piątek, 17 lipca 2020

Orbitowanie bez cukru na Facebooku!

"Kto się nie rozwija, ten stoi w miejscu". Napis o tej treści widziałam kiedyś w jednym mieszkaniu, a ponieważ na pseudo inspirujące sentencje na ścianach mam alergię większą niż na sierść kota, uciekłam stamtąd aż się kurzyło.

Z bólem serca przyznaję jednak, że coś w tym jest. To właśnie z powodu potencjalnego rozwoju Orbitowanie bez cukru rozszerzyło swoją działalność na znany i lubiany portal Facebook.

Szukajcie pod adresem: https://www.facebook.com/orbitowaniebezcukru/

To właśnie na Facebooku pojawiać się będzie od tej pory największa dawka recenzji, relacji, opinii, ciekawostek i śmiesznych obrazków. Blog oczywiście pozostaje aktywny, ale będą się tu pojawiać wyłącznie dłuższe formy, nieprzystające swoimi rozmiarami do specyfiki Facebooka.

Do zobaczenia w social mediach!


poniedziałek, 1 czerwca 2020

"O nieskończoności" / "Om det oändliga" - recenzja filmu


Nagrodzone Srebrnym Lwem w Wenecji O nieskończoności Roya Anderssona nie jest filmem zaskakującym. Z wyglądu przypomina inne głośne dzieła Szweda, na czele z Gołębiem…. Filmowa rzeczywistość wciąż jest niemal pozbawiona kolorów, szara i monotonna, a kolejne sekwencje przypominają nieruchome tablaeu pełne ludzi o bladych twarzach. Andersson jest mistrzem mise-en-scène: niemal wszystkie zainscenizowane przez niego ludzkie dioramy zasługują na oprawienie i powieszenie w prestiżowej galerii sztuki. Znakomicie widać to również w O nieskończoności, gdzie wiele obrazów (np. wizja drugowojennego bunkra) budzi czysty zachwyt.  


Również pod względem tematu Andersson z uporem maniaka powraca do zgłębiania surrealistycznej natury świata oraz powtarzalnego charakteru ludzkich zachowań. W O nieskończoności robi to w serii krótkich scen komentowanych przez beznamiętną narratorkę, wyraźnie zdystansowaną od ekranowych obrazów. Jej delikatny głos zdaje się komentować migawki ze świata, który przeminął, który tkwi w dalekiej, na poły mitycznej przeszłości.


Mimo tych niewątpliwych podobieństw i twórczej konsekwencji, w O nieskończoności sporo (jak na Anderssona) jest optymizmu. Tańczące młode kobiety czy stały bywalec sterylnego baru wzdychający do malowniczo padającego śniegu, wydają się osobami (przynajmniej częściowo) zadowolonymi z życia, doceniającymi jego ulotne piękno. Bohaterowie ci gubią się jednak pod zalewem innych, już bardziej typowych dla reżysera widm, melancholijnie krążących po świecie,  dręczonych przez zawinienia z przeszłości czy utratę wiary.


Jedno w O nieskończoności dziwi – czas trwania filmu. Andersson zamyka swoją refleksję o „życiu, wszechświecie i całej reszcie” w obrębie zaledwie 77 minut, co sprawia, że filmowy trans zostaje przerwany nagle, niespodziewanie i zadziwiająco szybko, biorąc pod uwagę magiczną, powolną atmosferę dzieła. O nieskończoności zostawia po sobie niedosyt, piękne obrazy i ogromną ilość znaków zapytania, które już nigdy nie zamienią się w inne, bardziej rozstrzygające znaki interpunkcyjne.

7,5/10


niedziela, 3 maja 2020

„Tyler Rake: Ocalenie” / "Extraction" - recenzja filmu


Extraction (znane także jako Tyler Rake: Ocalenie) to imponujące od strony technicznej przedsięwzięcie z pretekstową fabułą. Szeroko dyskutowana sekwencja ekstrakcji, zrealizowana w formie jednego, kilkunastominutowego ujęcia ze sprytnie ukrytymi cięciami, stanowi centralną atrakcję filmu, który niestety w całości nie dorasta jej do pięt. Twórcy niechętnie biorą na siebie funkcję „opowiadaczy” historii – znacznie swobodniej czują się orkiestrując kolejne sceny pojedynków, pościgów i strzelanin, które wypadają w Tyler Rake: Ocalenie zaiste zacnie. Nic w tym dziwnego – reżyserem filmu jest wszak Sam Hargrave, czynny kaskader, pracujący m.in. przy produkcjach Marvela, którzy kroczy śladami innego kolegi po fachu, Davida Leitcha (John Wick, Atomic Blonde). Paradoksalnie im dalej od samego seansu i im więcej dowiaduję się o stronie technicznej całego przedsięwzięcia, tym wyższa moja ocena. Zainteresowanym polecam półgodzinny klip, w którym reżyser opowiada m.in. jak przypięty pasami do maski samochodu własnoręcznie kręcił najbardziej złożone sekwencje. 


Tyler Rake (Chris Hemsworth), najemnik po przejściach, którego psychologia została zredukowana do jednego traumatycznego wydarzenia z przeszłości, to oschły profesjonalista niemający nic do stracenia. Uciekając od dręczących go demonów, podejmuje się kolejnego, pozornie rutynowego zadania, polegającego na odbiciu porwanego nastolatka z rąk banglijskich handlarzy narkotyków. Niestety na swoje nieszczęście zbytnio angażuje się w zlecenie i za wszelką cenę stara się uratować czternastoletniego Oviego od niechybnej śmierci.


Niedostatki fabularne filmu doskonale unaocznia postać grana przez Davida Harboura, która pojawia się na ekranie dosłownie przez kilka minut i nie wnosi absolutnie nic do całej historii. Ponadto film całkowicie ignoruje komediowy potencjał Chrisa Hemswortha, skrupulatnie wydobywany na przestrzeni ostatnich lat przez MCU oraz szereg innych blockbusterów (np. Men in Black: International, Ghostbusters. Pogromcy duchów). To wielka szkoda, bo klasyka gatunku dobitnie udowadniała, że kino akcji na poczuciu humoru może tylko zyskać, a Arnold czy Sly zawsze mieli w zanadrzu kilka dowcipów i one-linerów. Mimo tych braków, dwugodzinne potyczki tytułowego bohatera z licznymi przeciwnikami zlatują zaskakująco szybko i stanowią miłe urozmaicenie epidemicznego czasu, pozbawionego klasycznych kinowych premier. Jak to mówią: na bezrybiu i rak ryba.

5,5/10

sobota, 2 maja 2020

Recenzja serialu "Jeszcze nigdy" / "Never Have I Ever" (Netflix)


Serial Never Have I Ever (a.k.a. Jeszcze nigdy) od samego początku prezentuje widzowi obszerny katalog mniejszości, które zostały ujęte w jego fabularne ramy. Strategia znana już z poprzednich produkcji Netflixa, została tutaj posunięta znacznie dalej, niemal całkowicie wykluczając „typowych białych bohaterów” przez dekady stanowiących postawę amerykańskich teen-movies. Można się zastanawiać nad motywacjami medialnego giganta: czy rzeczywiście chodzi tu o światłą i godną pochwały misję reprezentowania na ekranie dotychczas pomijanych, czy może raczej decydującym czynnikiem są badania marketingowe i obowiązujące trendy?


W każdym razie, opisany powyżej problem tylko początkowo odciąga uwagę od serialu stworzonego przez Mindy Kaling i Lang FisherNever Have I Ever szybko wciąga widza w swój zdywersyfikowany świat kalifornijskich nastolatków, zajętych emocjami, pierwszymi miłościami i imprezami – a zdecydowanie nie nauką.



Główną bohaterką serialu jest pochodząca z Indii Devi, której rodzice przybyli do Stanów w poszukiwaniu amerykańskiego snu (a sądząc po trybie życia i kupionym domu – chyba udało im się go osiągnąć). Nie zapominali przy tym o swoich korzeniach, stanowiących już wyraźny balast dla Devi, która traktuje je jako rodzaj zła koniecznego. Żyjąca na skrzyżowaniu kultur nastolatka z wyraźnym trudem wchodzi w rolę „dobrej indyjskiej dziewczyny”, od czego nieustannie odciąga ją szalony rytm życia amerykańskich licealistów.


Mimo początkowego zażenowania (przyznaję, miałam problem z przebrnięciem pierwszego odcinka), serial ogląda się dobrze. Spora w tym zasługa debiutantki Maitreyi Ramakrishnan z powodzeniem wcielającej się w postać Devi – upierdliwej, miotanej hormonami i niedawną tragedią dziewczyny, starającej się wypierać traumę poprzez pogrążenie się w wirze licealnych miłości i konfliktów. Dzielnie towarzyszą jej liczni bohaterowie drugoplanowi, wśród których prym wiedzie prymus Ben (Jaren Lewison), zafascynowana robotyką Fabiola (Lee Rodriguez) oraz kochająca teatr Eleanor (Ramona Young). Szczególnie przewrotną postacią jest nauczyciel Pan Shapiro (Adam Shapiro), którego pozorna nowoczesność i świadomość aktualnych trendów staje się jednym z najciekawszych comic relief serialu. Pamiętajmy o tym wszyscy: w pewnym wieku mówienie młodzieżowym językiem wcale nie ułatwia zdobycia sympatii nastoletnich słuchaczy. True story.

 6,5/10

poniedziałek, 10 lutego 2020

Oscary 2020

Tegoroczna gala oscarowa była dość monotonna i pozbawiona zaskoczeń... do czasu, gdy Parasite zaczął rozbijać bank i zdobywać nagrody w kompletnie niespodziewanych kategoriach. Jak wie już cały internet, Bong Joon Ho i jego południowokoreańska ekipa zgarnęli łącznie aż cztery złote statuetki, stając się tym samym zwycięzcami oscarowego wyścigu. Zachwyt Akademii Parasitem z jednej strony może dziwić, choć jest kontynuatorem pewnej paranoicznej tendencji. Oto absolutnie mainstreamowa, rządząca się kapitalistycznymi prawami nagroda, wyróżnia film krytykujący pełne nierówności status quo, zwiastujący nieuchronnie zbliżający się przewrót. Jasne, bijmy brawo siedzącemu na widowni multimiliarderowi Jeffowi Bezosowi, a zaraz potem opowiadajmy ze sceny jak strasznie trudne jest życie klasy robotniczej. 


Podobnie jak w ubiegłym roku, gala pozbawiona była prowadzącego. Pozwoliło to na wypełnienie ceremonii popisami całej galerii niezwykłych postaci, z których wymienić należy wspaniałą Janelle Monáe, której występ otworzył show oraz pełen dystansu duet James Corden/Rebel Wilson. Widziani ostatnio w paskudnych Kotach aktorzy, z łatwością przekonali publiczność co do znaczenia DOBRYCH efektów specjalnych. 


Reżyser Parasite'a, Bong Joon Ho przewrócił swoim, nomen omen, wyjątkowo przewrotnym filmem, Hollywood do góry nogami. Złamał system, równocześnie kłaniając mu się z szacunkiem w pas. Koreańczyk wyrósł wszak na dziełach hollywoodzkich mistrzów, czemu dał wyraz zwracając się ze sceny do wielkiego Martina Scorsese, którego filmy studiował w młodości. Wzruszającym momentem były także podziękowania, jakie laureatka nagrody dla najlepszej aktorki drugoplanowej, Laura Dern, skierowała do swoich aktorskich rodziców: Bruce'a Derna i Diane Ladd.  


Ogromnych emocji dostarczył również Joaquin Phoenix, który odbierając statuetkę w kategorii "Najlepszy aktor pierwszoplanowy" w ciągu dosłownie kilku minut, zdołał złożyć konstruktywną krytykę swojego trudnego charakteru, wyrazić skrajne oddanie ekologicznej sprawie oraz oddać hołd zmarłemu bratu. Mnie osobiście poruszyła także emanująca skromnością i wybitnym talentem Hildur Guðnadóttir, wyróżniona za najlepszą muzykę do Jokera. Skomponowane przez nią utwory zdecydowanie wyróżniają się na tle twórczości klasycyzujących, zachowawczych rywali. Jej muzyka jest wręcz przepełniona niepokojem, rozedrgana i wchodząca pod skórę. Miałam okazję usłyszeć Hildur na żywo podczas Festiwalu Unsound (wykonywała wówczas utwory z soundtracku do serialu Czarnobyl) i było to wprost nieziemskie doświadczenie. 


Nie byłabym sobą bez narzekania, więc dorzucę jeszcze łyżkę dziegciu do tej baryłki miodu. Niespodziewany występ Eminema, wykonującego piosenkę Lose Yourself z 8 mili trafił jedynie do ułamka publiczności, zgromadzonej w bogato zdobionej sali. Tylko pojedyncze osoby kiwały głowami w takt muzyki, a na palcach jednej ręki można było zliczyć tych, którzy recytowali pod nosem wybrane wersy. Powszechną reakcją było za to zażenowanie i poczucie, że powrót rapującego muzyka nie ma w sobie nic uroczo nostalgicznego.  


I jeszcze jedno drobne narzekanie z serii "nie znam się, ale się wypowiem". Tegoroczne sukienki, wśród których dominowała biel, czerń, cekiny i wielkie falbany, były przeraźliwie nudne. Dlatego szczególne brawa należą się Janelle Monáe oraz jej połyskliwej zbroi z kapturem - z pewnością piekielnie niewygodnej, ale za to jak efektownej!




PEŁNA LISTA NAGRODZONYCH:

Najlepszy film: "Parasite"

Najlepsza reżyseria: Bong Joon Ho, "Parasite"

Najlepszy aktor: Joaquin Phoenix, "Joker"

Najlepsza aktorka: Renée Zellweger, "Judy"

Najlepszy aktor drugoplanowy: Brad Pitt, "Pewnego razu... w Hollywood"

Najlepsza aktorka drugoplanowa: Laura Dern, "Historia małżeńska"

Najlepszy scenariusz oryginalny: Bong Joon Ho, Han Jin Won, "Parasite"

Najlepszy scenariusz adaptowany: Taika Waititi, "Jojo Rabbit"

Najlepszy film animowany: "Toy Story 4"

Najlepszy film międzynarodowy: "Parasite"

Najlepszy film dokumentalny: "Amerykańska fabryka"

Najlepsze zdjęcia: Roger Deakins, "1917"

Najlepszy montaż: Michael McCusker, Dirk Westervelt, Andrew Buckland, "Le Mans '66"

Najlepsza scenografia: Barbara Ling; Nancy Haigh, "Pewnego razu... w Hollywood"

Najlepsze kostiumy: Jacqueline Durran, "Małe kobietki"

Najlepszy utwór muzyczny: "(I'm Gonna) Leave Me Again", "Rocketman"

Najlepsza muzyka filmowa: Hildur Guðnadóttir, "Joker"

Najlepsze efekty specjalne: Guillaume Rocheron, Greg Butler, Dominic Tuohy, "1917"

Najlepsza charakteryzacja: Kazu Hiro, Anne Morgan,Vivian Baker, "Gorący temat"

Najlepszy montaż dźwięku: Mark Taylor, Stuart Wilson, "1917"

Najlepszy dźwięk: Donald Sylvester, "Le Mans '66"

Najlepszy film krótkometrażowy: "The Neighbors' Window"

Najlepszy krótkometrażowy film animowany: "Hair Love"

Najlepszy krótkometrażowy film dokumentalny: "Learning to Skateboard in the Warzone"

sobota, 4 stycznia 2020

"Koty" / "Cats" - recenzja filmu

Podobno twórców goniły terminy. Podobno na wszystko brakowało czasu. Podobno prace nad filmem zakończyły się dzień przed uroczystą premierą. Podobno miało być dobrze. 


Wyreżyserowane przez zdobywcę Oscara Toma Hoppera Koty, są filmową adaptacją słynnego musicalu, który od lat święci triumfy na londyńskich i nowojorskich scenach. Stworzone przez Andrew Lloyd Webera show, to poniekąd pozbawiona spójnej fabuły, ale za to wypełniona znakomitą muzyką i pełnymi werwy układami choreograficznymi, wariacja na temat życia ulicznych kotów, która przeszła do legendy za sprawą swojej wielkiej popularności wśród widowni oraz hipnotyzującego utworu "Memory" (który śpiewała potem m.in. Barbra Streisand). 

Koty w wersji teatralnej
Z goszczących aktualnie na kinowych ekranach Kotów, obronną ręką wychodzą wyłącznie elementy znane z teatralnych realizacji  muzyka oraz niektóre sekwencje taneczne  a zawodzi wszystko, co filmowe. Niedbałe, siermiężne cyfrowe efekty specjalne nie pozwalają na zanurzenie się w kocim świecie, a drobne oszustwa jakich dopuszczają się filmowcy, by choć trochę ułatwić sobie zadanie (np. brak animowanych dłoni i stóp bohaterów), jedynie podkreślają ich nieudolność w tworzeniu spójnego, kociego świata.


Koty podszyte są niepokojem, powodowanym przez nieustanne zacieranie granic pomiędzy człowieczeństwem a kotowatością. Hybrydy o ludzkich stopach, dłoniach, nosach, oczach oraz kocich ogonach, wąsach, uszach i futrze, wyglądają jak kreatury z kina grozy. Nieokreśloność i konfuzja przepełniają także stroniące od wszelkiej logiki sekwencje harców, wśród których królują sceny z udziałem Rebel Wilson. Znana z serii Pitch Perfect aktorka, nie tylko ściąga z siebie puszyste futro, by wystąpić przed skonfundowaną widownią w skąpym, błyszczącym kostiumie, ale także z rozkoszą konsumuje karaluchy i myszy o ludzkich twarzach. 


Promyczkiem nadziei w tym przedziwnym świecie bywa odtwórczyni głównej roli, występująca na co dzień w brytyjskim Royal Ballet, Francesca Hayward. Na rozgrywający się wokół siebie estetyczny dramat patrzy naiwnymi, szeroko otwartymi oczami, jakby nie wiedziała do końca w jakim freak show przyszło jej brać udział. W tym całym bałaganie zaskakująco dobrze odnajduje się także piosenkarka Taylor Swift  być może dlatego, że pojawia się na ekranie tylko przez 10 minut, by potem w niewyjaśniony sposób zniknąć z kociego świata. 


Film Hoppera znacznie lepiej wyglądałby, gdyby podczas produkcji sięgnięto po tradycyjne środki. Gdyby scenografia została w całości zbudowana w studiu, gdyby za wygląd filmowych kotów odpowiadali doświadczeni kostiumografowie, a nie siedzący przez komputerami spece od CGI. Zasłużona finansowa klapa Kotów (sięgająca podobno 100 mln dolarów) powinna stać się przestrogą dla współczesnych filmowców i dobitnie im uświadomić, że "cyfrowe" nie zawsze oznacza "lepsze". 

sobota, 28 grudnia 2019

"Wiedźmin" / "The Witcher" - recenzja serialu

Książki Sapkowskiego czytałam raz, bardzo dawno temu, i mówiąc szczerze niewiele z nich pamiętam. Wygląda na to, że mam szczęście, bowiem serialowy Wiedźmin dość swobodnie poczyna sobie ze swoim literackim pierwowzorem. Nie odstrasza to jednak, spragnionych hollywoodzkiej wersji słowiańszczyzny, fanów książkowej serii oraz oczarowanych wiedźmińskim uniwersum wielbicieli gier komputerowych od CD Projektu, którzy wydają się dwoma szczególnie wyrazistymi i aktywnymi grupami odbiorców serialu. 


Abstrahując od starych jak świat dywagacji na temat swobody adaptatorów do wprowadzania zmian w tekście wyjściowym, należy zaznaczyć, że w serialowym Wiedźminie wiele jest dobrych chęci i śmiałych pomysłów. Odwaga niewątpliwie kryje się już w samym przełamaniu impasu, w jaki filmowców wpędziła karkołomna próba adaptacji twórczości Sapkowskiego, podjęta na przełomie wieków przez Jacka Bromskiego. W netflixowym Wiedźminie widać zaangażowanie, pasję i upór, jaka była udziałem m.in. jednego z najwytrwalszych popleczników adaptacji, Tomasza Bagińskiego. W serialu czuć także pragnienie Netflixa, by stał się on następcą Gry o tron, której sezony dobiegły już końca, a która swoją ostatnią odsłoną pozostawiła spory niesmak i zażenowanie. 


Mimo bezdennej sakiewki streamingowego giganta, Wiedźmin nie jest przykładem bezszwowego połączenia tradycyjnego planu filmowego z elementami wytworzonymi z pomocą grafiki komputerowej. Sprawnie przeobrażone w fantastyczne fortece zamki w Nidzicy i Ogrodzieńcu, przyćmiewa hogwartowa Aretuza i wiele innych, bardzo uproszczonych lokacji, które nieskuteczne ukrywają swoje wady w tajemniczym mroku. Do katalogu uchybień dopisać można też nierówne kostiumy (o co chodzi z pomarszczonymi zbrojami Nilfgaardu?) oraz wyjątkowo nienaturalnie wyglądające i poruszające się potwory, przypominające B-klasowe monstra. Wiedźmin miota się nieustannie pomiędzy wysokobudżetową produkcją fantasy, zachwycającą detalami i rozmachem, a drogim LARPem, do którego zbroje wykuł oddany, lecz na wskroś amatorski wielbiciel gatunku.


Swoje nierówności serial pomysłowo maskuje dodatkowymi komplikacjami fabularnymi – przede wszystkim kilkoma planami czasowymi, wymuszającymi na widzu szczególne skupienie na detalach. Zaznaczmy wyraźnie tą oczywistość – nie wszystko w Wiedźminie dzieje się w tym samym czasie, co sprawia, że w lepszy sposób możemy poznać zawikłane historie poszczególnych bohaterów oraz kierujące nimi motywacje. Sporo tu braków, niedomówień i pustych miejsc, ale zapewne jest to celowe działanie, skoro serial ma trwać aż siedem sezonów. 


Od samego początku wielką niewiadomą był odtwórca głównej roli, Brytyjczyk Henry Cavill, znany dotychczas przede wszystkim z roli Supermana w uniwersum DC. Jego imponująca cielesność oraz image szlachetnego superbohatera, nie pasowały do powszechnych wyobrażeń Geralta z Rivii – mężczyzny zmęczonego, cynicznego, przytłoczonego przez narzuconą mu misję ratowania świata. Cavill skutecznie obronił się przed krytyką mocarną ręką, demonstrując na każdym kroku świetne rozumienie granej postaci, a gdzieniegdzie również dystans i poczucie humoru. Jego siarczyste „fuck” oraz wieloznaczne „hmm” znakomicie wpasowały się w wizerunek tytułowego bohatera, nieustannie pomiatanego przez Przeznaczenie i rozgrywanego przez kluczowe dla fabuły, kobiece bohaterki. W temacie aktorstwa warto wspomnieć także dobrze sprawującą się, młodziutką Freyaę Allan jako przerażoną Ciri oraz Anya Chalotrę w roli coraz bardziej świadomej swojej siły Yennefer. 


To dopiero początek naszej wyprawy z serialem. Pierwszy sezon, o wyraźnie wprowadzającym charakterze, powinien stanowić wprawkę do dalszych odsłon opowieści – lepszych, bardziej dopracowanych, pewniejszych siebie, pozbawionych opisanych powyżej nierówności. Ja, moją postawę wobec netflixowych przygód nad wyraz atrakcyjnego gbura z Rivii, określam jako „ostrożnie optymistyczną” (w skali filmwebowej: 6/10) i z uwagą będę obserwować dalszy bieg wydarzeń. 

niedziela, 17 listopada 2019

26. MFF Etiuda&Anima: TOP 5 wydarzeń

Etiuda&Anima to w znaczniej mierze festiwal filmów krótkometrażowych - fabularnych i animowanych. Nie oznacza to jednak, że w jego programie nie znalazło się również miejsce dla pełnometrażowych produkcji. Z bogatej oferty krakowskiej imprezy wybieram pięć wartych uwagi tytułów. Może poniższa lista przyda wam się przy tworzeniu swojego festiwalowego rozkładu jazdy? 

AWAY, reż. Gints Zilbalodis, Łotwa 2019, 75’
[terminy pokazów: 21.11, godz. 12:00 / 22.11, godz. 12:00 / 23.11, godz. 13:00 @Małopolski Ogród Sztuki]


Minimalistyczna i hipnotyzująca animacja o chłopcu, lądującym niespodziewanie na tajemniczej wyspie, zamieszkanej tylko przez kilka zwierząt i giganta, który go prześladuje. Laureat jednej z najważniejszych nagród na prestiżowym festiwalu w Annecy, a także dowód na niezwykłą wyobraźnię swojego twórcy - Łotysza Gintsa Zilbalodisa. 

SYMFONIA FABRYKI URSUS, reż. Jaśmina Wójcik, Polska 2018, 60'
[21.11, godz. 17:00 @ASP, plac Jana Matejki 13]


Balansujący na granicy performensu, niezwykły zapis wspomnień pracowników dawnej Fabryki Ursus. Jaśmina Wójcik, artystka wizualna i aktywistka, powraca po latach do zakładu wraz z byłymi pracownikami, aby odtworzyć ich codzienną pracę.  

RUBEN BRANDT, KOLEKCJONER, reż. Milorad Krstić, Węgry 2018, 94’
[22.11, godz. 22:30 @Małopolski Ogród Sztuki]


Pokręcona historia słynnego psychoterapeuty Rubena Brandta, który cierpi z powodu nocnych koszmarów. By im zapobiec, zmuszony jest do ukradzenia 13 arcydzieł malarstwa z renomowanych muzeów i prywatnych kolekcji. Stworzony przez słoweńskiego reżysera i artystę multimedialnego Milorada Krsticia (laureata Srebrnego Niedźwiedzia za krótkometrażowy film My Baby Left Me w 1995 roku!) animowany kryminał odwołujący się do najlepszych tradycji gatunku.

JASKÓŁKI Z KABULU, reż. Zabou Breitman, Francja 2019, 81’
[23.11, godz. 15:30 @Małopolski Ogród Sztuki]


Przepiękna wizualnie adaptacja bestsellerowej powieści algierskiego pisarza Mohammeda Moulessehoula (pseudonim Yasmin Khadr) pokazywana w ramach sekcji Un Certain Regard na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Cannes. Akcja filmu rozgrywa się latem 1998 roku w stolicy Afganistanu, wkrótce po dojściu do władzy fundamentalistycznych Talibów. Dwoje młodych ludzi musi odnaleźć się w nowym świecie, w którym nie ma miejsce na wolność, poezję i sztukę. 

CYKL POŻEGNANIA
[Varda: 21.11, godz. 17.45 @Małopolski Ogród Sztuki / Bertolucci: 23.11, godz. 17.30 @Małopolski Ogród Sztuki / 23.11, godz. 19:00 @Małopolski Ogród Sztuki]



Etiuda&Anima zaprasza widzów do wspólnego wspominania wielkich osobowości kina, które zmarły w minionym roku. Na cykl "Pożegnania" składa się najnowszy film Agnes Vardy (Varda według Agnes) oraz dokumenty poświęcone Bernardo Bertolucciemu (Bernardo Bertolucci: To nie koniec podróży) i Franco Zeffirelli'emu (Franco Zeffirelli – Reżyserując z życia). 


To oczywiście tylko wyimek z programu Festiwalu Etiuda&Anima. 
Pełną listę wydarzeń znajdziecie TUTAJ.

sobota, 2 listopada 2019

"Król" / "The King" - recenzja filmu

Król to film pełen niespodzianek. Powody do zdziwienia znajdą tu zarówno znawcy twórczości Williama Szekspira, na którego sztukach luźno oparta jest ekranowa opowieść, jak i specjaliści od angielskiej historii. Twórcy Króla - reżyser David Michôd i współpracujący z nim przy scenariuszu Joel Edgerton - pozwolili sobie na spore zmiany zarówno w stosunku do dzieł angielskiego wieszcza, jak i prawdziwych losów Zjednoczonego Królestwa. Uwspółcześnili i uzupełnili opowiadaną przez siebie historię młodego króla Henryka V i należy przyznać, że zrobili to niebo lepiej niż np. reżyserka Josie Rourke w niedawnej Marii, królowej Szkotów (2018). 


Kluczową postacią w Królu jest następca tronu Hal, zbuntowany przeciwko swojemu ojcu-tyranowi i pozbawiony ambicji zasiadania na tronie. Młody królewicz od sztywnej atmosfery na dworze woli śmierdzącą przetrawionym alkoholem aurę gospód i knajp, gdzie w towarzystwie jowialnego przyjaciela Johna Falstaffa zapija rodzinne smutki. Beztroska nie trwa jednak wiecznie. Gdy stary władca umiera, a wybrany przez niego następca ginie na polu bitwy, Hal, już jako król Henryk V, musi objąć panowanie nad pogrążoną w społecznych niepokojach Wielką Brytanią. 


Król to w zasadzie mroczna historia o dorastaniu, które staje się udziałem Hala, granego z powodzeniem przez Timothée Chalameta. Gwiazda Tamtych dni, tamtych nocy znakomicie oddaje przemianę młodego władcy, który z otoczonego alkoholową mgiełką efeba ukrytego za bujną czupryną, przemienia się w ostrzyżonego zgodnie z panującą modą, rozczarowanego i zgorzkniałego władcę, który już nigdy nikomu pochopnie nie zaufa. 


Tragiczna przemiana bohatera odbywa się w niezwykle intensywnych okolicznościach, jakie zapewnia legendarna bitwa pod Azincourt, której daleko do szlachetnych i czystych eposów rycerskich. Słynna potyczka przeradza się w Królu w piekielną rzeź, pełną bałaganu i szaleńczej rąbaniny. Godne pieśni akty męstwa zostają tu utopione w morzu błota, a szanse na śmierć z ręki wroga są równe otrzymania omyłkowego uderzenia od przyjaciela, stratowania lub utonięcia w kałuży krwi i podmokłej ziemi. Bitewny chaos znakomicie podkreślają mroczne, wyraziste zdjęcia Adama Arkapawa, któremu udało się w Królu nasycić batalistyczne kadry epickością, a równocześnie wypełnić je pewną zaskakującą świeżością. Niestety, wysmakowane ujęcia jakie funduje widzowi Arkapaw mogą okazać się zbyt monumentalne dla małych ekranów laptopów i telewizorów. Aż chciałoby się zobaczyć je w wielkim formacie! 


Twórcy Króla umiejętnie rozbijają powagę filmu drobnymi elementami komicznymi, do których niewątpliwie należy rola Roberta Pattinsona wcielającego się we francuskiego delfina. Pattinson jest tak kuriozalny i cudaczny, że - zgodnie z resztą z intencją filmu - trudno traktować go poważnie. Jego udawany francuski akcent (o którym raz po raz zapomina) chwilami spycha na dalszy plan wszystkie inne elementy świata przedstawionego i urasta do rangi głównego bohatera. Dobrze wypada też Joel Edgerton jako brodaty Falstaff, hulaka i mitoman, który okazuje się jedynym głosem rozsądku w otoczeniu młodego władcy. 


Król to udana próba przepisania zamierzchłej historii Henryka V na współczesny język, a zarazem solidny przykład filmu historycznego, z którego, jak doskonale wiemy z doświadczenia, nie należy czerpać pełnej wiedzy o przeszłości. Choć film Michôda warto połączyć z pogłębioną lekturą Wikipedii lub podręcznika do historii, to i tak jest on świetnym przykładem sprawnego, przejmującego i niezwykle filmowego opowiadania o czasach dawno minionych.

7/10

niedziela, 27 października 2019

"Rok za rokiem" / "Years and Years" - recenzja serialu


Rok za rokiem to sześcioodcinkowa opowieść o przeciętnej brytyjskiej rodzinie, z perspektywy  której obserwujemy 15 lat przemian w Europie i na świecie. Serial startuje w 2019 roku, kiedy to na scenie politycznej pierwsze kroki stawia kontrowersyjna populistka Vivienne Rook (Emma Thompson). Jej drogę na szczyt rodzina Lyonsów obserwuje za pośrednictwem wieców, telewizyjnych raportów i wystąpień w social mediach – podobnie z resztą jak wiele innych przemian w swojej społeczno-politycznej rzeczywistości. 


Eufemistycznie mówiąc, nie idą one w dobrą stronę. Wolność jest stopniowo ograniczana, do głosu dochodzą skrajnie konserwatywne, ksenofobiczne środowiska, a rozwijająca się technologia służy coraz większej inwigilacji i zniewoleniu. Rok za rokiem działa jednak niezwykle subtelnie i znakomicie oddaje na ekranie sposób, w jaki zwykli ludzie doświadczają politycznych przemian. Początkowo je ignorują, uznając za część odwiecznego medialnego szumu, lecz z czasem na własnej skórze doświadczają ich konsekwencji. 


Należy zaznaczyć, że Rok za rokiem nie idzie w swoim czarnowidztwie śladami Czarnego lustra , a technologia ma tu zupełnie inną funkcję. Nigdy nie urasta do rangi głównego tematu, lecz jest raczej wypadkową ogółu zmian, elementem przedstawionej rzeczywistości, który nie zmienia diametralnie tego, jak wyglądają brytyjskie ulice czy domowe pomieszczenia. Latające samochody, teleporty i ruchome chodniki pozostają fantazją zarezerwowaną dla science-fiction. 


Nie chcę zdradzić za dużo – siłą Rok za rokiem jest to, jak wielkie konsekwencje mogą mieć pozornie nic nie znaczące, odległe od nas wydarzenia, decyzje polityków czy nowe, napisane skomplikowanym językiem prawniczym ustawy. Jak dalece o naszym życiu decydują sprawy, które dla świętego spokoju ignorujemy. Rok za rokiempowstałe w pełnej niepewności epoce przedłużającego się Brexitu i rosnących w siłę europejskich populizmów, snuje przerażającą wizję naszej przyszłości, która straszy nie tylko w Halloween.


U mnie 8/10.

piątek, 4 października 2019

"Ad Astra" - recenzja filmu

Wielki Clifford McBride (Tommy Lee Jones) nawet wiele lat po tajemniczym zaginięciu ma wpływ na życie swojego syna Roya (Brad Pitt). Jako bohater narodowy, niestrudzony odkrywca, który w poszukiwaniu życia pozaziemskiego dotarł na skraj znanego nam wszechświata, stanowił inspirację dla wpatrzonego weń potomka i skłonił go do zostania astronautą. Jednakże jako nieobecny ojciec, zainteresowany wyłącznie kosmiczną karierą, doprowadził do ruiny swoją rodzinę i stał się bolesną raną w życiorysie Roya.


Słynny rodzic, mimo dekad jakie upłynęły od jego zniknięcia, nigdy nie stał się dla mężczyzny zamkniętym rozdziałem. Nieustannie powraca, chociażby w irytujących pytaniach zadawanych przez ciekawskich: "To ty jesteś synem tego wielkiego Clifforda McBride'a?". Roy nauczył się radzić sobie z problematyczną spuścizną ojca. Mimo buzujących pod powierzchnią emocji, przybrał maskę zimnego profesjonalisty, skupionego wyłącznie na realizacji powierzonego mu zadania. Budowana pieczołowicie przez wiele lat fasada zaczyna się jednak sypać, gdy Roy otrzymuje niepokojącą informację, że jego ojciec żyje. 


W przeważającej części powolna i refleksyjna, Ad Astra zawiera szereg sekwencji pełnych akcji i napięcia, które wytrącają widza z wygodnego kosmicznego transu. Film Graya, choć skoncentrowany przede wszystkim na relacjach syna z ojcem, zawiera także intrygującą wizję niedalekiej przyszłości. Szczególnie fascynujący jest filmowy kosmiczny podbój, który miast stać się rozwiązaniem wszystkich problemów ludzkości, jest tylko ich przedłużeniem, przeniesieniem na nowy, pozaziemski poziom. Konflikty wywołane niedoborami zasobów naturalnych, dotychczas rozgrywające się w rejonie koła podbiegunowego, rozszerzyły się także na pełen ukrytych bogactw Księżyc, który przeobraził się w prawdziwą strefę wojny.


Ad Astra to balansujący na granicy pretensjonalności portret odysei syna ku ojcu, będącej (co nie jest zapewne dla nikogo zaskoczeniem) przede wszystkim jego podróżą wewnętrzną. Opatrzona komentarzami samego bohatera, jego przemyśleniami i przebłyskami z przeszłości wyprawa, nigdy nie przekracza jednak cienkiej czerwonej linii. Broni się nawet wtedy, gdy z ekranu padają banały i wyświechtane frazesy. Największą zasługę ma w tym Brad Pitt, odtwórca roli Roya, który w Ad Astrze tworzy jedną z najsubtelniejszych i najbardziej przejmujących kreacji w swojej karierze. Nie odstępująca go ani na krok kamera bezlitośnie podkreśla każdy, nawet najmniejszy grymas pojawiający się na jego wciąż nieziemsko przystojnej, choć pooranej zmarszczkami twarzy. Pojedyncza łza, spływająca po policzku wpatrzonego w niebo aktora to widok o niebo bardziej poruszający niż wszystkie obrazy kosmosu razem wzięte. 


Jak dla mnie: 7,5/10

środa, 18 września 2019

"Piłsudski" - recenzja filmu

Będzie krótko, bo o Piłsudskim trochę szkoda gadać. Zrealizowany pod popularnym i obecnym od lat w polskim kinie hasłem "szkoły pójdą", film Michała Rosy ma właściwie nikłą wartość edukacyjną. Co z tego, że licealiści zobaczą na własne oczy "żywego" Marszałka (odrywanego z powodzeniem przez Borysa Szyca), skoro całość zamiast koherentnej i wciągającej historii oferuje tylko chaotyczne migawki z początków XX wieku na ziemiach polskich? 


Zbyt wiele w Piłsudskim pozostaje niedopowiedziane, przez co film komplikuje kluczowe zagadnienia, zamiast je wyjaśniać. Składa się z poprawnie zrealizowanych scenek fabularnych, przetykanych planszami informującymi o tym, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie. A dzieje się sporo i warto byłoby to pokazać, zamiast kwitować I wojnę światową jednym, pseudopoetycko wyłaniającym się z mgły zdaniem. 


Piłsudski nie pokazuje "prawdziwej historii Marszałka" (jak głosi potężne hasło promocyjne filmu), lecz podnosi przypadkowe kartki z kalendarza i za ich pośrednictwem na zasadzie pars pro toto próbuje budować wielowymiarowy portret bohatera. Ten ambitny plan spala na panewce - o Piłsudskim z filmu trudno dowiedzieć się czegoś ponadto, że rzucał bombami w malownicze kawiarnie równie chętnie, co przekleństwami w rozmowach.  


Każdy potencjalnie ciekawy wątek - jak na przykład "inteligenckość" oddziałów Piłsudskiego, która ujawnia się na chwilę w rozmowie legionisty z przerażonym chłopem - jest ucinany nagle, przed nabraniem właściwego rozpędu. Twórcy konsekwentnie, za każdym razem zatrzaskują przed wścibskim widzem drzwi, podobnie jak główny bohater na początku wszystkich scen erotycznych.  

Darujcie sobie. 3/10.

sobota, 7 września 2019

"Polityka" - recenzja filmu

Podstawowym problemem Polityki Patryka Vegi jest fakt, że jest to po prostu film skrajnie nudny i przewidywalny. Śledzący na bieżąco wydarzenia na polskiej scenie politycznej, nie znajdą tu niczego skandalizującego, a wszelkie sceny zawierające choćby minimalny potencjał, ucinane są przedwcześnie, bez możliwości nabrania rozpędu. Prawdziwie szkoda plejady gwiazd (m.in. Andrzej Grabowski, Maciej Stuhr, Zbigniew Zamachowski, Daniel Olbrychski) zgromadzonej przez Vegę na planie, która nieustannie uderza głową o betonową ścianę bardzo słabego scenariusza. Reżyser nieugięcie stoi na stanowisku że jedna siarczysta k***a rzucona w odpowiednim (a raczej - skrajnie nieodpowiednim) momencie, może zastąpić nie tylko puentę, lecz nawet sens całej sekwencji. 


Polityka to krzywo uszyta ze stereotypów i plotek ekranizacja newsów, tweetów i pudelkowych doniesień. Ucho prezesa pozbawione poczucia humoru, w którym zamiast żartów pojawia się wulgarność i przaśna polska prowincja. Zdaniem "króla polskiego box-office'u" współczesny Rejtan w obronie ojczyzny pokazuje już nie obnażoną klatę, lecz - wybaczą Państwo - gołą dupę. 


U Vegi wszyscy politycy to warta siebie hałastra, która publicznie wykrzykuje znane frazesy o miłości do ojczyzny i obronie wartości, a na boku robi rzeczy dokładnie odwrotnie. Polityka przekonuje, że wszyscy chcą jedynie napchać sobie kieszenie publicznymi pieniędzmi. A my, biedni wyborcy, możemy ewentualnie zdecydować się na tych którzy kradną, ale przynajmniej się dzielą. 


"Co robią i jak zachowują się najważniejsi ludzie w kraju, kiedy gasną światła kamer i spadają maski? Jak władza i dostęp do publicznych pieniędzy wpływa na osoby piastujące najwyższe urzędy i pełniące obowiązki wobec Narodu? Bezkompromisowa Polityka odpowiada na te pytania. To film o przedstawicielach wszystkich frakcji i ugrupowań politycznych w Polsce, o rządzących i opozycji, o świeckich liderach i politykach w sutannach" - głosi oficjalny opis filmu. Nieprawda. W Polityce Vegi nikt niczego nie obnaża, nie dowiadujemy się niczego nowego o naszej polskiej rzeczywistości. Polityka nie ma demaskatorskiego charakteru, nie jest polskim odpowiednikiem Wszystkich ludzi prezydenta (1976) czy nawet Faktów i aktów (1997) Barry'ego Levinsona. To zrealizowany w pośpiechu przydługi, nieśmieszny skecz (w sporej części będący bezczelną reklamą usług internetowego kantoru Cinkciarz.pl), którego jedynym efektem może być zniechęcenie do chodzenia na wybory. Na całe szczęście kiniarze donoszą, że pokazy filmu świecą pustkami i mimo wielomiesięcznego hype'u, nikt nie bije się o bilety. "Skandalizująca" Polityka zasłużenie przejdzie więc przez polskie kina bez większego echa. 

piątek, 30 sierpnia 2019

"Pewnego razu... w Hollywood" / "Once Upon a Time ... in Hollywood" - recenzja filmu

Przepełniony miłością do amerykańskiego kina, telewizji, ale też wykreowanych przez nie mitów, najnowszy film Quentina Tarantino zderza ze sobą dwie Ameryki. Tą powojenną, w pewien sposób (mimo zimnowojennych niepokojów) przewidywalną, z ustalonym porządkiem społecznym, autorytetami i instytucjami oraz tą nową, wyłaniającą się na fali rozkwitającej kontrkultury, rzucającą wyzwanie systemowi i przyjętym obyczajom. Sympatia twórców, a przez to także widowni, wyraźnie leży po stronie bardziej konserwatywnej wersji - i nic w tym dziwnego, skoro ma ona twarz Leonardo DiCaprio i Brada Pitta.


Grani przez te hollywoodzkie supergwiazdy bohaterowie są starymi kumplami, których łączy prawdziwa przyjaźń i zawodowa współpraca. Mężczyźni najlepsze lata mają już za sobą, po piętach depcze im rozczarowanie, a chód spowalnia ciężki bagaż emocjonalny bagaż. Są symbolem starej Ameryki, która odchodzi w niepamięć, razem z trącącym myszką gatunkiem, w którym obaj się wyspecjalizowali - westernem. Mimo to, obaj nie przestają rywalizować o miano prawdziwego kowboja, choć już na pierwszy rzut oka widać, że samotnym rewolwerowcem nie jest grający go na ekranie Rick Dalton (DiCaprio), lecz raczej jego dubler Cliff Booth (Pitt). I to właśnie on stanie się kluczowym elementem filmowej układanki, w zaskakujący sposób łącząc ze sobą wszystkie porozrzucane wątki. 


Pewnego razu... w Hollywood przypomina głośne Bękarty wojny - Tarantino ponownie próbuje, za pośrednictwem filmowego medium, naprawić błędy historii. Pokazuje jak wyglądałby świat, gdyby znalazło się w nim miejsce dla samotnych mścicieli o żelaznych pięściach, pokroju Cliffa. Równocześnie twórca Pulp Fiction wikła widza w przynoszącą ogromną satysfakcję, samoświadomą, autotematyczną grę. Nawiązuje do elementów ze swoich wcześniejszych filmów, miesza ze sobą konserwatyzm z kontrkulturą, a także zaludnia drugi i trzeci plan znanymi twarzami, których role ograniczają się często do kilku minut na ekranie. Również swoim największym gwiazdom - DiCaprio i Pittowi - Tarantino oferuje role czerpiące całymi garściami z ich prawdziwej kariery, sprawnie balansujące na granicy hołdu i autoparodii.


Pewne rozczarowanie przynosi struktura filmu, momentami pozbawiona energii i polotu, przygnieciona przez ciężar ciągniętych wątków. O ile historia Ricka i Cliffa to aktorska petarda, pełna zwrotów akcji, błyskotliwych dialogów i zapadających w pamieć scen, o tyle wątek Sharon Tate i Romana Polańskiego wydaje się niemą, wyblakłą koniecznością, na którą brak szczególnego pomysłu, ale która musi być obecna ze względu na ogólną wymowę filmu. Tą słabość łatwo jednak Tarantino wybaczyć - wszak wcale nie musiał szukać Polaka do roli Polańskiego, a mimo to zdecydował się obsadzić w tej roli Rafała Zawieruchę. No i fajnie!


Pewnego razu... w Hollywood nie zostanie moim ulubionym filmem Tarantino. Ba, nie sądzę, żeby załapał się nawet do pierwszej trójki. Niemniej, będąc solidną, kinofilską z ducha rozrywką, dostarcza ogromnej radości i skutecznie przypomina, że bez Tarantino nasza miłość do amerykańskich mitów nie byłaby taka sama. Dlatego zdecydowanie warto go zobaczyć.