. Dodano natomiast wyższy budżet, pełny metraż, znacznie lepszą charakteryzację, kilka znanych nazwisk (np. Martin Freeman w roli ojca rodziny) oraz temat ludności rdzennej, zaprezentowany w sposób, którego nie powstydziłby się nawet piewca australijskich bezdroży, Peter Weir. 


Spadająca na ludzi choroba, zamieniająca ich w 48 godzin w spragnione mięsa, bezmyślne potwory wydaje się karą za zbytnią ingerencję w świat przyrody. Biali, którzy przybyli do Australii, zaburzyli odwieczną równowagę wykorzystując ukryte we wnętrzu kontynentu bogactwa naturalne i obudzili tym samym siłę, która ostatecznie ich pokonała. Wskazuje na to między innymi sposób, w jaki ludzie zamieniają się w zombie: wkładają głowę do własnoręcznie wykopanego w ziemi otworu, by tam, w otoczeniu pustynnej gleby, transformować się w monstrum. Z tych mechanizmów doskonale zdają sobie sprawę Aborygeni, organizujący się w plemienne oddziały tropiące zombie. Wracając do swoich rytuałów i tradycyjnych strojów bronią się przez zarazą, którą rozumieją na zupełnie innym poziomie niż poszukujący pomocy w opuszczonych szpitalach biali Australijczycy. 


48 godzin jakie dzielą ludzi od stania się krwiożerczym potworem sugerują wyścig z czasem, nieustanne zmaganie się z uciekającymi minutami oraz kurczowe trzymanie się ostatków człowieczeństwa. Ładunek jest jednak zupełnie inny. Choć czas ucieka, całość rozgrywa się w powolnym tempie, trudno bowiem przyśpieszyć przemierzanie bezkresnych równin. Film dopisuje ciekawy podrozdział do przerobionego na wszystkie możliwe sposoby tematu zombie i może zaciekawić znacznie szerszą widownię, niż tylko fanów nieumarłych mięsożerców. 


środa, 16 maja 2018

"The Rain" / "Regnen" [Netflix]

Duński serial The Rain, sygnowany i rozpowszechniany przez platformę Netflix, niestety nie dorównuje pokrewnej europejskiej produkcji, jaką był niemiecki Dark. Choć w jednym i drugim przypadku większość akcji dzieje się w mrocznym lesie, bohaterami są przede wszystkim nastolatkowie (lub przynajmniej ludzie młodzi), a całość rozgrywa się w świecie o wyraźnie zaburzonej równowadze, to wycyzelowany, zrealizowany z ogromną dbałością o wizualne, dźwiękowe i fabularne szczegóły Dark zostawia daleko z tyłu swojego duńskiego konkurenta. 


The Rain zapowiada się nieźle przez pierwsze dwa odcinki, podczas których poznajemy większość bohaterów i orientujemy się w serialowej rzeczywistości. Na świat, a dokładnie rzecz biorąc na Danię, spada kataklizm w formie toksycznego deszczu, powodującego tajemniczą, śmiertelną chorobę. Para głównych bohaterów: nastoletnia Simone i dziesięcioletni Rasmus, w panice uciekają wraz z rodzicami do ukrytego w lesie bunkra. Niestety, ich ucieczka nie przebiega według planu, a dzieci zostają ostatecznie same w futurystycznym schronieniu. Po pewnym czasie rodzeństwo dołącza jednak do większej grupy ocalonych, przemierzających opustoszałe duńskie krajobrazy. 


Niestety, od trzeciego odcinka serial zaczyna się nie tylko komplikować, ale także znacząco traci na wiarygodności, wytraca swoją intrygującą atmosferę i nieubłaganie stacza się w kierunku średnio udanej teen dramy o zbyt wygórowanych ambicjach. Związki bohaterów, ich wzajemne konflikty i buzujące hormony, choć mają stanowić namiastkę normalności w opanowanym przez szaleństwo świecie, są w większości  nieprzekonujące, a czasem wręcz żenujące (vide scena prysznica). Również napotkane po drodze przeszkody sprawiają wrażenie przewidywalnych i schematycznych. Dla równowagi należy jednak przyznać, że stworzone na potrzeby serialu lokacje wyglądają bardzo wiarygodnie mimo ograniczonych środków, a zrujnowana Kopenhaga prezentuje się zaskakująco dobrze. 


The Rain zawiera w sobie niespełniony potencjał, który wyraźnie widać w naprawdę dobrych i trzymających w napięciu pierwszych dwóch odcinkach. Niestety większość zalet serialu ulatnia się później w nieznanym kierunku. Może zmywa je deszcz? 

niedziela, 13 maja 2018

"Avengers: Wojna bez granic" / "Avengers: Infinity War"


Widziałam nowych Avengersów chyba jako ostatnia osoba we wszechświecie. Prawdziwym wyzwaniem było jednak nie czekanie na możliwość dotarcia wreszcie do kina, ale lawirowanie w gąszczu spoilerów pojawiających się w rozmowach znajomych, ukochanych stronach ze śmiesznymi obrazkami i facebookowych postach. Muszę powiedzieć, że odniosłam niemal całkowite zwycięstwo. Uchroniłam się przed wszystkimi, z wyjątkiem ucznia podstawówki, który podczas jednej z prowadzonych przede mnie akademii filmowych postanowił podzielić się pewnym istotnym fabularnym twistem. No, ale niech mu już będzie, rozumiem potrzebę dzielenia się i opowiadania, więc wybaczam. Aha, i ostrzegam, choć to już chyba niepotrzebne: u mnie też będą spoilery.


Zawsze traktowałam superbohaterskie uniwersa jako źródło czystej rozrywki i przez lata obecności na ekranie kolejnych herosów zdążyłam się do nich przyzwyczaić. Skoro są maszynką do robienia pieniędzy, w najbliższej przyszłości nie znikną z ekranu – myślałam. Jednak w najnowszych Avengersach superbohaterskie szeregi zostają znacząco przetrzebione, a z wieloma postaciami możemy się już w przyszłości nie spotkać. To zdecydowane zaskoczenie: po finale filmu spodziewałam się raczej patosu i wzruszeń, a nie smutku i pustki.  Avengers: Wojna bez granic będzie miała swoją kontynuację (wstępna data premiery to maj 2019) i w tym kontekście rzeczywiście nasuwają się skojarzenia z niedawnym serialem Pozostawieni (2014-17). Jak poradzą sobie osieroceni bohaterzy, pozbawieni wsparcia wiernych druhów?


Niepokojący nastrój filmu wzmaga sprawca całego zamieszania – Thanos. Chyba po raz pierwszy w całym MCU mamy do czynienia z tak ludzkim i wielowymiarowym złoczyńcą, którego bestialstwo kryje w sobie ziarnko racjonalizmu. Tym bardziej przerażające, że momentami prześladowało mnie przeczucie, że w przemowach tego planującego wymordować połowę wszechświata potwora jest sporo sensu.


Psychologiczną wiarygodność Thanos zawdzięcza scenariuszowi, który pozwala mu pojawiać się nie tylko na zasadzie błyskawicznego kontrapunktu, lecz w statusie pełnowymiarowego bohatera, którego zrozumienie i poznanie jest kluczowe dla całej historii. Ogromną zaletą jest też (z roku na rok coraz lepsza) cyfrowa charakteryzacja, która nadała aktorowi Joshowi Brolinowi wygląd największego zbrodniarza galaktyki. Avengers: Wojna bez granic, mówiąc nieco enigmatycznie, to zamknięcie, ale też nowe otwarcie. Niebanalne zwieńczenie budowanej od dekady filmowej serii, w którym niczego nie można być pewnym i należy przygotować się na niespodziewane.

poniedziałek, 7 maja 2018

Podsumowanie Netia Off Camera 2018

Skończyła się majówka, a tym samym już definitywnie mogę odtrąbić koniec Festiwalu Netia Off Camera. To wydarzenie bardzo dużo nadrabia atmosferą, promocją, sugestywną identyfikacją wizualną i na prawdę mocną obecnością w przestrzeni miejskiej. Standardowe kina to tylko początek, bo oprócz nich filmy pokazywane są także na dachach, bulwarach, barkach, a sam Festiwal rozprzestrzenia się właściwie po całym Krakowie. Jeśli jednak chodzi o filmy, to przynajmniej ja w tym roku nie miałam specjalnego szczęścia. Po pierwsze, przez dłuższy czas zajmowałam się siostrzanym wydarzeniem, Canal+ SerialCon i z tego powodu ominęło mnie kilka ciekawych filmów (żeby nie było - nie żałuję, serialowo jestem spełniona). Po drugie, filmy które udało mi się zobaczyć, w znacznej większości mnie nie zachwyciły. Dlatego zamiast pierwotnie planowanych jedenastu tytułów, ostatecznie wybieram siedem filmowych propozycji, wyciągniętych z programu tegorocznej Netia Off Camery. A zainteresowanych moją pracą na samym Festiwalu odsyłam na sam dół tego posta - znajdziecie tam linki do większości tekstów, nad którymi pracowałam. Enjoy!

#1. "Utoya - 22 lipca" (reż. Erik Poppe, 2018)


Sugestywny portret zamachu terrorystycznego sprzed siedmiu lat, który oprócz Oslo objął także malowniczą norweską wyspę Utoya i to właśnie tam przyjął najkrwawszą formę. Erik Poppe ani razu nie wspomina nazwiska zamachowca, a większość faktów prezentuje w lakonicznej formie białych napisów na czarnym tle. Jednak równocześnie w sugestywny sposób, z niemal dokumentalną dokładnością, odtwarza nastrój i charakter owych traumatyzujących 72 minut. Znajdujemy się wraz z bohaterami w samym środku wyspowego lasu, czujemy się zagrożeni, zaszczuci i bezsilni. Z nadzieją oczekujemy pomocy, która być może nigdy nie nadejdzie. W zanurzeniu się w walce o przetrwanie pomagają wysiłki operatora: kamera meandruje pomiędzy dokumentalizmem a uczestnictwem w wydarzeniach, z bezstronnego obserwatora przechodzi w kolejnego, bezimiennego bohatera. 

#2. "Fits and Starts" (reż. Laura Terruso, 2017)


Autentycznie zabawna satyra na środowisko nowojorskiej elity, które pod płaszczykiem wysublimowania i  intelektu kryje mommy issues, pretensjonalność oraz niską samoocenę. Prawda wychodzi na jaw przy okazji rywalizacji głównych bohaterów: młodego pisarskiego małżeństwa, w którym nierównomiernie rozłożona sława i zapomniane butelki wina doprowadzają do serii przepychanek. I wyjątkowo absurdalnego finału. 

#3. "Pan Roosevelt" (reż. Noël Wells, 2017)


Możecie kojarzyć Noël Wells z roli Rachel w serialu Master of None. Pan Roosevent to jej pierwszy autorski film, który wyreżyserowała, napisała i aktorsko zdominowała. Ekscentryczna (oj podobałoby jej się to określenie) bohaterka, rozstanie, ponowne spotkanie, opalanie topless i martwy kot - mówiąc krótko, kino niezależne w świetnym wydaniu. 

#4. "Supergirl" (reż. Jessie Auritt, 2016)


Tym filmem zaczęłam tegoroczną Off Camerę i zdecydowanie nie mogłam trafić lepiej. Znakomity dokument o najsilniejszej dziewczynce świata, która w wieku dziesięciu lat potrafiła podnieść swój trzykrotny ciężar. Dokumentaliści nie stronią od trudnych, choć oczywistych pytań: jak ten nadludzki wysiłek wpłynie na dalsze życie bohaterki? Jak oddziałuje na jej zdrowie? Czy nie jest przypadkiem wynikiem ambicji rodziców? Jednak równocześnie widzą w młodej sportowczyni prawdziwą superbohaterkę. Na co dzień szczuplutką i skromną ortodoksyjną Żydówkę, która przy sztandze zamienia się w, obdarzoną wielką siłą i jeszcze większą charyzmą, wojowniczkę. 

#5. "Serce miłości" (reż. Łukasz Ronduda, 2017)


Nie zdążyłam zobaczyć filmu Łukasza Rondudy w kinach i ogromnie się cieszę, że wreszcie udało mi się nadrobić tą paskudną zaległość. Ta opowieść o przedziwnej miłości, inspirowana życiem artystów Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek, w pewnym stopniu przypomina niedawne The Square. Także portretuje środowisko współczesnej sztuki, tym samym podkreślając jej nieprzystawalność do rzeczywistości. Więcej tu jednak życzliwości i tytułowego uczucia, które spaja ze sobą te dwie osobliwe jednostki niemogące odnaleźć równowagi między twórczością a prywatnością. 

#6. "Uwodziciel" (reż. Milad Alami, 2017)


To film o trudach emigracji, o których na własnej skórze przekonuje się pochodzący z Iranu tytułowy bohater, próbujący za wszelką cenę pozostać na dostatnim Zachodzie. W tym celu nie cofnie się przed niczym – nawet uwodzeniem samotnych Dunek i nawiązywaniem pełnych pasji romansów. Sercowe rozterki bohatera mimo szeregu zabawnych sytuacji, posiadają jednak tragiczny rys. Jego nostalgiczne spojrzenie wyraża nieustanną tęsknotę za pozostawionymi w ojczyźnie bliskimi, a kolejne związki przynoszą niespodziewane konsekwencje, w których Eros splata się w miłosnym uścisku z Tanatosem.

#7. "Śmierć Stalina" (reż. Armando Iannucci, 2017)


Sporo już pisano o filmie otwarcia Off Camery, który jest także dostępny obecnie w kinach. Ale dorzucę coś od siebie, bo to rzeczywiście wyjątkowy przypadek: faktycznie zabawna farsa przedstawiająca tragiczne czasy pełne inwigilacji, aresztowań i politycznych morderstw. Śmierć Stalina wprowadza zamęt w Związku Radzieckim, ale jeszcze większe zamieszanie panowało za zapewne wówczas na szczytach władzy. Potraktowanie tej sytuacji z absurdalnym humorem jest zaskakująco adekwatne, a spora w tym zasługa świetnego Steve'a Buscemi jako Chruszczowa oraz imponującego orderami Jasona Isaacsa w roli generała Żukowa. 

A na zakończenie - obiecane teksty 😉

Canal+ SerialCon: 
https://offcamera.pl/news/serialova-majowka/198
https://offcamera.pl/news/polski-krajobraz-serialowy/251
https://offcamera.pl/news/kobiety-i-rytm-muzyki-pierwszy-dzien-canal-serialcon/217
https://offcamera.pl/news/serial-od-kuchni-drugi-dzien-canal-serialcon/229
https://offcamera.pl/news/serial-vs-rzeczywistosc-trzeci-dzien-canal-serialcon/248
https://offcamera.pl/article/oni-wiedza-co-slychac/127

Wyjazd do Alvernia Planet: 
https://offcamera.pl/news/kosmos-pod-krakowem/159
https://offcamera.pl/article/niedzielna-kosmo-turystyka-dzien-w-alvernia-planet/182

Wywiad z Dree Hemingway: 
https://offcamera.pl/article/dree-hemingway-wywiad/230

czwartek, 19 kwietnia 2018

"Ciche miejsce" / "A Quiet Place"

Aktor John Krasinski jest znany przede wszystkim z serialu The Office (2005-2013) oraz lekkiego komediowego repertuaru. Mimo postawnej sylwetki jest chodzącą poczciwością o serdecznym uśmiechu. Ostatnio jednak zaczął występować także w pełnych akcji produkcjach, gdzie prezentował zgoła inne oblicze: zdeterminowanego i niecofającego się przed niczym lumberseksualnego brodacza (np. 13 godzin: Tajna misja w Benghazi oraz oczekujący na swoją premierę serial Jack Ryan). W Cichym miejscu Krasinski dopisuje kolejny rozdział do swojej aktorskiej przemiany i dokłada do niej  kolejną, niezwykle udaną rolę: reżysera filmowego.


Ciche miejsce to jego reżyserski debiut. Zaskakująco dojrzały, wyważony, pozbawiony zwyczajowych grzechów aktorów stających po drugiej stronie kamery. Krasinski swoje świetne wyczucie kina demonstruje w ramach horrorowej historii o postapokaliptycznym świecie, w którym niedobitkom ludzkiego gatunku zagrażają krwiożercze potwory.


Choć na pierwszy rzut oka przytoczona historia brzmi wyjątkowo banalnie, Ciche miejsce opowiada ją w wyjątkowo oryginalny, a zarazem prosty sposób. Grasujące po świecie monstra są niemal pozbawione zmysłu wzroku i w polowaniach posługują się wyłącznie słuchem. Przeżycie jest więc możliwe pod jednym warunkiem - zachowania absolutnej ciszy. W milczeniu pogrąża się ekranowy świat, jego mieszkańcy, a także kinowa widownia, która skupia się na rozszyfrowywaniu tajemnic filmowej rzeczywistości oraz przygotowuje się na kolejne, typowo horrorowe jump scary, które w Cichym miejscu nabierają wyjątkowego sensu i przybierają na sile.


Ciche miejsce wpisuje się w szersze zjawisko odświeżenia amerykańskiego horroru, które możemy obserwować w ostatnich latach za sprawą filmów takich jak Coś za mną chodzi (2014), Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (2015), Uciekaj! (2015) czy To przychodzi po zmroku (2017), a które ma swoje korzenie przede wszystkim w kinie niezależnym. Ciche miejsce miało co prawda większy budżet (i pojawiły się w nim gwiazdy), ale nadal pod względem nastroju i oryginalnego podejścia do wyświechtanej konwencji horrorowej przypomina wymienione powyżej produkcje.* A tak swoją drogą, jeśli w filmach grozy irytuje was zwyczajowa bezmyślność bohaterów, Ciche miejsce będzie dla was miłym rozczarowaniem. Filmowa rodzina zamiast irytować głupotą zachwycają zaradnością, a jej pomysły na pogodzenie bezwzględnej ciszy z rytmem codzienności są zaiste imponujące. 


Ciche miejsce ma szereg zalet. Oprócz sprawnej reżyserii i znakomitej koncepcji wyjściowej, warto wspomnieć jeszcze o wyjątkowo twórczo potraktowanym dźwięku, którego funkcja nie ogranicza się wyłącznie do kreowania atmosfery grozy lecz służy pogłębieniu i "uzmysłowieniu" tego przerażającego, pogrążonego w ciszy świata. Ponadto ogromnym walorem filmu jest także rola Emily Blunt (prywatnie żony Krasinskiego), która zwinnie balansuje pomiędzy dziewczęcą niewinnością, matczynym ciepłem a byciem absolutnym badassem. 


Takie horrory to ja mogę oglądać.

*Więcej o współczesnych przemianach horroru możecie przeczytać w artykule Grzegorza Fortuny "Nowe życie amerykańskiego horroru" ("Ekrany" nr 6, 2017) dostępnym w całości TU

wtorek, 10 kwietnia 2018

"Twarz"

To trochę ryzykowne porównanie, ale co mi tam: Małgorzata Szumowska jest pod pewnymi względami Patrykiem Vegą polskiego kina artystycznego. Jej filmy sprzedają się nieźle i można je lubić, choć są szytymi wyjątkowo grubymi nićmi opowieściami o Polsce. Trudno odmówić im trafności - mają w sobie co najmniej kilka ziaren prawdy oraz słusznych obserwacji. Równocześnie prezentują jednak ogromnie jednowymiarowy portret Polski i Polaków. Rozszerzają jednostkowe historie na całą narodową mentalność w ramach przekonania, że jeśli coś gdzieś takiego się stało, może stać się wszędzie i każdemu. Ja tego nie kupuję - i to zarówno w wydaniu Vegi, jak i wersji prezentowanej przez Szumowską. 


Twarz, czyli najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej, to szereg miniatur o naszym pięknym kraju i rodzimej mentalności, luźnie powiązanych historią o przeszczepie twarzy. Otwierająca sekwencja filmu, w której to tłum golasów pędzi przez wyludnione centrum handlowe by dopaść telewizor na promocji jest bardzo myląca. Klasyfikuje nas bowiem do światka zgniłego, zachodniego  kapitalizmu, a tymczasem, jak dosadnie udowadnia cały film, jesteśmy raczej prowincjonalnym środkowych wschodem, zakompleksionym, zawistnym i trzymanym na krótkiej smyczy przez kościół. 


Myląca jest też historia głównego bohatera, Jacka, granego z powodzeniem przez Mateusza Kościuszkiewicza, który zostaje poddany pionierskiej operacji przeszczepu twarzy. Wielki sukces, zaawansowana medycyna, wysoce rozwinięta technologia znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po powrocie na bezlitosną prowincję żyjącą według reguły 3xK: kościół, konserwatyzm i ku**a pół litra. Ułuda zachodu trwa tylko przez krótką chwilę, bo zaraz na powrót wciąga nas polskie błoto i zaściankowość.  


Twarz to rzeczywiście baśń: z jednowymiarowymi postaciami, zeszpeconym bohaterem o szlachetnym sercu, wygnaniem, odrzuceniem i morałem. To jednak równocześnie grubo ciosana publicystyka ubrana w kostium kina artystycznego, z której niewiele wynika poza dość oczywistym stwierdzeniem, że transformacja poszła w Polsce jakoś nie tak. Nowa rzeczywistość, zabudowana supernowoczesnymi apartamentowcami bez dróg dojazdowych i infrastruktury jest karykaturą samego siebie. Szkoda, że Szumowska patrzy na nią z góry, bez cienia sympatii i właściwie nie próbuje jej zrozumieć. 


niedziela, 4 marca 2018

Oscary 2018

To była wyjątkowo nudna i przewidywalna gala. Niewiele było na niej zaskakujących werdyktów, a okołofilmowych atrakcji - jeszcze mniej. Gdyby nie doborowe towarzystwo, w którym miałam okazję oglądać 90. galę rozdania Oscarów, za pewne już po dwóch pierwszych kategoriach drzemałabym błogo pod stołem.


Hollywood miała wstrząsnąć rewolucja: ruch #metoo oraz Time's Up mogły na zawsze odmienić oblicze przemysłu filmowego. Jednak patrząc na tegoroczną galę, tak zapewne się nie stanie. Prowadzący Jimmy Kimmel bardzo ostrożnie dobierał słowa, rzadko rzucał dowcipami i właściwie nie pozwalał sobie na swobodę czy improwizację. Ceremonia była wyliczona, idealnie zaplanowana i nie było na niej miejsca na rewolucję. Właściwie gdyby nie krótkie wystąpienie trzech aktorek (m.in. Ashley Judd i Salmy Hayek) można by w ogóle przeoczyć rzekome feministyczne przebudzenie. Manifestowało się ono jedynie w małych gestach takich jak trzymające się za ręce prezenterki kolejnych nagród czy kąśliwa uwaga Emmy Stone podczas prezentacji nominowanych w kategorii "Najlepszy reżyser". Odrobiny charakteru dodała ceremonii odbierająca nagrodę za rolę w Trzech billboardach Frances McDormand, która we właściwym sobie nonszalanckim stylu starała się przypomnieć obecnym na sali kobietom o ich sile i znaczeniu w Hollywood. 

Frances McDormand
Ogromnie smuci mnie nagroda w kategorii "najlepszy film". Zamiast precyzyjności, profesjonalizmu i oryginalności jaką reprezentują Trzy billboardy wygrała naiwna bajkowość, wtórność i umowność w postaci Kształtu wody. Droga Akademio, liczyłam na więcej! 

Guillermo del Toro
Co więcej? Roger Deakins nareszcie otrzymał upragnionego Oscara (przypomnijmy: był nominowany już aż 13 razy), podobnie jak Gary Oldman, który nie posiadał jeszcze w swojej kolekcji statuetki mimo szeregu niezapomnianych ról. Nagrody nie dostała za to Meryl Streep (no paczcie państwo). Okazuje się, że w Hollywood jest jeszcze sporo innych utalentowanych aktorek w dojrzałym wieku - takich jak choćby wspaniała Allison Janney, wyróżniona w kategorii "Najlepsza aktorska drugoplanowa".

Allison Janney (w najpiękniejszej sukience!)
I to będzie na tyle, bo muszę wreszcie iść spać. 
Po więcej komentarzy zapraszam np. na:

A poniżej pełna lista tegorocznych zwycięzców: 

NAJLEPSZY FILM: "Kształt wody" 
NAJLEPSZY REŻYSER: Guillermo Del Toro "Kształt wody" 
NAJLEPSZY AKTOR: Gary Oldman 
NAJLEPSZA AKTORKA: Frances McDormand 
NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA Allison Janney 
NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY: Sam Rockwell 
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADAPTOWANY: "Tamte dni, tamte noce" 
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY: "Uciekaj!" 
NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY "Coco" 
NAJLEPSZE KOSTIUMY: "Nić widmo" 
NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY: "Ikar" 
NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY: "Heaven Is a Traffic Jam on the 405" 
NAJLEPSZY KRÓTKOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY "Dear Basketball" 
NAJLEPSZY FILM KRÓTKOMETRAŻOWY: "The Silent Child" 
NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY "Fantastyczna kobieta" 
NAJLEPSZA CHARAKTERYZACJA: "Czas mroku" 
NAJLEPSZA MUZYKA: Alexandre Desplat "Kształt wody" 
NAJLEPSZA PIOSENKA: "Remeber me" z filmu "Coco" 
NAJLEPSZY MONTAŻ DŹWIĘKU: "Dunkierka" 
NAJLEPSZY DŹWIĘK: "Dunkierka" 
NAJLEPSZY MONTAŻ: "Dunkierka" 
NAJLEPSZA SCENOGRAFIA: "Kształt wody" 
NAJLEPSZE ZDJĘCIA: Roger A. Deakins "Blade Runner 2049" 
NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE "Blade Runner 2049"